6/2026

Adam Poprawa

Trzydzieści lat wierszy ze sporym okładem

Kiedy w 1982 kupiłem wybór Białoszewskiego Trzydzieści lat wierszy, miałem wrażenie, że to szmat czasu, że Mironowe uprawianie poezji trwa już bardzo długo. Dwa lata później, w 1984, „Tygodnik Powszechny” zamieścił zestaw wierszy różnych autorów jako hołd, ukłon, upominek polskich poetów dla Herberta na sześćdziesiąte urodziny; ta liczba też wydała się poważna, daleka. Rzecz jasna, zwykła to perspektywa właściwa młodemu wiekowi. I nie pisałbym o tym, gdyby nie cichy jubileusz Świetlickiego i gdybym nie był jego rówieśnikiem (niemal: rówieśność minus dwa lata). Czytelnicy dwudziestoparoletni najpewniej podchodzą do niego zupełnie inaczej, dla mnie zaś ten upływ dekad pozostaje i czymś oczywiście dokonanym, i dziwnym.

W tym roku Świetlicki skończy sześćdziesiąt pięć lat, to także liczba bardziej jubileuszowa. Pięćdziesiąte urodziny poeta dosyć świętował, na przykład pisząc o swoim wieku w autorskim Wstępie do grubego zbioru Wiersze (2011). Dyktował też warunki obchodów stuletnich (przypadną w 2061, młodsi będą mogli sprawdzić):

Mam nadzieję, że nie pojawi się jakiś samozwaniec, który będzie uważał, że ma prawo do schedy po mnie i który będzie się we mnie specjalizował, udając, że posiadł jedyną prawdę o Świetlickim. Jeżeli nie będzie mnie na moich setnych urodzinach, to w tej chwili, z tego miejsca przeklinam wszystkich tych, którzy będą chcieli uczcić mój jubileusz i jednocześnie coś tam dla siebie uszczknąć. Niedoczekanie!


Łaskawco… Dziś nawet miłosierny Samarytanin z Jezusowej przypowieści zaraz by opisał wszystko na Facebooku. Niemniej jest w tym stylistycznym podkręceniu Świetlickiego metoda. I ambiwalencja. Autor tak mocno kreuje swoją osobność, pojedynczość, wyjątkowość, że nie może już się z tej kreacji wycofać. (A przy okazji odsłania reguły życia społecznego, do których większość uczestników wolałaby się nie przyznawać.) Tyle że nie pisze do szuflady, wtedy odkrywcy i komentatorzy dopiero mieliby używanie w uszczknięciach! Wizerunek Świetlickiego był wyrazisty już przed książkowym debiutem, na który czytającej publiczności przyszło poczekać. No i założył poeta zespół rockowy, a Świetliki funkcjonowały inaczej niż The Residents, ukrywający swoją tożsamość.

A sławna fraza „dziś jestem w nastroju / nieprzysiadalnym” (Nieprzysiadalność z tomu 37 wierszy o wódce i papierosach, 1996) zyskała taką popularność, że trzeba było dłuuugiej ławy, na której przysiedli się wszyscy chętni.

Gdyby kontestującą i zarazem autokreacyjną, buntowniczą postawę bohatera Świetlickiego chcieć dziś ująć jednym słowem, nienajgorszym byłoby wycofanie. Nie liczyłem znaków, niemniej najnowszy tom należy do najszczuplejszych. „To były czasy, kiedy pisało się dużo” – tak w przywołanym już Wstępie skomentował autor rok, w którym miały premierę dwie jego książki poetyckie. Dziś natomiast trochę wygląda, jakby Świetlicki podzielał konstatację Czesława Miłosza, w myśl której „wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie” (wprawdzie zbiór poezji tego drugiego wielokrotnie przekroczył sumaryczną objętość tomów Philipa Larkina, ale to kwestia na inną okazję). Wypisy… – ano właśnie, tak dawniej tytułowano wybory tekstów na potrzeby szkolne; poza zabawną (w tym przypadku) asocjacją edytorską teksty Świetlickiego mogą być chyba wypisami także spośród innych wierszy, tych nienapisanych. Pierwszym utworem w tym przemyślanym i dobrze skomponowanym tomie jest Przedostatni dzień lata. Raz jeszcze, no właśnie: pewnie już stałą dyspozycją poety pozostanie żartobliwy gest, wic naruszający stylistyczną jednorodność tekstu bądź sytuacji. „Ostatni dzień lata” – takie wyrażenie brzmiałoby dostojniej, również z racji powtórki z Tadeusza Konwickiego. Ale „przedostatni” jest nie tylko przesunięciem w kalendarzu, lecz przede wszystkim w stylu. Początkowy wiersz okazuje się bardziej podsumowaniem niż otwarciem:

Zredukowany autor w pełnym słońcu.

Zredukowany do szarości.

Cień rzuca szary, niepozorny, wąski.

Przymruża oczy.


Natychmiast pojawia się pytanie, kto zredukował, i to jawnie, przy wszystkich, skoro rzecz dokonała się w jasnym dziennym świetle. Domniemana (socjologiczna) odpowiedź mówi o efekcie redukcji, a szarość będzie tu, co możliwe, również kontrastowała z tak charakterystyczną dla publicznego wizerunku Świetlickiego czernią („czarnych bluz aż nadmiar” – napisze autor w innym tekście Wypisów). Jeśli zaś poeta mruży oczy, widzimy to (domyślnie) dzięki zdjęciu przezeń czarnych okularów. Oczywiście, bohater liryczny to nie autor w skali jeden do jednego, równie oczywista jest przecież taka czy inna forma kreacji autobiograficznej. A zatem nikły cień z przedostatniej linijki cytowanej strofoidy nie może stanowić alegorii z jednym rozwiązaniem, ale metaforę, dzięki której możemy zapytać na przykład o poczucie odchodzącej weny albo osłabionego odbioru. Rzeczywiście, autotematyzm zaraz się manifestuje:

Oto się przemieliły słowa.

I pozostało trochę piasku

szarego z tego

wszystkiego.


Podmiot ukonkretnia potoczną metaforę mielenia słów, u niego pozostaje z nich bowiem piasek. Redukcja autora polega także na jego, by tak rzec, uspołecznieniu: poeta, owszem, używa przerzutni, niemniej dzieli ona nader powszechny frazeologizm zrezygnowanej konkluzji: „z tego wszystkiego”.

Ruszyli na spacer

do granicy. Ona

wszędzie już.


Bohaterowi pojedynczemu dość niespodziewanie ktoś zaczyna towarzyszyć: pojawiła się liczba mnoga czasownika. Z powodu konstrukcji wersyfikacyjnej myślimy najpierw, że ruszyli we dwoje, postać liryczna i jakaś kobieta. Gramatyka szybko jednak zgłasza poprawkę: zaimek nie dotyczy osoby. Wyjście w kierunku granicy stało się zbędne, gdyż jawi się ona jako wszechobecna. I wiele wskazuje, iż będzie to granica przede wszystkim egzystencjalna. Wśród ostatnich utworów z Wypisów umieścił autor coś w rodzaju nieopatrzonej tytułem repryzy interpretowanego powyżej wiersza:

Już raczej

oceanu nie zobaczy

i raczej

nie napisze już wielkiej

powieści amerykańskiej.

Zredukowany autor w pełnym słońcu

na szarym piasku.


Ocean jeszcze się w książce pojawi, czyżby ten motyw miał być repliką na freudowskie uczucia oceaniczne? Tym razem wiersz wydaje się bardziej prywatny; sentymentalny, choć ironiczny. Nie będzie już zatem wymarzonych w młodości podróży, ogromne plany twórcze też się nie ziszczą. Great American Novel ma przy tym funkcję dubeltowo przewrotną. Raz, że termin ów jest raczej postulatem niż historycznoliterackim ustaleniem: nawet wybitne powieści zmarłych amerykańskich pisarzy wciąż tylko kandydują do tego miana. Dwa, byłoby naprawdę sensacją, gdyby wielką amerykańską powieść stworzył pisarz polski, skądinąd entuzjasta Raymonda Chandlera, autora wielkich amerykańskich powieści, aczkolwiek w zwykłym, nie zaś kanoniczno‑frazeologicznym znaczeniu.

Czytam Świetlickiego, jak filologowi przystało, bo wtedy widać, jaki to dobry poeta. Poza tym nic ciekawego by nie wyszło z szukania w jego wierszach na przykład zwrotu ludowego (to zostawiam kaskaderom ideolo). Sam poeta wielokrotnie się zresztą co najmniej dystansował od prób łączenia go z modnymi ideologicznymi ruchawkami. W Wierszu doraźnym deklarował: „Wkurwić lewaka, obśmiać mentalnego pedała: / całe moje zadanie” (z tomu Niskie pobudki, 2009; zwracam uwagę, że pierwszy bezokolicznik został przez Świetlickiego użyty na długo przedtem, nim stał się jednym z podstawowych terminów analizy socjologicznej). Niektórzy mieli za złe poecie, że nie stroni od personaliów: „Krakowska narzeczona S. Sierakowskiego / (takiego telewizyjnego działacza młodzieżówki / komunistycznej)” (Wola ludu); „Taki jest wybór: / Zbigniew Ziobro / lub Róża Thun” (Przed wyborami 2, oba wiersze też z cytowanego przed momentem tomu). W nowej zaś książce znalazł się utwór Święto demokracji, przepisuję ostatnią strofoidę:

A wybór jest taki:

złodziej lub ciotka kleryka,

wujo dewelopera, siostrzeniec Gowina.

Trwa święto demokracji.

Moja wielka wina.

W błocie leży kościół.

Masowa muzyka.

Bez wzajemności.


Ciekawe, że życie społeczne, zwłaszcza w okresie politycznej intensyfikacji, złożyło się na metaforę muzyczną, tyle że takiej muzyki nie mógł bohater nie odrzucić. A zabawne dodatkowo, że akurat wczoraj (16 maja) ukazało się weekendowe wydanie „Gazety Wyborczej”, gdzie w lirycznej rubryce Adama Michnika przedrukowano wiersz Świetlickiego Kibole bez przydziałuWypisów. Może w całej książce jedynie kibole z czymś się naczelnemu skojarzyli, a kartki ze Świętem demokracji wyjątkowo się skleiły? A przedrukowany w gazecie wiersz nie jest tak oczywisty, jak zrazu mogłoby się wydawać. Prawda, poeta kpi z tytułowej grupy społecznej, także za pomocą kontrastowych wtrętów lirycznych: „nie szeleszczą im suche / liście pod stopami”. Zgoda, przedstawia ową grupę jako całkiem pozbawioną emocji pozytywnych. Zaraz dochodzi do wniosku:

i nie mają po co

maszerować

bo nie ma wroga

w zasięgu wzroku

bo już nic nie widać

bo żadnych widoków

i żadnej ojczyzny

wszystko wykradzione

i wszystko sprzedane

a kebaby smakują

jak łzy


Drwiny trwają, choć po chwili zaczynają się dziać osobliwe rzeczy. Pomijam już, że kibole zawsze znajdą cel ataku. Poeta, owszem, zarzuca im błędne rozpoznanie, poniekąd cytuje ich tezy o rozkradaniu i wyprzedaży (zapewne majątku narodowego). Dobija ten tłum sentymentalną piosenkową pointą – ale i świat jego wierszy, w którym umieścił bohatera, jawi się raczej jako świat pustki niż przestrzeń trwałych wartości. Pyta autor wierszem Promocje:

Co mi świat oferuje?

Wyłącznie banały:

dzieła Noblistki

i Stairway to Heaven

oraz szereg promocji.

I mnie

samego w tej nicości.

Ja bym się przeszedł,

ja bym się przekroczył.


Noblistką nie jest prawdopodobnie Wisława Szymborska, poza tym przyznałby chyba jednak Świetlicki, że Becoming Led Zeppelin Bernarda MacMahona to wcale udany dokument. Intrygujące dodatkowo, że autor pokazuje tu również samego siebie jako jeszcze jedną banalną ofertę świata‑kultury. Niezbędna dystynkcja: nie idzie o Świetlickiego jako takiego, lecz o jego recepcyjny stereotyp. By przeciwdziałać, poeta w zgrabnej figurze lingwistycznej proponuje wyjście poza, ponad siebie – tyle że w grającym ironicznie trybie przypuszczającym.

Dekady temu swój pierwszy tom zamknął Świetlicki sławnym aktem odwrócenia, odmowy: „wydaje im się, że mają swojego poetę / A ja odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się / i triumfalnie zaprzeczam” (Polska, z tomu Zimne kraje, 1992). W Wypisach jeden z beztytułowych utworów, jak można by mniemać, kontynuuje taką postawę:

Wiersz został w domu i już się nie ruszy.

Dość tego pierdolenia, że należy, wcale

nie należy do wszystkich. Wiersz zasiada dumnie

na balkonie i to jest jego jedyne doznanie

świata. […]


Czyżby wiersz nie był również własnością poety? Niekoniecznie: chodzi o koncept polegający na utożsamieniu poety z wierszem. Inne teksty komplikują relację między „ja” a innymi (ludźmi), w czym widziałbym niebłahe novum tomu. Wiersz Atomy:

Są tak daleko,

że nie jestem pewny,

czy się zbliżają, czy też oddalają.

A to my jesteśmy.


Nie wiem, czy piszący ten wiersz Świetlicki pamiętał Stanisława Barańczaka, w każdym razie dobrym prawem interpretatora jest dostrzeżenie lub zaproponowanie intertekstu. W Co jest grane poznańsko‑harvardzkiego poety, wierszu również analizującym życie społeczne, pojawił się tedy inny homofon: „że to nami, / żetonami, gra się w tę grę” (z tomu Ja wiem, że to niesłuszne, 1977). Pomysł poety krakowskiego nie jest może aż tak efektowny, ale równie celny i skuteczny estetycznie. „Atomy – a to my”. Wpierw przemawiająca jednostka wydaje się oddzielona od innych, nieoczekiwanie formułuje jednak wniosek, że wraz z tymi innymi stanowi „my”, czemu konsekwentnie towarzyszy zmiana liczby pojedynczej czasownika na mnogą. Podobny chwyt lingwistyczny powróci (wraz z oceanem) w oznaczonym trzema asteryskami utworze:

oceaniczne jamy

pomiędzy ja a my

z trudem lecz jednak

omijamy


Miron Białoszewski pisał: „Mijajcie, mijajmy się, / ale nie omińmy” (Ja stróż latarnik nadaję z mrówkowca, z tomu Odczepić się, 1978). Także według Świetlickiego międzyludzkie jamy, przepaście, pustki mogą być omijane – byśmy się nie minęli. Inny beztytułowy wiersz z Wypisów zaczyna się kapitalną formułą nieuniknionej aporii „ja” usytuowanego wśród innych: „jeden zna wszystkich / nikt nie zna jednego”. Drugi wers dystychu jest zresztą dwuznaczny, pod oczywistym wytłumaczeniem – że nikt nie zna jednego, gdyż nie ma chyba człowieka, który znałby wyłącznie pojedynczego innego – kryje się wyjaśnienie wtóre: nikt ze społeczności nie zna tego jednego, bohatera lirycznego. A może jeszcze i trzecie: nikt nie zna mnie – lirycznego „ja” – naprawdę. W takiej sytuacji postać postanawia się wycofać, praktycznie i cokolwiek makabrycznie:

nadchodzi zima!

jeden się zagrzebie

i nie wygrzebie nigdy się

nadchodzi zima!

pospieszne pogrzeby

zdążyć zanim zamarznie ziemia trzeba więc


Bohater woli się ukryć – w ziemi! – jeszcze przed jej zamarznięciem, wtedy grób kopie się znacznie trudniej. Wycofanie się, jak gdzie indziej oznajmia tytuł, Pierwszego listopada, właśnie za sprawą tej daty także zyskuje tanatyczny kontekst, mimo że w wierszu ani słowa o śmierci, raczej o znikaniu, uciekaniu innym: „I jeszcze raz upewnić się, / czy nikt nie szedł ze mną”. Natomiast w wierszu Postpost:

nie liczę na wzajemność

nikt nie idzie ze mną

nikt nie idzie za mną

wpisuję sobie

nieobecność

coraz staranniej


Motyw nieobecności powraca. W utworze bez tytułu rozpoczętym postanowieniem „Wpisuję sobie nieobecność. / Wypisuję się z tego i z tego” nieobecność może być również rozbudowaną peryfrazą miłosnego (czy raczej: pomiłosnego) rozstania, ale nie jest to wykładnia jedyna. W poemacie prozą, też bez tytułu, bohater mówi: „Wpisuję sobie nieobecność w przeszłości, bo jeśli to byłem ja, to nie było mnie tam”. Ciągłość „ja” została zanegowana, a odrzucenie siebie przeszłego każe powątpiewać w teraźniejszy status „ja”. Ponieważ jeśli to jestem ja, to czy naprawdę jestem tutaj?

Młody Świetlicki w wierszu Wstęp, rozpoczynającym Zimne kraje, wpisał się w mit genezyjski. Takie przedsięwzięcie nie mogło nie być ironiczne, jest to przecież zarazem liryk napisany serio. Nie ma tu jeszcze pierwszoosobowej perspektywy „ja” lirycznego, które dopiero się poczyna, w przenośni i dosłownie, skoro poeta rekonstruuje akt seksualny rodziców (i nie jest moją intencją frywolność). „Ja” kryje się na razie w mnogości: „my jednak będziemy złośliwi”, a końcówka zapowiada: „Będziemy obserwować postępy ciemności”. Tu już nie sposób wątpić, w Wypisach pojawia się autoaluzja:

Ciemność zrobiła znaczny postęp.

Jutro dopiszę następną linijkę.

A o pojutrze nie chce mi się myśleć.


Na następnej – ostatniej już stronie – międzytekstowy adres intryguje jeszcze bardziej, przynajmniej pod pewnymi względami; wiersz również bez tytułu: „Migają strzępki czegoś. Miga nowe życie / jak żartobliwe widmo. Jak bezduszny listek”. Bohater Adama Mickiewicza, pamiętamy, rad by „uciec z duszą na listek”. Gdzie jest więc dusza w dystychu współczesnego poety? O odpowiedź oczywiście niełatwo, a trzeba postawić jeszcze jedno gatunkowe, historycznoliterackie pytanie: czy to liryk lozański Świetlickiego? Cóż, na pewno nie luzański. Wbrew dość powszechnym mniemaniom odbiorców, a także wbrew powtarzającym się autokreacyjnym gestom poety – jest on od początku poetą bardzo poważnym.

Marcin Świetlicki Wypisy (wiersze 2023–2025)
Wydawnictwo a5,
Kraków 2026, 56 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.