6/2026

Tomasz Szerszeń

W końcu płynę po to, by odzyskać czas

Na statku czas wypada z ram. Nie tylko dlatego, że ulegamy złudzeniu, że dryfujemy gdzieś poza czasem, poza historią, że jesteśmy w miejscu niemożliwym, na bezgranicznej wodnej pustyni, gdzie nie dosięgają nas lub dosięgają z rzadka wiadomości, którymi żyje reszta świata. Sami z sobą i z czasem, który jednocześnie – trudny do uchwycenia paradoks – nieubłaganie płynie i się dla nas zatrzymał. Stopniowo zmieniamy strefy czasowe: płynąc na wschód, cały czas jestem do tyłu, prawie codziennie tracę godzinę patrzenia na ocean. Godzinę życia, której nie odzyskam. To zamieszanie ma poważne konsekwencje: pory posiłków migrują, trudno dogonić własny apetyt, trzeba skracać czas snu, by zdążyć zjeść śniadanie wystarczająco wcześnie, by mieć wystarczająco dużo czasu do obiadu… Powoduje to poważną konfuzję: w końcu płynę po to, by odzyskać czas.

Jednym z niewielu momentów, gdy monotonia rejsu zostaje przełamana, jest zachód słońca z całą swoją dramaturgią: zwykle o tej porze dnia większość pasażerów dochodzi do siebie po kolejnym obfitym posiłku lub w barze wprawia się w wieczorny nastrój. Często jednak w ogóle słońca nie widać: na trasie, którą płynę, nawet latem widzialność odbierają mgły lub gruba czapa chmur. Czasem jednak jest się świadkiem (czy można świadczyć wobec natury?) niezwykłego spektaklu.

Zaczyna się od delikatnej różowej łuny na horyzoncie, przebijającej gdzieś zza chmur. Stopniowo chmury ustępują, by odsłonić dramatyczny rysunek: czerwienie, pomarańcz, kolor łososiowy, jasny brąz… Wraz z niebem również ocean zmienia barwy: to wielka lekcja współzależności, wszystko istnieje bowiem w relacji ze sobą, niebo i ocean, a wraz z nimi nasze spojrzenie. Chmury płyną, ocean zaś i statek stoją w miejscu. Potem niebo staje się coraz bardziej monochromatyczne: kilka stadiów niebieskiego, wpadającego momentami w odcienie fioletu, wreszcie zieleń – najpierw jaśniejsza, żywa, wreszcie ciężka, matowa. Ocean przybiera te same barwy, stają się jednością z bezkresem powietrza. Ta ostatnia – ciężka matowa zieleń – utrzymuje się najdłużej: na tyle długo, że przykrywa cały statek i biel już nie jest bielą, tylko jasną zielenią. Kończymy w szarości, która krok po kroku wypiera wszystkie te odcienie zieloności, by objąć ocean w posiadanie…

Patrzyłem zdziwiony: przede wszystkim nagłą cierpliwością w obserwowaniu natury, cierpliwością, której nigdy nie miałem. Zrobiłem serię zdjęć – kompletnie bez sensu, przecież i tak nigdy ich nie wykorzystam, pozostaną na zawsze w ajfonowym archiwum zapomnienia. Bezsens fotografowania – tej natrętnej kompulsji – ustępuje jednak poważnej bezradności: fotografia nie jest w stanie oddać tego, co widzę, kolor jest zawsze nie ten, przekłamany, jakiś inny. Nie chodzi o to, że go nie ma czy że jest zbyt mało intensywny: po prostu jest inny. Nie przystaje do tego, co przed oczyma i co zostaje w mojej pamięci. Pozostaję z tym rozdźwiękiem, z wrażeniem, które jest tylko moje i, czy tego chcę, czy nie, nie mogę się nim podzielić. Coś się zatraca, zawsze coś się traci: to jak zabrany fragment dnia, zagubiona godzina znikająca nagle podczas zmiany strefy czasowej, której – już to wiem – nigdy nie odzyskam.

Myśląc o zachodach słońca, czasie i fotografii, a także o naturze i jej łatwości wzbudzania emocji, wywoływania patetycznego nastroju, mam ciągle w głowie Smutek tropików1, pewnie najsłynniejszą dwudziestowieczną książkę o podróżach, choć napisaną przez człowieka, który po jej opublikowaniu resztę swej trwającej jeszcze ponad pół wieku akademickiej kariery spędził zamknięty w bibliotece i w gabinecie na rue Cardinal Lemoine w piątej dzielnicy Paryża. „To coś więcej niż książka podróżnicza, tym razem chodzi o książkę o podróży”. To kluczowe dla jej zrozumienia zdanie – rodzaj autoprezentacji znajdującej się oryginalnie na czwartej stronie okładki, a więc jakby poza tekstem, na jego marginesie, w miejscu, które czasem przeoczają czytelnicy – znika jednak z obu polskich wydań. Ważne fragmenty dzieła Claude’a Lévi‑Straussa rozgrywają się na statku – właściwie na kilku statkach, którymi autor płynie na różnych etapach barwnej pierwszej połowy swojego życia. Dwie z tych podróży mają tu kluczowe znaczenie i stanowią oś książki: pisarz‑antropolog powraca do nich z perspektywy czasowego dystansu, wywołując ich barwy i poddając analizie kruchą materię przeszłości; pojawia się tam też rozpoczęta i nigdy nie ukończona powieść, której szczątki zostają włączone, niczym apokryf, do Smutku tropików. Praca antropologa jawi się tu jako żałoba po literaturze, ścieżka, którą trzeba porzucić, pozostawiając fikcję na rzecz faktów, przeznaczenie pisarza zaś na rzecz badacza, akademika. Między słynnymi pierwszymi słowami Smutku tropików – „nienawidzę podróży i podróżników” – a retrospektywną opowieścią o swoich rejsach i przygodach z nimi związanych, o badaniach etnograficznych, rozciąga się dwadzieścia lat: to jest właśnie prawdziwa przestrzeń podróży. Jest ona wędrówką nie tylko poprzez kontynenty i ludzkie obyczaje, ale również, może przede wszystkim, poprzez czas i oceany własnej pamięci. Żałoba po podróży zaczyna się w momencie rozpoczęcia procesu spisywania jej historii. I odkrycia smutnej, proustowskiej prawdy: kończymy, będąc już kimś innym, niż gdy ją rozpoczynaliśmy.

Młody Lévi‑Strauss, niczym symboliczny odkrywca, płynie na zachód: ku obu Amerykom. Pierwszy raz w 1934 roku, gdy jako początkujący filozof i socjolog rusza do Brazylii, gdzie objąć ma funkcję wykładowcy na uniwersytecie w São Paulo: tam rozpoczyna swoją przygodę z antropologią i z tropikami. Drugi raz w 1941, gdy wraz z grupą surrealistów i uchodźców politycznych opuszcza Marsylię właściwie ostatnim możliwym sposobem (jako francuski Żyd unikając, być może, najstraszniejszego losu): starą transportową łajbą o nazwie Capitaine Paule‑Lemerle, która dostaje pozwolenie, by odpłynąć na Martynikę. Podczas trwającego wiele dni rejsu – jego historia znajduje się na samym początku Smutku tropików, niczym wspomnienie, które uruchamia wszystkie inne – wraz z innym pasażerem tego uchodźczego statku dochodzą do wniosku, że w XX wieku Atlantyk staje się tym, czym w starożytności było Morze Śródziemne: „wewnętrznym morzem”2. Ta historia ma swoje dalsze ciągi: to opowieść o wejściu w krąg surrealistów, odkryciu Nowego Jorku, gdzie Lévi‑Strauss znajdzie „światy tak czarodziejskie, że wydawały się nierzeczywiste”3 i mieszkać będzie drzwi w drzwi z Claude’em Shannonem, ojcem cybernetyki, pracującym nad wynalezieniem „sztucznego mózgu”.

Wszystko inne w Smutku tropików jest w mniejszym lub większym stopniu meandrującym przypisem do historii obu tych podróży, refleksją, która rodzi się, gdy autor otwiera przed nami przestrzenie wspomnienia, i która prowadzi ku odkryciu własnego powołania jako antropologa. W gruncie rzeczy jednak tematem książki Lévi‑Straussa jest czas: jego nieubłagany upływ deformujący postrzeganie wydarzeń, ale też zaznaczający się przez przemianę świata; tak w XX wieku szybką, że wszystkim w jakimś stopniu się ona wymknęła. Rzeczy, miejsca i ludzie bezpowrotnie znikają; wraz z nimi zwyczaje, których nie da się już ani odtworzyć, ani nawet opowiedzieć. Każda podróż odbywa się więc pod znakiem nieuchronności znikania – to przeczucie jest dziś, w dobie klimatycznej katastrofy, szczególnie dojmujące. Francuski antropolog snuje opowieść, która naznaczona jest głębokim pesymizmem, i w której zawiera ekologiczne przesłanie: przez te dwadzieścia lat, które minęły od pierwszego rejsu do Brazylii, podróżowanie traci swą niewinność (jeśli kiedykolwiek ją miało). Na kartach Smutku tropików autor zarysowuje pejzaż przeludnionego i zaśmieconego świata, wizję podmywającej fundamenty społeczeństw entropii. Pojawienie się białego człowieka, antropologa lub turysty, oznacza stopniowy, lecz ostateczny koniec rdzennego sposobu życia i innych kosmologii. Wszystko koroduje w wyniku kontaktu z białością, z zachodnią kulturą: to przekleństwo, które dla podróżnika jest najbardziej przykrą deziluzją. To jeszcze jedna, poważna, przyczyna smutku.

Czas więc pożegnać się z podróżą. Nie jest ona tym, czym chcielibyśmy, żeby była. Jej mitologie od dawna są nieaktualne. Ten gest pożegnania ma podwójne znaczenie: chodzi o ratowanie znikającego na naszych oczach świata, ale też o możliwość pisania. Lévi‑Strauss, w przeciwieństwie do wielu dwudziestowiecznych pisarzy‑podróżników, robi wyraźne rozróżnienie między podróżowaniem a pisaniem: żeby zacząć pisać, trzeba pożegnać się z podróżą, rozdzielić porządki życia i pisania. Autobiografia, a jest nią przecież Smutek tropików, jest więc zawsze amputacją, łapaniem dystansu, sztuką przemieszczenia: spojrzeniem na tego Innego we mnie, którym już nie jestem. Ta myśl, przez lata tak mi bliska, dziś intuicyjnie wzbudza we mnie opór: wobec nadchodzącej klimatycznej apokalipsy, katastrofy, która już trwa, choć ciągle jeszcze jej nie widzimy lub widzimy ją niewystarczająco, nie mamy czasu, by złapać dystans. Choć tracę godziny i cieszy mnie to, jednocześnie nie mogę sobie na to pozwolić: perfidny paradoks ery późnego kapitalizmu.

Kulminacyjnym momentem drugiego rozdziału książki Lévi‑Straussa, w którym przywołuje wspomnienia z pierwszej podróży do Brazylii – jest zaskakujący, rozbudowany i pełen napięcia opis końca dnia. Płynący na statku Mendoza autor odmalowuje kolejne etapy i fazy ruchu zachodzącego słońca, wskazując na cienką granicę między widzialnym faktem a iluzją, budując napięcie, piętrzy kolorystyczne, podniebne geologie, w których słońce raz jest architektem, raz zaś destruktorem pejzażu. W tym ćwiczeniu z opisu, gdzie granice między antropologią a literaturą zostają ostatecznie obalone, próbuje on nadać intelektualną strukturę wrażeniu, zaprojektować architektoniczny porządek tam, gdzie w mgnieniu oka się on rozpada: natura zawsze wyprzedzać będzie opis i naszą próbę poddania jej refleksji. W tej apologii momentu kryje się smutek najgłębszej porażki: tej, którą ponosi literatura wobec zmysłowej materii świata. Dla Lévi‑Straussa zachodzące słońce – zawsze takie samo, a jednocześnie zawsze inne; wspólny punkt rozmaitych mitologii i kosmologii – stanowi też metaforę ludzkich społeczeństw: jakże podobnych, a jednocześnie nieskończenie różnorodnych.

Zaczyna się od zastrzeżenia: „spisane na statku”. Ten fragment pojawia się w Smutku tropików trochę na innych zasadach, w ramach innej logiki, niczym odznaczony kursywą apokryf zarzuconej, nigdy nie napisanej powieści o tym samym tytule, opowieść w opowieści. Odnaleźć w nim można echa W poszukiwaniu straconego czasu i opisu dzwonnic w Martinville i Vieuxvicq (opisu, który Proust oddziela od reszty tekstu cudzysłowem), i w którym rozczarowanie podróżą walczy stale z zachwytem nad zmysłowością świata i zadumą nad mechanizmami własnej pamięci. Zaczytuję się nim na statku, wnikam w długie zdania noszące w sobie utajoną proustowską genealogię i żałobę po powieści, którą się nie stał, tak jakby poprzez opis natury możliwe było nie tylko przeniknięcie zasłony oddzielającej nas od rzeczy, na które patrzymy i próbujemy zrozumieć, ale też zniwelowanie czasu, jaki upłynął od momentu, gdy słowa te zostały napisane. Patrzenie w przeszłość, wpatrywanie się w obraz, który stopniowo znika za horyzontem, na naszych oczach rozpływając się w powietrzu, bywa pełnym napięcia wypatrywaniem tego, co dopiero nadejdzie: lekturą podobną do czytania z kurzu, popiołu, kształtu chmur… Jak bardzo świat się zmienił? Jaka przyszłość nas czeka? Czy dożyjemy czasów, gdy ta pomarańczowa kula stanie się przekleństwem przynoszącym ludziom przede wszystkim śmierć i katastrofę, miejscem, w którego kierunku nie będziemy chcieli spoglądać? Czy mamy jeszcze jakikolwiek wpływ na rozpętane przez nas procesy, czy działa tu już prawo entropii, nieubłaganie zagarniającej kolejne obszary? Poprzez Lévi-Straussa próbuję – przegrana sprawa – wniknąć w obraz zachodu słońca: nie ten, który opisuje, wspominając rejs do Brazylii, lecz ten tu i teraz, a raczej wtedy, gdy go widzę za sobą, prując transatlantykiem ku Europie, w kierunku wschodzącego słońca.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.