Może więc tamtego dnia, którego nie potrafię sobie przypomnieć, nalałem wody do wanny, dużo, prawie do pełna. Zapełniłem ją gorącą, parzącą wodą i wrzuciłem do niej wszystkie samoloty od zdrajcy. Niech toną, niech się rozkleją, niech zejdzie z nich farba, niech zgniją.
Na początku tata nie miał nic przeciwko. Rozumiał mnie i popierał plan mojej zemsty. Wieczorem, przed zasypianiem, tylko umyliśmy zęby. Rano też, tata jeszcze tylko się ogolił, ale do tego także wystarczyła mu sama umywalka. Samoloty wciąż były w nienajgorszej formie, odeszły od nich tylko te małe naklejki, czerwone gwiazdki i kółka.
Bez wanny można żyć, przecież przed wigilią też zawsze dawaliśmy bez niej radę, kiedy zajmowały ją karpie.
Kolejnego wieczoru tata zapytał, co robimy z tym dalej. Odpowiedziałem, że zemsta musi trwać do końca. Umyliśmy zęby, a rano tata ogolił się przy umywalce.
Kolejnego wieczoru tata zaproponował, że może zmienimy im wodę i przy okazji sprawdzimy, czy klej już nie puścił, czy już się nie rozmiękły, może rozpadną nam się w dłoniach? A jak nie, zrobimy tylko przerwę, żebyśmy mogli się umyć, a potem znowu nalejemy wodę i z powrotem je wrzucimy.
Nie zgodziłem się. Zapytałem, czy możemy coś dolać do wanny, jakiegoś piekącego, żrącego płynu? Tata powiedział, że nie mamy. Poprosiłem, żeby kupił. Ale potem zmieniłem zdanie, przy zasypianiu poprosiłem, żeby nie kupował żadnego kwasu, jeszcze uszkodzi nam wannę i co będzie, zalejemy sąsiada?
Kolejnego wieczoru tata zapytał, czy chcę porozmawiać. Odpowiedziałem, że nie chcę. Że tylko chcę, żeby te głupie samoloty w końcu się rozpuściły, rozlazły całe, a na koniec spleśniały. Ale one wciąż nie wyglądały jakoś bardzo źle.
Tata do golenia używał pędzla, piany i maszynki z żyletką. Parę razy dotknąłem brzegu żyletki, żeby sprawdzić, jak bardzo jest ostra. Nigdy się nie skaleczyłem. Nasza łazienka była cała w bułgarskich płytkach, takich bardzo nowoczesnych, brudnozielonych w dziwne wzory, jakieś takie bąble. Fachowiec, który nam je układał, nazywał się Rura, był gruby i nosił okulary i też mieszkał w naszym bloku. Rodzice mówili na niego Rura, teraz myślę, że sobie żartowali, a ja to wziąłem na serio.
Kolejnego wieczoru tata powiedział, że jak się nie umyjemy, będziemy śmierdzieć i wtedy ludzie zaczną mówić, że to przez niego. Że został sam z synem i sobie nie radzi, nawet nie potrafi przypilnować, żeby dziecko się wykąpało.
Wypuściliśmy wodę, ale wcześniej wyłowiliśmy z niej wszystkie naklejki, żeby nie zapchały odpływu. Samoloty łatwo teraz było połamać, więc je połamaliśmy.
Po kąpieli tata suszył mi włosy na łóżku w moim pokoju. Mama suszyła mi je zawsze przed telewizorem, oglądając Sagę rodu Paliserów. Nie słyszeliśmy, co mówią aktorzy, bo suszarka była za głośna.
