4/2026

Jakub Pszoniak

Wiersz dla kolegi, któremu uniemożliwiono prowadzenie rubryki plotkarskiej w jednym z magazynów młodoliterackich

Półtorej dekady temu w knajpie, w której mieszkam właściwie

od zawsze, to znaczy od XX wieku, spotkałem kilkukrotnie Rutgera

Hauera (75†). Był on ponoć tak zachwycony frenezją wzbudzaną

u młodzieży mianującej go Ślepą Furią lub Androidem Royem,

że też postanowił tu zamieszkać. W tym celu przedłużał po kres

czasu swój pobyt na Śląsku, gdzie ożywiał był Breuglowską

Drogę Krzyżową wespół z Lechem Majewskim (72 l.),

którego sufit trzy lata temu stał się moją podłogą. To u niego,

w scenie napisanej przez Maćka (56 l.), Krzysiek (48 l.) przechodził

przez szklaną witrynę tak sugestywnie, że jego czarno‑biała twarz

na zawsze stała się twarzą Rafała Wojaczka (25†) stokroć bardziej

niż twarz Rafała Wojaczka. Spotykamy się najczęściej na zebraniach

wspólnoty mieszkaniowej, toteż czas należny niderlandzkim malarzom

i polskim poetom poświęcamy raczej zardzewiałym rurom i kubaturze piwnic.

(W jednej z nich biuro miał ongiś detektyw Rutkowski (65 l.), czego

znakiem pozostają drzwi pancerne tak, że nie przemoże ich żadna siła).

W tej samej knajpie zakwitła miłość legendy Ninja Tune (44 l.) i koleżanki

Krzysia (36 l.) – pisarza, którego kolega z magisterki okazał się

psychopatycznym mordercą, a znajomi z akademika swym romansem

zaprosili diabła w święte progi Ordo Iuris. To tu Bartek (50 l.) czytał

Tomažowi Šalamunowi (73†) „Przegląd Sportowy”, tu Tymon (57 l.)

do nas mówił, a pan Ryszard (82 l.) do nas milczał. Stąd Marcin (44 l.)

uprowadził Trickiego (57 l.) na imprezę u stóp bazyliki Najświętszej Marii

Panny (2038 l.) w Piekarach. Bądźmy szczerzy: król trip‑hopu skuszony

powabem śląskiego etnolektu nie zachował należytej ostrożności

i łatwowiernie padł ofiarą szarlejskiej gościnności. I jak dym z blanta

splata się ta historia i łączy jak gwiazdy nieistniejącymi liniami

w wizerunki zwierząt, których czaszki wraz z figurkami tej samej Maryi

zdobiły stodołę, w której wyprawiono na naszą cześć przyjęcie wieńczące

festiwal (skądinąd wspaniały) w jednym z miasteczek (skądinąd przepięknym)

na ścianie wschodniej. To wówczas pijany od bimbru, jak tylko pijany

od bimbru może być ktoś na przyjęciu wieńczącym festiwal na ścianie

wschodniej, rzecznik jednego z ministerstw (skądinąd przemiły, 45 l.)

w ciążącym niebezpiecznie ku autorytaryzmowi rządzie śpiewał

piosenki Dezertera. Ja zaś, nie mniej pijany, zachodziłem w głowę,

skąd znam jego głos i twarz. I przekopując w zniszczonej bimbrem pamięci

dawnych znajomych, nie potrafiłem przekierować najlichszego choćby

światełka na osoby tłumaczące w telewizji zawiłości idei zrodzonych

w ważkich resortach. W tym samym rządzie ministrem sportu i turystyki

był, by następnie zostać skutecznie nominowanym na stanowisko szefa

Międzynarodowego Komitetu Antydopingowego, mój znajomy z pracy (43 l.),

którego – bynajmniej nie z szacunku – nie nazwę kolegą. Ten sam, którego

Jarosław Kaczyński (76 l.) chciał namaścić na prezydenta Polski z uwagi

na obycie, wzrost i szlachetność rysów oraz fakt posiadania małżonki.

Teraz myślę, że tak właśnie powinienem odpowiedzieć chirurgowi,

który przed operacją był mnie spytał, czy Wojciech to ktoś z rodziny.

Gdy zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że to mój ojciec, zaczął

dopytywać z wyraźnym podnieceniem: „Ten Wojciech Pszoniak?”.

„Ten” – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – „Właśnie ten”.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.