Półtorej dekady temu w knajpie, w której mieszkam właściwie
od zawsze, to znaczy od
Hauera (75†). Był on ponoć tak zachwycony frenezją wzbudzaną
u młodzieży mianującej go Ślepą Furią lub Androidem Royem,
że też postanowił tu zamieszkać. W tym celu przedłużał po kres
czasu swój pobyt na Śląsku, gdzie ożywiał był Breuglowską
Drogę Krzyżową wespół z Lechem Majewskim (72 l.),
którego sufit trzy lata temu stał się moją podłogą. To u niego,
w scenie napisanej przez Maćka (56 l.), Krzysiek (48 l.) przechodził
przez szklaną witrynę tak sugestywnie, że jego czarno‑biała twarz
na zawsze stała się twarzą Rafała Wojaczka (25†) stokroć bardziej
niż twarz Rafała Wojaczka. Spotykamy się najczęściej na zebraniach
wspólnoty mieszkaniowej, toteż czas należny niderlandzkim malarzom
i polskim poetom poświęcamy raczej zardzewiałym rurom i kubaturze piwnic.
(W jednej z nich biuro miał ongiś detektyw Rutkowski (65 l.), czego
znakiem pozostają drzwi pancerne tak, że nie przemoże ich żadna siła).
W tej samej knajpie zakwitła miłość legendy Ninja Tune (44 l.) i koleżanki
Krzysia (36 l.) – pisarza, którego kolega z magisterki okazał się
psychopatycznym mordercą, a znajomi z akademika swym romansem
zaprosili diabła w święte progi Ordo Iuris. To tu Bartek (50 l.) czytał
Tomažowi Šalamunowi (73†) „Przegląd Sportowy”, tu Tymon (57 l.)
do nas mówił, a pan Ryszard (82 l.) do nas milczał. Stąd Marcin (44 l.)
uprowadził Trickiego (57 l.) na imprezę u stóp bazyliki Najświętszej Marii
Panny (2038 l.) w Piekarach. Bądźmy szczerzy: król trip‑hopu skuszony
powabem śląskiego etnolektu nie zachował należytej ostrożności
i łatwowiernie padł ofiarą szarlejskiej gościnności. I jak dym z blanta
splata się ta historia i łączy jak gwiazdy nieistniejącymi liniami
w wizerunki zwierząt, których czaszki wraz z figurkami tej samej Maryi
zdobiły stodołę, w której wyprawiono na naszą cześć przyjęcie wieńczące
festiwal (skądinąd wspaniały) w jednym z miasteczek (skądinąd przepięknym)
na ścianie wschodniej. To wówczas pijany od bimbru, jak tylko pijany
od bimbru może być ktoś na przyjęciu wieńczącym festiwal na ścianie
wschodniej, rzecznik jednego z ministerstw (skądinąd przemiły, 45 l.)
w ciążącym niebezpiecznie ku autorytaryzmowi rządzie śpiewał
piosenki Dezertera. Ja zaś, nie mniej pijany, zachodziłem w głowę,
skąd znam jego głos i twarz. I przekopując w zniszczonej bimbrem pamięci
dawnych znajomych, nie potrafiłem przekierować najlichszego choćby
światełka na osoby tłumaczące w telewizji zawiłości idei zrodzonych
w ważkich resortach. W tym samym rządzie ministrem sportu i turystyki
był, by następnie zostać skutecznie nominowanym na stanowisko szefa
Międzynarodowego Komitetu Antydopingowego, mój znajomy z pracy (43 l.),
którego – bynajmniej nie z szacunku – nie nazwę kolegą. Ten sam, którego
Jarosław Kaczyński (76 l.) chciał namaścić na prezydenta Polski z uwagi
na obycie, wzrost i szlachetność rysów oraz fakt posiadania małżonki.
Teraz myślę, że tak właśnie powinienem odpowiedzieć chirurgowi,
który przed operacją był mnie spytał, czy Wojciech to ktoś z rodziny.
Gdy zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że to mój ojciec, zaczął
dopytywać z wyraźnym podnieceniem: „Ten Wojciech Pszoniak?”.
„Ten” – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – „Właśnie ten”.
