4/2026

Bohdan Zadura

Wszystkie nagrody świata

Dwudziestego dziewiątego marca wróciłem do jakiegoś niedokończonego starego wiersza, który zaczyna się od wyliczania, w jakim wieku byli Spinoza, Wittgenstein i Miłosz, kiedy publikowali swe traktaty, i znalazłem tam również frazę „Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli ogłosił, mając siedemdziesiąt cztery lata”. Na użytek innego wiersza przyszło mi do głowy, że nie wiadomo, czy kiedy umieramy, naprawdę wyświetla się nam całe życie, ale na wiadomość o śmierci kogoś bliskiego czy znajomego staje nam przed oczami historia znajomości z tym kimś od pierwszego spotkania po ostatnie. Następnego dnia informacja o tym, że odszedł Wiesław Myśliwski, nieoczekiwanie skorygowała mi to przeświadczenie. Projektor nie uruchomił się automatycznie, nie wyświetlił żadnych obrazów. Zamiast ostatniego spotkania pokazał mi takie per procura, do którego doszło w 2023 roku w Janowie Podlaskim. Kapituła „Krainy Bugu” uhonorowała wówczas Wiesława Myśliwskiego tytułem Honorowego Ambasadora Wschodu, jednak Wiesław nie przyjechał na galę, wydelegował Wojciecha Bonowicza, którego widok też mnie ucieszył. Zamiast z Myśliwskim porozmawiałem o Myśliwskim.

Było tak, jakby moją pamięć coś blokowało. Wiedziałem, że powinny do mnie wrócić jakieś sytuacje i rozmowy, a nie chciała żadna. Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że z rozmów z Wiesławem najlepiej pamiętam tę o smażeniu powideł. Nie o literaturze, nie o polityce, nie o „Twórczości”, nie o Henryku Berezie, ale o smażeniu śliwek. To było podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Siedzieliśmy w restauracji, którą parę lat wcześniej można by nazwać geesowską, jedliśmy zrazy z kaszą gryczaną, zdziwiły mnie buraczki do niej. I mówiliśmy o przetworach na zimę. Kiedy narzekaliśmy na pracochłonność smażenia powideł, pochwalił się swoim wynalazkiem. Robi powidła w gęsiarce, którą napełnioną śliwkami wstawia do duchówki. Nie trzeba stać nad miednicą, mieszać, uważać, żeby się nie przypaliły, i odskakiwać, gdy pryskają. Jest w takim temacie pewnie coś symbolicznego, bo nie sądzę, żebym pamiętał tę rozmowę głównie dlatego, że wprowadziła do mojego języka nowe słowo: gęsiarka wcześniej istniała dla mnie jako dziewczyn(k)a pasąca gęsi, a nie żeliwne naczynie do pieczenia. Ta symboliczność polegała na tym, że Wiesiek był całkiem normalnym człowiekiem. Trudno było uwierzyć, że ktoś taki jest artystą – ktoś taki poukładany, spokojny. Tak jak patrząc na pracownika banku Eliota, trudno byłoby domyślić się w nim poety.

Stawiał mi opór – nie mogłem sobie przypomnieć nazwy ulicy, przy której Myśliwscy mieszkają, choć parę razy u nich byłem, pamiętałem, jakie kłopoty miałem, żeby trafić tam za pierwszym razem, nie mogłem przypomnieć sobie, jak ma na imię jego żona. Z imieniem Wacława zawsze miałem kłopot. Kiedy mówił o niej Henryk Bereza, to używał słowa Mała, nie byłem z Myśliwskimi tak blisko, by posługiwać się takim zastępnikiem. Nawet gdy byliśmy już na ty, nie wyobrażałem sobie, że mógłbym spytać Wieśka „A co u Małej?”. Miała jasny głos, emanowało z niej ciepło i spokój, podobny do jego spokoju. Coś dziewczęcego w uśmiechu? Oboje promieniowali dobrą energią.

Raz pojechaliśmy do nich z żoną samochodem, dużym fiatem 125 p. Pamiętam powrót przez późnowieczorną pustą Warszawę z Nowoursynowskiej na Kopińską. To chyba w trakcie tamtej wizyty opowiadał nam, że pisze ołówkiem. Potem to dyktuje, nie daje do przepisania, ale dyktuje. Jego pierwszą czytelniczką – słuchaczką – jest żona, tak to zrozumiałem. Nie zdziwiłem się, że nie pisze na maszynie: znałem jeszcze dwie takie osoby: Henryka Berezę i Wacława Sadkowskiego, ale oni nie pisali ołówkiem, używali pióra lub długopisu, korzystali z usług maszynistek.

Debiutowaliśmy w tym samym czasie, Nagi sad wyszedł w 1967 roku, moje Lata spokojnego słońca w 1968. Ale nigdy Wieśka nie kojarzyłem z tak zwaną młodą literaturą i nie tylko dlatego, że dla dwudziestotrzylatka starszy od niego o trzynaście lat mężczyzna to ktoś w średnim wieku. Zazdrościłem mu, że nie rozmienia się na drobne. Pisze we własnym rytmie, wydaje książki w wieloletnich odstępach, ale jak już to już.

Pisałem o jednej książce Wieśka – o Widnokręgu. Ten tekst spodobał mu się na tyle, że poprosił, żebym poprowadził spotkanie z nim w bibliotece na Ochocie. Tylko co było naprawdę pierwsze? Recenzja wydrukowana w marcowej „Twórczości”, zatytułowana W okrążeniu, ma formę mówioną, bardzo prawdopodobne, że powstała przed spotkaniem, które odbyło się w styczniu.

Nie będę ukrywał: próbowałem wspomóc swoją pamięć przy pisaniu tego wspomnienia. Na starym dysku trafiłem na plik bez tytułu, o którym nic nie wiem. Może to była odpowiedź na jakąś ankietę, może początek listu. Ze względu na jego ostatnie zdania przywołam go tutaj:

„2005 to był dla mnie rok dużych napięć, zaczął się od śmierci w domu w połowie stycznia (potem były inne umierania). Pisma, z którymi związane jest moje życie, obchodziły jubileusze: «Akcent» dwudziestopięciolecie, «Twórczość» sześćdziesięciolecie. Posypały mi się książki jak z rękawa: trzy pierwsze tomy utworów zebranych, wybór wierszy na Węgrzech w przekładzie Istvána Kovácsa i Gabora Zsille, tomiki Ukraińców w moim tłumaczeniu – Andruchowycza, Żadana, Bondara, Machny, drugie wydanie antologii Wiersze zawsze są wolne. Byłem w Budapeszcie i na Ukrainie; w Krzemieńcu nieoczekiwanie wywołano mnie do odsłaniania tablicy poświęconej Salomei Słowackiej i do mikrofonu, z hotelowego pokoju skradziono mi paszport. Lato minęło bez kwiatów na balkonie, ocieplano nasz blok. Polityczne napięcia w kraju darujmy sobie, szkoda na nie nerwów. Raz udało mi się być w lesie, choć nie trafiłem na grzyby. Radości lekturowe? W grudniu przeczytałem w maszynopisie nową, pod każdym względem wielką, powieść Wiesława Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli – jej pierwszy rozdział będzie «Twórczość» drukowała w marcowym numerze, to jedna z największych moich satysfakcji”.

Zdziwiłem się, kiedy ktoś mi powiedział, że na Facebooku „Twórczości” obok wiadomości o odejściu Myśliwskiego wisi zrobione przeze mnie jego zdjęcie. Nawet kiedy je zobaczyłem, nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie je zrobiłem. Potem olśnienie, w 2007 byłem w Skierniewicach z Henrykiem Berezą i Wiesławem Myśliwskim na spotkaniu zorganizowanym przez tamtejsze Centrum Kultury i Sztuki przy okazji konkursu im. Tadeusza Sułkowskiego, w którym jurorowałem. Wieziono nas autem z Warszawy i po drodze zatrzymaliśmy się w Kamionie nad rzeką Rawką. Darek Foks to wszystko wymyślił. Gdyby zdjęcie było kolorowe jak w oryginale, w tle można by się dopatrzeć wody i może nawet żeremi bobrów, które zadomowiły się w tej kultowej rzece Henryka Berezy. Dzień był pogodny, połowa października. Już w Skierniewicach Henryk pokazywał, głównie Wiesławowi (ja widziałem ją już wcześniej), kamienicę w Rynku 32 nieustannie przewijającą się przez Henrykową Oniriadę, a całą czwórką wyrzekaliśmy na modę betonowania wszystkiego, która nie ominęła też skierniewickiego Rynku.

Jak do Skierniewic ściągnął Wiesława Foks, tak na Roztocze ściągnął Myśliwskich szef „Akcentu” Bogusław Wróblewski. Panowie poznali się chyba w Narodowej Radzie Kultury, której Wiesław był wiceprzewodniczącym, a Bogusława powołano do niej w 1986 roku. Występowaliśmy tam, promując „Akcent” w ramach imprezy towarzyszącej Letniej Akademii Filmowej, której Wiesław był gościem rekomendującym swoje ulubione filmy. Na zdjęciu, nie wiem czemu w dość upiornej niebiesko‑fioletowej poświacie, w zwierzynieckim Domu Kultury (który potem zresztą spłonął): za stołem od lewej Wiesław, ja, Bogusław i Waldek Michalski. Tych zdjęć z Roztocza powinienem mieć więcej, i ze Zwierzyńca, i z Topólczy, dokąd Bogusław zapraszał swoich przyjaciół, i ze Szczebrzeszyna, i z wycieczek w różne atrakcyjne miejsca tego regionu. Chociaż przeszukałem pudła i klasery ze zdjęciami oraz stare dyski, znalazłem tylko jedno z jakiegoś punktu widokowego, a wiem, że były inne całkiem niezłe – przy kapliczkach, dębach, a może topolach tak spróchniałych nad ziemią, że mogło wejść do nich parę osób. Nie pamiętam swojego występu na festiwalu Stolica Języka Polskiego w 2016 roku, ale pamiętam plenerowy spektakl sztuki Drzewo w reżyserii Stefana Schmidta z fundacji Kresy 2000 z Nadrzecza, który zaczął się wraz z zapadnięciem zmroku. I pamiętam obiad i kolację w hotelu Perła Roztocza, w którym mieszkali Myśliwscy. Wiesiek był zresztą przyjacielem tego festiwalu i Honorowym Obywatelem Szczebrzeszyna.

Wiesław w redakcji „Twórczości” przy okazji rybek i jajeczek, jak nazywaliśmy przedświąteczne spotkania. Siedzący przy stoliku z Jurkiem Lisowskim, z Henrykiem, z Renatą Zdanowską (to wszystko jak za mgłą) – z Leszkiem Bugajskim, z Tadeuszem Komendantem, z Małgosią Brodacką. Palący papierosy, nie jak smok – dwa, trzy w ciągu imprezy. Wiesław w Bibliotece Narodowej, w kawiarni Czytelnika. Na jubileuszach i urodzinach. Znający zawsze miarę.

Nie pamiętam, kiedy poznałem Wieśka. Prócz Nowoursynowskiej i Wiejskiej spotykałem go też na Widok (choć częściej asystowałem przy rozmowach telefonicznych z Henrykiem). Byłem w Teatrze Dramatycznym, kiedy otrzymywał Wielkie Berło od Fundacji Kultury. Pewnie byłem kiedyś w redakcji „Regionów”, skoro w nich drukowałem, jeśli w redakcji „Sycyny”, to tylko raz. Dziwiło mnie, że przy takiej pozycji, jaką miał, te pisma upadły. Jak przez mgłę przypominam sobie coś, co nazywało się Klubem Pisarzy „Regiony” czy Klubem Pisarzy „Regionów”, co było reakcją na rozwiązanie ZLP, i na którego to klubu założycielskie spotkanie na zaproszenie Wieśka poszedłem. Gdzieś na Miodową? A może jednak na Szeroki Dunaj? Tam był Salon Polski Fundacji im. Lewakowskiego, współwydawcy Kresu kultury chłopskiej, który to esej „Twórczość” przedrukowała w 2004 roku. Jedno z ostatnich moich spotkań z Wiesławem to była chwila u Adama Pomorskiego w PEN Clubie przed spotkaniem Wiesława w Domu Literatury, gdzieś w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku. Ktoś wtedy jeszcze doszedł. Internet niczego mi nie podpowiedział.

Przez telefon nie rozmawialiśmy zbyt często, pamiętam dwa jego telefony do Puław. Jeden, kiedy Henryk, odstępując od swego unormowanego trybu życia, ruszył, nikomu nic nie mówiąc, w jakąś sylwestrową eskapadę do Krakowa i nie odpowiadając na telefony, postawił na nogi nie tylko pół Warszawy, ale i kawałeczek Puław. Drugi, gdy doszły do niego słuchy o problemach Jurka Łukosza i zastanawiał się, co można by zrobić, żeby mu pomóc. To były jedyne momenty, kiedy słyszałem go naprawdę bardzo przejętego. Nieźle wkurzony był wówczas, gdy zastanawiał się nad wyborem wydawcy dla Traktatu o łuskaniu fasoli i opowiadał o paragrafach umów ubezwłasnowalniających i poniekąd pozbawiających pisarza godności. Musieliśmy spotkać się na kilku pogrzebach, ale tu moja pamięć dyskretnie milczy.

Nie wiedząc, jak zacząć to wspomnienie, myślałem, że wiem, jak je skończę. Chciałem napisać, że Wiesław zasługiwał na wszystkie nagrody świata, również te, których nie dostał. Ale wspierając swoją pamięć, trafiłem na relację z wręczenia Mu nagrody im. Parandowskiego i dowiedziałem się, że niemal te same słowa wypowiedział wówczas Wojtek Bonowicz.

Postawiłem kropkę i wiem, że nie napisałem o paru rzeczach. Henryk Bereza po pierwszej wizycie na Nowoursynowskiej zapytany o wrażenia, odpowiada, że właściwie to boi się to powiedzieć, nie powinien tego mówić, ale ma takie wrażenie, jakby Wiesiek budował ten dom, tak jak bohater Kamienia na kamieniu buduje grób.

Jakby ten dom był jak grób.

Nie odniosłem takiego wrażenia, zamknięte osiedle, chyba nie można było wjechać samochodem, ale nie przypominam sobie, żeby trzeba było zapowiadać się przez domofon. Domy jednorodzinne jak spod sztancy, od frontu po obu stronach chodnika prowadzącego od furtki do drzwi kawałek trawnika lub miejsca na kwiatki. Z tyłu niewielki ogródek.

Wśród miejsc, które kojarzą mi się z Wiesławem, nie wymieniłem Łazienek Królewskich, w których w cyklu „Światło literatury” prowadzonym przez Bogusława Wróblewskiego 20 października 2016 roku odbyło się spotkanie z Wiesławem. Zapis tego spotkania jest dostępny pod linkiem https://www.lazienki-krolewskie.pl/pl/aktualnosci/wieslaw‑mysliwski-w-palacu-na-wyspie

Ktoś, kto przez trzy czwarte życia uważał, że świetna pamięć to jego atut, nie pamiętał, że przewodniczącym jury nagrody im. Piętaka, której był ostatnim wraz z Wacławem Tkaczukiem laureatem, był Wiesław Myśliwski, po Iwaszkiewiczu. I to głównie na nich opierał się prestiż tej nagrody.

To w jakiś sposób poprzez Wiesława – i po części poprzez Henryka – poznałem Mariana Pilota, Wacława Tkaczuka, Klemensa Górskiego.

Zupełnie nie pamiętałem, co jest w dedykacjach. Pamiętałem tylko, że w Uchu igielnym, którego nie udało mi się odnaleźć w bałaganie książkowym, jest dedykacja dla mnie i żony.

Z dedykacji w Kamieniu na kamieniu wynika, że przeszliśmy na ty najpóźniej w pierwszej połowie 1984 roku.

Nie napisałem, że w którymś momencie poczułem coś w rodzaju zazdrości o Wieśka. Umówiliśmy się, że da „Twórczości” fragment nowej powieści, dał „Akcentowi”. „Czemu się nie przypomniałeś?”

Nie napisałem, że cały tekst W okrążeniu mógłby być częścią tego wspomnienia. Zdania o onieśmieleniu, o respekcie również.

Nie przywołałem, choć mnie korciło, cytowanego tamże zdania z Kruczka, trzeciego rozdziału Widnokręgu: „Trwałość pamięci jest miarą rozpaczy, a rozpacz to przecież nic innego jak dumny i cierpliwy związek człowieka z sobą”.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.