6/2026

Barbara Rojek

Wygłupy na własny użytek

W przypadku książek takich jak Miłuj pisklę, które wyszło z jajka zepsutego Łukasza Krajewskiego, a więc pozycji o charakterystycznym idiomie, osadzonych w określonej estetyce – w tym przypadku sugerowanej już przez lekko manieryczny tytuł – recenzentka staje przed konkretnym zadaniem. Musi bowiem najpierw tę estetykę rozpoznać, następnie ją opisać i określić jej funkcję, a na końcu ocenić, czy wcześniej rozpoznana estetyka dostatecznie uzasadnia się w tomie, czy wykracza poza zestaw środków estetycznych i znaczy w całości poetyckiego działania. Taki proceduralny opis procesu interpretacji nie pozwala zapomnieć o konieczności stawiania pytań o powód, dla którego ktoś powołał do życia machinę specyficznego idiomu. Dzięki takiemu dociekaniu projekty literackie chociażby Patryka Kosendy czy Andrzeja Szpindlera dają się rozpoznać jako coś ciekawszego niż sprawne i dowcipne przetworzenie estetyki weirdu. Jednocześnie procedura taka od samego początku cechować powinna się podejrzliwością, która nakazuje nieustannie ponawiać pytanie, czy zaproponowane wyjaśnienie udźwignie stworzony na potrzebę książki idiom oraz czy będzie ono zwyczajnie interesujące.

Jakub Skurtys po przeprowadzeniu podobnej procedury w recenzji dla „Dziennika Literackiego” doszedł do wniosku, że wiersze Krajewskiego czytać należy jako wyrazy sublimacji napięcia, które odczuwa podmiot, jednocześnie uwikłany w ekonomię przyjemności i przekonany o braku własnej sprawczości, a przez to mogący się już jedynie zajmować „technikami siebie”. Zdaniem krytyka cały, najogólniej mówiąc, turpistyczno‑metalowy sztafaż książki jest próbą ujęcia współczesności w kategoriach martwoty, inspirowanych wampirycznymi metaforami u Karola Marksa, Heglowską martwotą pieniądza oraz spektaklem jako odwrotnością życia u Guy Deborda. Interpretacja Skurtysa jest o tyle przekonująca, że pozwala dość sensownie wyjaśnić zarówno powołane do życia przez Krajewskiego imaginarium, jak i dystans oraz wyczuwalną niepowagę jego wierszy. Pozwolę jednak uruchomić się podejrzliwości i postawić pytanie, na które w tekście krytyka nie znajdziemy odpowiedzi: czy takie wyjaśnienie satysfakcjonująco uzasadnia całość podzielonej na trzy części książki? Dlaczego Krajewski potrzebuje tomiku, a nie, dajmy na to, jednego wiersza, by przepracować tę, ostatecznie dość łatwo uchwytną i niezdynamizowaną wewnętrznie, obserwację? Należy zatem sprawdzić, czy to opis Skurtysa jest niewystarczający wobec złożoności projektu Krajewskiego, czy też książka poety rzeczywiście daje się w takim opisie – na swoje nieszczęście – zamknąć.

Miłuj pisklę… właściwie od samego początku sugeruje się czytelnikowi, że podstawowe napięcie dotyczyć będzie niebagatelnego problemu rozdźwięku między „swojością”, czyli jednostkowością i prywatnością, a doniosłymi zagadnieniami, którym zwykło się przypisywać charakter powszechny i uniwersalny. W przypadku owej jednostkowości Krajewski nie jest jednak zainteresowany epistemologicznymi pytaniami o problem poznania czy rozważaniem podmiotowej perspektywy. „Swojość” łączy się dla niego raczej z pewnym komicznym i groteskowym idiomem, który charakteryzuje małość i niepoważność podmiotu. Jednocześnie staje się on poetyckim narzędziem służącym wskazywaniu na niemożliwość opowiadania o obarczonych tradycją zagadnieniach w inny sposób niż właśnie w dowcipno‑krindżowym rejestrze. Dość dosadnie zostaje to wyrażone już w pierwszym wierszu Czekoladki Antychrysta:

Czy zbawię świat, jeśli pogłaszczę

pudelka? Ten pudelek to ja, merdam sobie

ogonkiem la la la aż się pręży i

przeistacza w mikrofon Antychrysta.

Antychryst nadaje:

„Jest tylko selfie-zbawienie

i selfie-oświecenie,

i selfie-nadzienie – czekoladka, którą

najtrudniej się podzielić”.


Wiersz ten zapowiada i problematyzuje podstawowy gest podmiotu książki, a więc zwracanie się do siebie – owo „głaskanie pudelka”. Jednocześnie gest ten sprowadza wielkie pojęcia do ich wersji „selfie” – prywatnej, zindywidualizowanej – a i te szybko zdają się wyczerpywać, skoro „oświecenie” tak łatwo przechodzi w połączone z nim rymem „nadzienie”. Naturalną konsekwencją zdaje się zatem, że taką „czekoladką […] najtrudniej się podzielić” – rozważania o zbawieniu zostają zdegradowane do wygłupów na własny użytek, skoro samozwrotny przedrostek przenosi je do sfery prywatności.

Poeta nie decyduje się jednak poprzestać na stwierdzeniu o prywatnym charakterze tej aporii – umyka więc przed pierwszą pułapką. Krajewskiego interesuje bowiem właśnie eksplorowanie owych prywatnych wygłupów, w przekonaniu, że nie są one całkowicie bezproduktywne. Najciekawiej rozgrywa to chyba wiersz Ogólniki, w którym motto z wiersza Zuzanny Ginczanki – „A zaimki to malutkie pokoiczki, gdzie na oknach rosną małe doniczki” – wskazuje na chęć rozgoszczenia się podmiotu w „swojości”. Na początku wiersza poeta chyba stara się naśladować dykcję przywodzącą na myśl wiersze Wisławy Szymborskiej, a więc skupioną na pracy z frazeologizmami, wyprowadzaniu z nich uniwersalnych wniosków i jednoczesnej krytyce takich ogólników:

Nie znoszę ogólników w służbie wyższej racji:

każdy zawsze co poradzisz stało się tak bywa,

jak można pisać w białych rękawiczkach o rzeczach, które doprowadzają

do białej gorączki […]


Zamiast spodziewanego rozważania o ogólnikach, poeta przechodzi do wymienienia owych „rzecz[y], które doprowadzają / do białej gorączki”: „takich, jak frustracja asystentki czeszącej cały rok kalendarze możnym biznesmenom, / jak nerwowy tik stóp kogoś, kto we własnym domu poczuł się intruzem, / jak kipiące lawą oczy, / takich jak serce jak benzynowe morze”. Wiersz kończy się pytaniem, w jaki sposób należy tłumaczyć takie obarczone dużym ładunkiem emocjonalnym rzeczy: „(kropla śliny w czyichś ustach, i nagle trafia cię iskra), / jak? / O tak, wprost – na to jest tu miejsce, / na pocałunek i łom”. „Pocałunek i łom”, a więc czułość i przemoc zdają się składać na afirmowaną przez poetę strategię opisu, dostępną w sytuacji skazania na prywatność. Te dwa, pozornie przeciwstawne składniki dość dobrze opisują estetyczne wybory Krajewskiego, lubującego się zarówno w żartach i zdrobnieniach, jak i w makabrycznych tematach. To, co łączy te dwa elementy – a także
czyni przeciwstawność pozorną – to właśnie niepowaga i skłonność do przesady. Jak pisze dalej poeta w wierszu Norma: „Jedna ręka we krwi, druga w czekoladzie: / tak wygląda kuchnia mojego świata, moje gotowanie”.

Stawki swojego debiutu Krajewski wyraża dobitnie w wierszu Opis, w którym tytułowa kategoria, obiecująca jakąś obiektywność, zostaje przedstawiona jako strategia z gruntu przebrzmiała i fałszywa:

Opis? Opis to antyk, który spada z półki

i tłucze się u stóp – i cała ta strata przynosi tylko ulgę

[…]

(Czy analfabeta to pionier, któremu odebrało mowę?

Czy Opisanie świata to:

a. dzieło niewolnika,

b. protokół jego dobroci,

c. spisana cudzą ręką baśń megalomana?)


Prowadzi to podmiot do stwierdzenia, że pragnie on „stać się pionierem na przetartym, ale własnym szlaku, / zrobić z choroby morskiej refren swojej ody […]”. Pisząc o „przetartych szlakach” Krajewski oddala zarzut, że jest zainteresowany eksplorowaniem unikalności jednostkowej perspektywy. Poeta, przeświadczony o braku wyjątkowości swojego języka, chce raczej sprawdzić, co jest zdolny stworzyć w jego obrębie przy wykorzystaniu nienajlepszej jakości elementów („choroba morska”). W zamykającym książkę wierszu Marsjańska sierota ta strategia zyskuje dodatkowo wymiar niemalże egzystencjalny. Z jednej strony bowiem autor opisuje w ten sposób rozpaczliwe próby podejmowane przez tytułową samotną i wyobcowaną istotę, która mimo swojej słabej pozycji, poświęca całą siebie oczekiwaniu na zmianę i ruch:

Nie ma postoju na żadnym postoju.

Gniew chrzci czarodziejkę,

jej miłość trawi wszystko, co w zasięgu ręki.

[…]

Ruch, choćby biedny, niesie ukojenie.

Ruch, choćby biedny, przyobleka się w kolor lawy.


Z drugiej strony owo działanie ma wymiar oswajający, pozwala tworzyć sobie „dom” tam, gdzie nie mamy szansy czuć się, no właśnie, „swojo”:

Dom musi być wszędzie,

jak wszystko,

dla wszystkich,

innego nie chcę,

innego nie będzie.


Chociaż można mieć wątpliwość, czy opisane powyżej przemyślenia dające się wyczytać z wierszy Krajewskiego są rzeczywiście interesujące, to z pewnością poeta znalazł formę, która pozwala mu wyrazić wewnętrzną dynamikę tych refleksji. Warto jednak zauważyć, że dotychczas napisałam tylko o pięciu utworach z Miłuj pisklę…. Lepiej unikać sytuacji, w której recenzentka, przeświadczona, że jest w stanie wyprowadzić z odczytania kilku wierszy interpretację całej książki, decyduje się nie wspominać o reszcie utworów. W przypadku debiutu Krajewskiego wydaje się jednak, że kiedy poeta wyrazi już swoje zasadnicze pomysły w paru, swoją drogą całkiem niezłych, wierszach, to w kolejnych albo wkracza na bardziej przygodne tereny, albo rozwadnia znaczenie książki, uciekając się do ponownych realizacji wcześniej poczynionych rozpoznań.

Dobrym tego przykładem jest wiersz 321, przetwarzający figurę Dantejskiego piekła, które poza „pierwocinami grozy” pozbawione jest już raczej strasznych elementów: „dante to już streetwear, spotulniały jak / piżamka, tatuaże prosto z / czipsów, sąd ostateczny umazany buzią z babcinych / przetworów […]”. Zejście do piekła zaś okazuje się jednocześnie – co nie powinno dziwić – okazją do introspekcji:

[…] nagle strzały ławicami napływają w moich skroniach i się

pocę i się pocę i zapadam się pod ziemię jak w krzyżowym ogniu świateł

jupiterów antropocen jadę

na dół winda_mdłości_głowa/spadamipod/

stopy globus turla mroczny cyrk rozbujanego piedestału

co się stało

czy to namiot

pod plandeką moich

skroni moich uszu […]

ogary hadesu urządziły sobie budę

w moim ciele […]


Taka realizacja infernalnego motywu pozwala poecie na opis wszechogarniającego, groteskowego chaosu („[…] pandemonium w neurolesie zloopowało mi przed oczami / odyseję, papo Wergiliuszu, co tu się wygarnia: / bifurkacja ministrela / nacerebralnejscenie // płoną słowniki, reszta jest hymnem / berbecia”). Równie przewidywalne jest, że podmiot z tej komicznej materii wewnętrznego piekła chce zrobić coś, co w dowcipny sposób rozmontuje zagadnienia z Boskiej komedii, które cechuje pretensjonalność: „z tych podziemi / zrób przekąskę / tak dla beki / i ją podaj / bractwu mroku […] / demaskując ugłaskany mefistofelizm loftów artystycznych”. Nietrudno zauważyć, że ten, całkiem skądinąd długi, wiersz operuje zasadniczo na podobnym schemacie, co utwory interpretowane poprzednio: sprowadzenie do prywatności, następnie sprofanowanie i z tych sprofanowanych elementów zbudowanie czegoś nowego.

W wierszu pojawia się parę nowych i potencjalnie interesujących wątków. Prześmiewczo przytoczone zostaje stwierdzenie Waltera Benjamina o nowoczesności jako czasie piekielnym („Ta cała nowoczesność ma strukturę piekła, pisał / Walt Disney Benjamin do Beavisa i Butt‑Heada”). Podmiot wskazuje również na swoją ahistoryczność i zawieszoną chronologię („[…] będzie głośno o tym w mediach już niedługo odkryjemy skamielinę prosto / z piekła w której jeszcze przed potopem szyfrowałem tego posta będąc / bobobobobobobobobotem na Facebooku”). Jednak ani w ramach wiersza, ani całego tomu zagadnienia te nie znajdują rozwinięcia.

Mimo że prywatne profanacje Krajewskiego biorą sobie za przedmiot różne rzeczy, to po pewnym czasie stają się monotonne i dość łatwo dają się rozpoznać jako kolejne realizacje opisanej wcześniej strategii. Mówię tu chociażby o wierszu Blair Chips Project (przepracowującym zagadnienie wieczności) czy Bóg (zainteresowanym chyba problemem obecności Boga w świecie). Poeta różnicuje swoje zabiegi, biorąc na warsztat raz frazesy (Burger duch, Mućka Z, Pop!), a raz utrwalone elementy dzieł kultury (Marchewka Wittgensteina parodiuje, z nutą wampiryzmu, poetykę Traktatu logiczno-filozoficznego; Wyłom w ciągu obrabia słynne zdanie otwierające Annę Kareninę; Zbiory Oczywiście, że nawiązują do inwokacji antycznych eposów), wydobywając z nich absurdalność i przerabiając je po swojemu. Zdaje się jednak grać cały czas o jedną i chyba niezbyt wysoką stawkę.

Koniec końców pozornie tak dynamiczna poezja staje się monotonna. Książka, w której autor stara się pracować na efekty komizmu i groteski zmienną długością wersów, ich rozstrzeleniem czy nieoczywistym układem – znajdziemy w niej nawet jeden kaligram – oraz zmiennym rytmem, paradoksalnie dość szybko się nudzi. Na niekorzyść Miłuj pisklę… działa również podział na trzy części, który, mając chyba podkreślać złożoność i zmienność tomu, niestety wyłącznie podbija wrażenie monotonii. W wierszu Bunt systemu przeczytamy: „[…] (ja liżę system, bo mnie nęci jego awaria)”, jednak wielokrotne powtarzanie tej samej awarii, nawet na innym materiale, przynosi ostatecznie niezbyt ciekawe skutki. Znaczenie książki Krajewskiego jest bardziej skomplikowane, niż sugeruje to w swojej recenzji Skurtys, a poeta rzeczywiście potrzebuje przestrzeni paru wierszy, by zbudować potrzebną estetykę i rozegrać zajmujące go zagadnienie prywatności i komiczności podmiotu. Estetyka i idiom Miłuj pisklę… uzasadniają się w ramach logiki książki, ale logika ta niestety przypomina maszynkę zdolną od pewnego momentu jedynie reprodukować znany schemat. Jeżeli zaś reprodukowanie samo w sobie nie niesie znaczenia, to trudno znaleźć wystarczające uzasadnienie dla zbudowania na nim całej książki.

Łukasz Krajewski Miłuj pisklę, które wyszło z jajka zepsutego
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi / Dom Literatury w Łodzi,
Łódź 2025, 68 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.