6/2026

Marcin Sendecki

Z życia towarzystw (2)

Notatki z okresu przejściowego, którymi podzielił się niedawno z czytającym społeczeństwem Paweł Kaczmarski („Twórczość” 2026, nr 4), otwiera teza, iż „Polska literatura znajduje się w okresie przejściowym: między formalną a realną subsumcją produkcji literackiej pod kapitał”. Wedle Kaczmarskiego subsumcja formalna polega na tym, że „literaturę pisze się głównie wewnątrz – i na potrzeby – czegoś w rodzaju eksperckiego pola”, które zasilane jest ze środków publicznych, więc sprzedaż książek i popularność w szerokich kołach nie determinują istnienia pisarzy, subsumcja realna zaś to pisanie całkowicie zależne od czytelniczego i sponsorskiego rynku, czyli „tworzenie literatury jako (wymiennego) towaru” ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jak dodaje Kaczmarski, „W postsocjalistycznym społeczeństwie jak nasze, mechanizmy subsumcji formalnej można widzieć jako pozostałości poprzedniej epoki; subsumcja realna jawi się jako efekt nieubłaganych rynkowych przemian”. Dalej następują przykłady, które unaocznić mają słuszność tych objawień, by tak rzec, w terenie: „W poezji polskiej różnica między obiema sytuacjami jest zasadnicza i widoczna na pierwszy rzut oka. Poetą pola eksperckiego jest Andrzej Sosnowski, poetką subsumcji realnej Małgorzata Lebda”. W prozie zaś, gdzie podobno „granica wydaje się bardziej nieostra”, idąc za tekstem Krzysztofa Uniłowskiego sprzed dwóch dekad, który mianował Olgę Tokarczuk pionierką symulującej wysoką literaturę „prozy środka”, Kaczmarski lokuje noblistkę „po stronie bezpośredniego podporządkowania rynkowi”.


Tu kończy się wstępna, nazwijmy ją teoretyczną, partia Notatek… Część druga tego felietonu, nazwijmy ją dygresyjną, zdaje się mniej istotna (a z pewnością bardziej zagmatwana), aczkolwiek i jej wypadnie poświęcić parę słów. Zacznijmy jednak od początku, by zwrócić uwagę, że teza o przejściowym stanie naszej literatury nie może być traktowana ani jako rzeczowy opis sytuacji, ani jako uzasadniona prognoza. Kaczmarski nie wskazuje choćby jednego przykładu cywilizowanego kraju, w którym literatura jako całość w wyniku „nieubłaganych przemian” została wydana na pastwę rynku (a powinno tak się przecież stać zwłaszcza w państwach, które nigdy nie zaznały dobrodziejstw realnego socjalizmu), jego teza nie jest więc oczywiście nijak ugruntowana. Rozwiązania instytucjonalne i zakres publicznego (oraz prywatnego) wsparcia dla ambitniejszego pisarstwa oczywiście znacznie się różnią w poszczególnych przypadkach, ale trudno sobie wyobrazić, by kiedykolwiek takie wspomaganie zanikło zupełnie. Zresztą, gdyby nawet doszło i do tego, literatura wysoka, szczególnie poezja, jako sztuka ze swej istoty uboga, ma wszelkie szanse przetrwania.

Kwestia druga to sensowność użycia Marksowskiej teorii wartości dodatkowej do opisu nie tylko sytuacji współczesnej polskiej literatury, ale literatury w ogóle. Nie mam kompetencji, by wadzić się z Kaczmarskim o marksizm, ale zdaje mi się, że użycie modelu subsumcji produkcji pod kapitał (nie jestem pewien, czy jest ona tożsama z subsumcją pracy pod kapitał, o której także czyta się u Marksa) jest wysoce niezasadne w odniesieniu do literatury. Co więcej: samo pojęcie „produkcji literackiej” zdaje się w tym kontekście wysoce wątpliwe. Powiada Marks: „Milton, który napisał Raj utracony i otrzymał za to pięć funtów szterlingów, był pracownikiem nieprodukcyjnym. Natomiast pisarz fabrykujący dla swego księgarza jest pracownikiem produkcyjnym. Milton produkował Raj utracony z tej samej przyczyny, dla której jedwabnik produkuje jedwab. Była to czynność jego natury. […] Ale lipski proletariusz literacki, fabrykujący książki (na przykład podręczniki ekonomii) na zamówienie swego księgarza, jest pracownikiem produkcyjnym, gdyż jego produkcja z góry podporządkowana jest kapitałowi i dokonuje się tylko dla pomnażania wartości kapitału” (Karol Marks i Fryderyk Engels, O literaturze i sztuce. Wybór tekstów, tłumacze różni, redakcja Tadeusz Zabłudowski, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, s. 57). Łatwo dostrzec, że w obecnych warunkach nawet wytwórcy książek o masywnych nakładach (na przykład Remigiusz Mróz czy legion autorek seryjnych powieści kryminalnych i obyczajowych) mają zgoła inne relacje z kapitałem niż literaccy wyrobnicy, o których wspomina Marks. Warto byłoby zresztą ekonomię tego segmentu pisarstwa dokładniej opisać, bo tylko w jego obrębie mamy do czynienia z czymś na kształt regularnej i dającej się planować produkcji towaru o z grubsza mierzalnej wartości. W dodatku zaś pouczające byłoby uświadomienie sobie, ile środków publicznych zmarnowano i wciąż się marnuje na pompowanie pozycji na przykład polskiego kryminału w imię fetyszu „czytelnictwa”. Uważam bowiem, że walka o to, by zamiast bzdur z importu czytano bzdury rodzime, nie jest warta złamanego grosza. Owszem, istnieją nieliczne wybitniejsze dzieła tego rodzaju, ale nie uzasadniają wsparcia dla całego morza chłamu.

To jednak tylko dygresja, bo przecież Kaczmarski na biegunach podporządkowania twórców rynkowi stawia Andrzeja Sosnowskiego oraz Małgorzatę Lebdę i Olgę Tokarczuk. Co ciekawe, poza wspomnianą uwagą Uniłowskiego o Tokarczuk (który, co ważne, piętnował pewien domniemany wybór i efekt estetyczny, nie wieszcząc żadnej zgoła subsumcji) Kaczmarski nie przywołuje jakiegokolwiek argumentu na rzecz takiego podziału ról. Albo inaczej: w bardzo przemyślny sposób używa (odwołującego się nie do ratio, lecz do emocji) argumentu „z nazwiska”. Otóż ze świecą szukać kogoś, kto nie szanowałby wybitności dorobku i poetyckiego etosu Andrzeja Sosnowskiego, całkiem łatwo natomiast znaleźć ludzi wątpiących w pisarską arcydzielność Lebdy czy Tokarczuk i/lub sceptycznych wobec ich, mówiąc szeroko, pomysłów na istnienie w literaturze i jej okolicach. Czyniąc jednak z tej oczywistej różnicy modelową alternatywę, Kaczmarski prześlizguje się nad dwoma podstawowymi kwestiami. Po pierwsze: poezja, ale także wszelka ambitniejsza literatura, jest wyjątkowo niepodatna na sławetne utowarowienie, zarówno ze względu na swoją naturę, jak i – co może ważniejsze – całkowitą niemal ekonomiczną nieistotność nawet w obrębie samego rynku książki. I nie zmieniają tego pojedyncze sprzedażowe sukcesy tej czy innej autorki. W skomplikowany ekosystem życia literackiego wpisane są autorskie pragnienia sławy, poklasku i finansowego sukcesu, a więc także pisanie pod publiczkę czy podążanie za modą, oraz że pisarze kształtują swój wizerunek, by przyciągnąć publiczną uwagę i odróżnić się od innych, jest stare jak świat, a na pewno starsze i od kapitalizmu, i od jego marksistowskiej krytyki. Twierdzenie jednak, jak czyni to Kaczmarski, że Tokarczuk czy Lebda świadomie porzucają ambicje na rzecz produkcji pokupnego towaru, jest zarówno obraźliwe, jak i gołosłowne. Osobiście uważam, że obie starają się pisać rzeczy dobre, piękne i ważne – i niezależnie od mojej opinii o artystycznych efektach ich pracy ani myślę nie dostrzegać tych starań. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by dostrzec, że literacka kariera (używam tego słowa z braku lepszego) Andrzeja Sosnowskiego, Olgi Tokarczuk i Małgorzaty Lebdy ma zasadniczo to samo źródło, owo wewnętrznie zróżnicowane eksperckie pole sensu largo, za sprawą i w obrębie którego cała trójka zaznała prestiżowych nagród, entuzjastycznych recenzji i akademickich studiów. Owszem, mogę się zżymać na funkcjonowanie i liczne werdykty tegoż pola. Owszem, twórczość Małgorzaty Lebdy mam od zarania za radykalnie niewybitną. Podobnie myślę zresztą o dziełach, powiedzmy, Justyny Kulikowskiej, Kamili Janiak czy Anny Adamowicz, by przywołać tylko kilka hołubionych ostatnio poetek (skupiam się na autorkach, bo i Kaczmarski wymienia wyłącznie autorki po złej stronie mocy), ale promowanie jej (ich) wiążę przecież z brakiem gustu, konformizmem czy interesami rozmaitych postaci i środowisk, a nie interwencją bezosobowego kapitału.

Fundamentalne rozpoznania Kaczmarskiego mam więc za absurdalne i, co więcej, szkodliwe, bo odwracające uwagę od prawdziwych wyzwań życia literackiego. Nie mam też pojęcia, co zamierza napisać w zapowiadanych kolejnych odcinkach swego cyklu, ale zdaje mi się, że potrafię wyobrazić sobie cel jego misji. Zawarte w drugiej części Notatek… luźne uwagi o rozmaitych niedomogach i problemach dzisiejszego życia literackiego, każą podejrzewać, że rama pojęciowa, do której wpycha on literaturę, służyć ma za podstawę do stygmatyzacji nielubianych autorów za pomocą pozaestetycznych kryteriów. A zatem także budowaniu własnej pozycji jako literackiego eksperta. Po sukcesie takiej operacji Kaczmarski oraz jego akolici będą mogli (ku chwale „naukowego marksizmu”?) kształtować mechanizmy odbioru, dowolnie orzekać o tym, kto jest wybitny i słuszny (bo pielęgnuje rzekomo „postsocjalistyczne” mechanizmy autonomii literatury wobec rynku), a kto „obiektywnie niesłuszny”, bo zaprzedał się rynkowi duszą i ciałem, choćby sam podsądny klepał biedę i siedział w kącie cicho jak mysz pod miotłą. (Zresztą, jawna krytyka wciąż jeszcze wymusza szczątkowe choćby argumenty, które można podważyć. Znacznie wygodniej jest przemilczać istnienie niemiłych sobie dzieł i autorów. Taka moc skutecznego przemilczania jest także warta niemałego grzechu). Nie dajmy się więc zwieść biadaniu Kaczmarskiego o „braku stawek” (dodam, że owe „stawki dzieła literackiego” to jeden z najobrzydliwszych chwastów obecnego okołoliterackiego języka), bo gra on o najwyższe wygrane: zdobycie przez swoje środowisko władzy instytucjonalnej, pieniędzy, rządu dusz i mocy autorytatywnego rozstrzygania o jakościach estetycznych.

Jak łatwo się domyślić, nie życzę mu powodzenia.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.