7–8/2026

Jerzy Franczak

Żart

1
Był zarozumiałym gnojkiem, który nie miał pojęcia o niczym. I właśnie do tego potrzebna mu była ta cała awangarda – żeby nadal nie mieć o niczym pojęcia i żeby bez przeszkód być zarozumiałym gnojkiem. Awangarda głównie do tego służy, umówmy się. Widzę to z perspektywy czasu, choć wtedy oczywiście wydawało mi się, że robimy rewolucję. Ale wtedy ja też byłem zarozumiałym gnojkiem. I też chciałem nie mieć pojęcia o niczym.


2
Pochodził spod Krakowa, z tak zwanej trudnej rodziny – bieda, alkohol, przemoc domowa. Twierdził, że regularnie uciekał, a po tej nocy, kiedy ojciec gonił go z siekierą, zerwał z rodziną na dobre. I znienawidził wszystko, co domowe i rodzinne. Zamieszkał w bursie, dostał stypendium dla zdolnych uczniów. W jaki sposób – nie wiem, bo oceny miał słabe. Programowo olewał system kształcenia. Powiadał, że nie jest zwykłym ignorantem, że posiadł sztukę przyswajania i wydalania. Trochę na zasadzie „zanieumiałem”, „odwiedziało mi się”. Miała to być odwrotność uczenia się, znacznie trudniejsza od samej nauki.


3
Pewnego dnia zabrał mnie do swojej kryjówki. Pokazał mi awangardę i obiecał, że się ze mną podzieli. Przestałem się uczyć i zostałem robotnikiem jutra.


4
Na ćwiczeniach z dykcji byłem w parze z Laszlo. Laszlo wiedział, że chce iść na prawo. Nasze drogi rozeszły się, bo nosiłem przy sobie awangardę, a awangarda zawiesza prawo lub bawi się nim. Zresztą Laszlo miał umysł tyleż błyskotliwy, co abstrakcyjny, a mnie interesował zmysłowy kształt rzeczy, więc i tak nic by z tego nie wyszło. W drugiej klasie straciłem przyjaciela, za to zacząłem śnić polifoniczne przypływy rewolucji.


5
Niszczyłem stary świat i budowałem nowy, na miarę jutra. Innych miar nie było. Nie wszyscy o tym wiedzieli. Znałem takich, co zachwycali się starociami i wlewali swoje zachwyty do urny grobowej. Obserwowałem gnicie umysłów, niekiedy najlepszych z mojego pokolenia. Dawałem im do powąchania awangardę, a oni się krzywili. Miałem dla nich wzgardę, zawiść, wstyd czy coś w tym stylu. Nie wiem dokładnie, nie znam się na uczuciach.


6
W pracowni chemicznej posadzili mnie z Elzą. Od razu mi wyznała, że chce zostać lekarką. Między nami wyrósł mur, gdy przyjąłem pierwszą dawkę awangardy, bo awangarda kwestionuje patologię i ma własne pojęcie o zdrowiu. Zresztą Elza była wyższa ode mnie o głowę, co mnie upokarzało, więc i tak nie mieliśmy przyszłości. W drugiej klasie zostałem przegrywem, za to nauczyłem się przekreślać historię i potomność.


7
Gdy już je przekreśliłem, pojawił się problem konstrukcji. Należało wymyślić poemat i zamknąć go w jednym słowie, uwolnić słowo i zmieszać z życiem. Nie chodziło o fuzję, tylko o wymianę własności. Poemat miał stać się prawdziwy, a życie jednowyrazowe. Artur wpadł na ten pomysł podczas gimnastyki. Trzeba to było rozwinąć i odpowiednio zapakować. W trzeciej klasie ukuliśmy nazwę, stworzyli program, kupili megafon. Wszystko upchnęliśmy w kanciapie, w której trzymaliśmy awangardę.


8
Plan był taki, by w poniedziałek rzucić wyzwanie gwiazdom. Niestety, w weekend nicość zakradła się do kanciapy i zepsuła nam sprzęt. Rozpierdoliła nowiutką fabrykę metafor. Wysiadł też prąd i skończyła się historia. Lecz było za późno, by się cofać. Ogłosiliśmy dobrą nowinę na długiej przerwie, metodą improwizowanego gulgotu. Nikt się nie zorientował, że nasze gulgotanie miało głębszy sens. Wychowawcy byli zdumieni, koledzy skonsternowani. Koleżanki dopytywały, o co chodzi, a my udzielaliśmy im wyczerpujących odpowiedzi.


9
Prąd wrócił, lecz przerwa trwała w nieskończoność. Doszło do śmierci autora i znów ogłoszono weekend.


10
Nagle usłyszeliśmy właściwą melodię. Rzuciliśmy partyturę na fasadę szkoły. Do tego słowa, metodą chybił-znalazł. Notowaliśmy je w nowym prastarym alfabecie. Gdy zeszliśmy z rusztowań, zaczęło się święto. Artur niósł sztandar przez ledwie naszkicowany tłum. Niósł go trochę jak krzyż, trochę jak kwiaty, trochę jak miecz samurajski i odrobinę jak szczypce do cukru. Nie naśladowałem go, rozwijałem własne zaniechanie. Gdy nadeszła moja kolej, niosłem sztandar trochę jak pochodnię, trochę jak pory, trochę jak kij do golfa i odrobinę jak martwą mysz. Czasoprzestrzeń pozostawała sztywna. Milczałem o niej w językach stricte oceanicznych.


11
Ruszyliśmy na obchód. Kroczyliśmy śmiało, frunąc i spadając. Nieśliśmy awangardę we dwóch, jak szafę czy szybę. Pod naszymi stopami wysuwał się cypel stuleci. Miał kolor, był miękki, był niczym. Jak nasze idee: niczym. Nauczyciele rozwijali panoramy: z jednej strony bagno, z drugiej żywopłot dzikiej róży. Pocięliśmy awangardę na kawałki, zrobiliśmy z niej papierowe maski i żelazne majtki.


12
Dryfowaliśmy po szkole (lekko przebudowanej). Przez boczny korytarz dostaliśmy się do czwartej klasy. Robiło się poważnie. Artur mrugnął i pokazał mi rewolwer. Plan był taki, by się rozproszyć, markując ucieczkę, i zmylić wroga. Zrealizowaliśmy go tak dobrze, że oszukaliśmy samych siebie. Ja wybrałem życie, ale na niby. Wyjechałem i wróciłem, ożeniłem się i rozwiodłem. Zdobyłem fach, wywalczyłem awans. Za wyznanie wiary wystarczył kredyt. Dzięki determinacji doczekałem osiągnięć, na które pracowałem. Artur wybrał poezję (też na niby) i pozostał w szkole. Jak stał, tak wszedł w legendę. Akurat brakowało legendarnych poetów i on wstrzelił się w tę lukę idealnie. Utknął w tej luce na zawsze i nigdy go już nie zobaczyłem.


[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.