– Za późno – odparł bezrefleksyjnie Stary Pierdziel – już zrobiona jest.
– No, „Wyborcza” tak, ale tyle jest innych tytułów, które moglibyśmy zrewitalizować. „Kobieta i Tycie”…
– Chyba „Życie”?
– Życie absolutnie tak, „… na Gorąco”, „Prawo i …”, „… Literackie”…
– Tego to kurwa nie zniesę…
– A „Poeta i Życie”? Co ty na to?
– Kojarzę „Życie Warszawy”…
– Boś Stary Pierdziel, ja się z takim tytułem nie spotkałem, ale jak nie chcesz „Poety i Życia”, co byś powiedział na „Życie po Potopie”?
– Tym biblijnym? Gazeta o historii?
– Nie, tym z Trylogii, czytałem ci przecież, kiedy jeszcze słuchałeś, jak się tam wszyscy potopili pod Berdyczowem czy innym Borodinem, kiedy wylał Don, zwykle taki cichy u Sienkiewicza…
– A co ty byś powiedział na „Życie na Ławeczce”?
– Ciekawy tytuł! Coś jak pochwała slow life?
– Nie żeby od razu pochwa a la masło słoniowe, ale stara prawda głosi, że cycki robią sprzedaż…
– Nie masło ani pochwa, tylko życie, chłopie, life po naszemu, lajf, kapujesz? Lajf w rytmie slow-foksa, to taki taniec. Sloł, pomału.
– Taniec na ławeczce brzmi intrygująco. Ciekawiej niż na rurze. Krzywizny, spady, odstępy między deskami, łuszcząca się farba, bioróżnorodność podławeczkowa, to mogłoby chwycić. Nawet bez cycków.
– Cieszę się, przyjacielu, że zrozumieliśmy się bez słów. Czy wobec tego załatwisz sponsoring?
– Jasne. Gdzie to się robi?
– No, wiesz, trzeba się przejść po mieście…
– Ale przecież trąbią w prasie, radiu i telewizji, że z ławeczkami jest coraz gorzej na mieście…
– W jakim sensie?
– Każdej przypisano numer kolejny z łączem i jak na niej usiądziesz, rejestruje cię w centrali.
– Mnie w sensie tyłek?
– Po tyłku do danych osobowych, jak najbardziej.
– OK, ale ty masz załatwiać sponsoring, a tego nie robi się na ławeczce.
– Tylko na czym?
– Na lunchu, baranie!
– Ach, so!
– Jawohl! Und jetzt sponsoring machen bitte, aber schnell!
– Chyba coś ci na języku przycupło. Żabka?
Niewinny dowcip Starego Pierdziela natchnął naszych przedsiębiorców do wizyty w sklepie sieci Żabka, w którym zaopatrzyli się w niezbędne do poszukiwań sponsorów środki. Lauzega postanowił, że odpocznie od Sienkiewicza w zoo, gdzie ławeczki wciąż są bezpieczne, a Stary Pierdziel z plecaczkiem pełnym piwa (plus minus osiem sztuk), ruszył na obchód banków, parabanków, spółdzielczych kas kredytowych, aż dodarł do ciociobaru w podziemiach Dworca Centralnego, bo tam kierowano go w niejednej z wyżej wymienionych instytucji.
Mylą się ci, którzy ciociobar uważają za gejowskie miejsce spotkań rozpoznawczych. Ciociobar tak się nazywa, ponieważ prowadzi go ciocia pewnego pana, któremu pomaga w codziennych przepierkach gotówki. Kiedy Stary Pierdziel poinformował tę zacną damę o przyczynie swojej wizyty w jej miłym, ciepłym, dobrze oświetlonym barku, w którym można napić się dobrego piwa z beczki w cenie miastowej, a nie dworcowej, otóż kiedy wyznał jej, że szuka sponsora, ona, pani Basia, aż klasnęła w dłonie z radości i od razu zadzwoniła do siostrzeńca, który równie dobrze mógł być jej bratankiem, czego w tym miejscu nie rozstrzygniemy, ze względu na obowiązek ochrony danych osobowych.
Tymczasem Laubzega nie znalazł w zoo po wschodniej stronie Wisły ławeczki w miejscu odludnym i cienistym, a właśnie na taką liczył, na takiej pragnął zapaść w sen i spać, aż zbudzą go syreny, oznajmiające nalot albo rocznicę jakiejś klęski, a jeśli nie syreny, to ujadające psy wartowników pilnujących niedźwiedzi i żyraf zamieszkałych tam na stałe, a w najgorszym razie para zakochanych albo patrol policyjny. Za ostatni grosz wrócił na Pole Mokotowskie, żeby czekać, i czekał.
