04/2021

Jan Kasper

1.

Poniedziałek, rano. Jaki cud

zdecydował o tym, że na rynku

naszego klasztornego miasteczka

mógł zaistnieć ten szurnięty mitoman,

Charles Bukowski? Zgrabnie łączący

zachwiany stan z lekką dysharmonią (lewa noga

w trampku, prawa w sandale).

Za nim łażenie po nocnych knajpach.

Długie, pełne podstępnych pauz, monologi

weteranek, którym się nie powiodło

i które przychodziły się napić, oczekując

od takich, jak on, pozorów aprobaty.

Z właściwą dla siebie aktorską zgrywą,

gwiżdżąc, sika do fontanny.

Nikt, to jasne, nie spodziewał się go

tutaj. Ani bójcie się Boga burmistrz,

ani poukładani mieszkańcy.

Punktualnie odpalają samochody,

rozstawiają stragany lub wychodzą z psami.

Niektórych zaczepia.

2.

„Tyle co but nie od pary, tyle

znaczy poezja. Pomimo piętna

realności, nieprzewidywalna.

Obecna w tym, co się błąka, lawiruje,

nie wiadomo skąd zdąża

i dokąd. Dajcie się

przekonać, po to jestem”.

I zdarli mu trampek, ściągnęli sandał,

i przymierzali między sobą.

Trwał rechot.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.