aleja zasłużonych
W ponad siedemdziesięcioletniej historii „Twórczość” drukowała mnóstwo wspaniałych tekstów wspaniałych Autorów, niektórych wielokrotnie i przez lata. Przez redakcję i zespół redakcyjny przewinęło się wiele osobowości, które decydowały nie tylko o kształcie pisma, ale też o kształcie polskiej poezji, prozy, krytyki. Niektórych z najbardziej zasłużonych dla naszego pisma, dla polskiej literatury i najogólniej kultury pokazujemy w Alei Zasłużonych fotografią, cytatem, anegdotą. Niechaj tytuł Aleja Zasłużonych Państwa nie zmyli, wchodząc w tę aleję, nie wchodzą Państwo na cmentarz.
<
>
obraz Edwarda Dwurnika
Jarosław Iwaszkiewicz
czytaj więcej
Jak wszystko jest inne teraz! A jednak. Czytam teraz Romana Jasińskiego wypisy z krytyk muzycznych sprzed pięćdziesięciu lat. Zadziwiające, jak moje sądy z tamtej epoki były słuszne i sprawiedliwe.

Jakim byłem krytykiem! Czy tak się zmieniłem? Jurek Lisowski zarzucił mi, że jestem Piotrem Rytlem naszej epoki, dlatego, że nie podoba mi się Donat Kirsch i ten Słyk od barszczu. Czyżby naprawdę to była nowa epoka? Epoka literatury? I ja bym się na tym nie poznał? A dlaczego wybroniłem Konopielkę? Okazała się w końcu dobra, choć na nią w redakcji wybrzydzano. Czasem mi się zdaje, że to nie jest to, że ja przestaję rozumieć świat, ale że właśnie zaczynam pojmować, jak to wszystko znikome i nie warte uwagi, co się dzieje i co oplątuje prawdziwe znaczenie świata. To cudowne rosyjskie słowo „sujeta” − wszystko mi się zdaje właśnie tą sujetą, mydleniem oczu, niepotrzebnym hałasem. Świat wydaje mi się czasami jednym festiwalem sopockim! Czy rdzeń świata otworzy się po śmierci?


Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, 27 VIII 1979.

fot. Kacper Lisowski
Jerzy Lisowski
czytaj więcej
„Jest to rzecz arcyrzadka w annałach nie tylko polskiego czasopiśmiennictwa, żeby przez ćwierć wieku ten sam redaktor naczelny [Jarosław Iwaszkiewicz] i ten sam stworzony przez niego zespół redagował to samo pismo. Ta ciągłość w kraju o tak często rwących się tradycjach kulturalnych, ta tożsamość w dobie, która zasługuje sobie na miano raczej kameleonicznej, są przedmiotem naszej najprawdziwszej dumy.

Stojąca z dala od miałkich sporów i pozornych polemik, choć nie wahająca się przed wszczynaniem zasadniczych, od dwudziestu pięciu lat nasza „Twórczość” przedstawia literaturze polskiej in statu nascendi wierne zwierciadło, w którym mogłaby się przejrzeć. No, trochę upiększające może, ale sekret w tym, że to urodziwa i żywotna pani, która nazbyt już deformujące lustra rzuca po prostu w kąt. Czasami pomawia się nas o eklektyzm, jakby to był zarzut. „Twórczość” jest i powinna być eklektyczna – to jeszcze legat z pierwszych lat powojennych, gdy była jedynym wielkim forum literackim w kraju – nikt jednak lepiej od nas nie wie, ile w tym eklektyzmie jej Redaktora Naczelnego bywa codziennego heroizmu. Nie bierze się on bowiem u Niego z niepewności sądów, chwiejności kryteriów czy mało ukształtowanych gustów, ale jest wyrazem powinności, świadomym zamiarem ukazywania całej bogatej palety naszego piśmiennictwa, rezygnacją z apodyktyczności własnych upodobań na rzecz czegoś, co większe i ważniejsze – nowych wartości literackich, którym trzeba stworzyć sprzyjający klimat i warunki zaowocowania”

− pisał Jerzy Lisowski w 1980 roku w edytorialu do numeru lutowego poświęconego Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Potem sam został redaktorem naczelnym na dwadzieścia cztery lata.
fot. Paweł Orzeł
Henryk Bereza
czytaj więcej
Język pisarski (twórczy) to jest zupełnie co innego niż konwencjonalna literacka sprawność słowa, którą dlatego tak imponują dzisiejsi francuscy filozofowie, że nawet ona jest wśród uczonych prawdziwą rzadkością.

Tacy myśliciele, jak Michel Foucault lub Jacques Derrida mogą nią – literacka sprawność słowa – szpanować na cały świat.

Pisarskość należy rozumieć niemal identycznie jak głębokie – ukryte – rygory ję­zyka poetyckiego, co nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek poetyckością.

Wyjaśnienie, jak należałoby rozumieć pisarskość i język pisarski wymagałoby skomplikowanych wywodów.

Posłużę się więc eksplikacją jednego z dwudziestowiecznych pisarzy, który zna­komicie uchwycił różnicę między pisarstwem i niepisarską krytyką literacką.

Praca pisarza zależy od najrozmaitszych – przewidzianych i nie do przewidzenia – okoliczności, gdy tymczasem krytyk niepisarz może sobie wyznaczyć dowolny czas wykonywania swojej pracy.

Ta prosta eksplikacja jest szczególnie przydatna dla wszystkich ludzi piszących – pisarzy i niepisarzy – dlatego, że oni sami dla siebie mogą mieć swój znak rozpoznawczy.

Dla innych, dla czytających, nie jest to ułatwienie.

Rozróżnić w słowie efekty pracy pisarza i niepisarza jest tak samo trudno, jak z każdym twórczym rozpoznaniem i wartościowaniem słowa.

To sztuka, jeszcze bardziej rzadka i tajemnicza niż samo twórcze pisanie.

Jak dowieść, że każde słowo Witolda Gombrowicza – także to w Opętanych, tak­że to w Dzienniku – jest pisarskie, że każde słowo Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego jest w każdym napisanym zdaniu niepisarskie.

Wiem o tym i może nawet mógłbym tego dowieść, ale i tak nie przekonałbym nikogo z tych, którzy sami z siebie nie potrafią tego rozpoznać.

Kto nie odróżnia zdań pisarskich w felietonach Adolfa Rudnickiego i niepisarskich w felietonach Kazimiera Brandysa (który niezależnie od tego jest mistrzem słowa literackiego), tego się nie przekona do twórczego pisarstwa.

Kto nie rozpoznaje zdań Heleny Boguszewskiej i zdań Jerzego Kornackiego we wspólnie pisanych dziełach, temu się nie wytłumaczy, czym się różni sztuka pisania od maniackiego wyrobnictwa.

Kto nie widzi różnicy między słowem Hansa‑Georga Gadamera i słowem Michela Foucaulta, ten nie zgodzi się z zagadkowością takiego stanu rzeczy, że posługując się jak najsprawniej pozornie podobnym słowem pisanym można być albo prawdziwym pisarzem jak Johannes Bobrowski, albo literatem z zawodu jak Siegfried Lenz.

Pisarstwo od niepisarstwa oddziela głęboka – ukryta, prawie tajemna – natura samego języka, z czego tak wspaniale zdaje sobie sprawę Erich Fromm w książce Zapomniany język.

Fromm jest zdania, że „zapomniany język”, język naszych snów, język pełny, czyli język sam z siebie – ze swej natury – symboliczny został bezpowrotnie utracony.

Jest w tym wiele prawdy, ale i wtedy wolno myśleć, że prawdziwe pisarstwo jest niedoskonałą i może nawet niemożliwą próbą odnalezienia lub tylko odnajdywania śladów tego języka.

One istnieją w snach, poza nimi są bardziej widoczne w języku mówionym niż w pisanym, w pisanym są zauważalne u tych, którzy go wyczuwają i potrafią trafić na jego ślady, czyli są lub mogą być pisarzami.

Henryk Bereza, Pisarskość, dwusłowie, „Twórczość” 2001, nr 12.

fot. Włodzimierz Bolecki
Tadeusz Komendant
czytaj więcej
0. Cieszę się, że ktoś w XV w. napisał Breve Regnum!. Choć pewnie coś innego miał na myśli (np. ‘krótkie panowanie nad lejcami podczas kuligu’, a nie ‘znikome królestwo’), ta fraza po nim pozostała.

Cieszę się, że napisało mi się w przekładzie opublikowanym w czwartym tomie antologii Jerzego Lisowskiego: „Grzebieniem się czeszcie! Nie cieszcie się grzechem!”. Piękna fraza, która, mam nadzieję, mnie przeżyje.

4. Cieszę się, że nie znajdę się w niebie. Już wyjaśniam, czemu się cieszę. Wcale nie chodzi o towarzystwo. Otóż Jan Gondowicz, któremu wierzę bardziej niż Andrzej Falkiewicz Leszkowi Nowakowi, opisał we wspomnieniu o Lechu Emfazym Stefańskim, jak ten puszczał mu z siedemdziesięcioośmioobrotowych płyt ćwierćtonowe utwory Aloisa Háby. Oczywiście najłatwiej byłoby dowiedzieć się z Internetu, kim był Alois Hába, ale ja, jak każda prawdziwa księgowa, która rachunek wykonany przez komputer sprawdza na liczydłach, też nie dowierzam komputerom. Dlatego cieszę się, że dowiedziałem się wintażowo z papierowej „Odry” (2015, nr 2) czegoś o nim. To czeski kompozytor (1893–1973), z przekonań komunista (dużo było wśród Czechów takich popaprańców, dlatego tak łatwo postawiło im się przez pewien czas górujący nad Pragą pomnik Stalina, chyba nawet wyższy – nie jestem pewien – od figury Chrystusa w Rio de Janeiro i w jakimś polskim miasteczku, którego nazwy nie pamiętam i nie mam ochoty przypominać sobie). Jego głównym dziełem jest opera Nová země z 1935 roku, opowiadająca o Wielkim Głodzie na Ukrainie, wystawiona teraz (2014) jako światowa prapremiera przez Narodní Divadlo pod dyrekcją Petra Kofroňa (już słyszę uszami duszy swej arie czekistów i cudowne chóry skolektywizowanych Ukraińcow, a wszystko to w ćwierćtonach, bo z głodu na więcej ich nie stać).

„Háby nie słyszałem już nigdy później – pisze autor Ducha opowieści (Warszawa 2014) – ale wiem, że jeśli jest niebo i są w nim chóry anielskie – te chóry śpiewają ćwierćtonowo”. Ja z kolei wiem, że te anielskie ćwierćtonowe pienia byłyby dla mnie piekielną torturą. Wystarcza mi doczesność i ćwierćtony Mykietyna, bo słoń nastąpił mi na ucho w składzie porcelany, kiedy pytałem go o wiadomą sprawę. To dlatego cieszę się, że nie trafię na niebiański koncert. O Matko Boska, przywykła do czterech prostych tonów, z których składa się Salve Regina, jak Ty to wytrzymujesz? Przynajmniej możesz gryźć ze zgryzoty opłatek.

26. Cieszę się, że wysłuchiwałem opowieści nieżyjącego już stryja o dzieciństwie spędzonym na Ukrainie (jak każdy poddany cara Aleksandra po wybuchu I wojny został ewakuowany w głąb Rosji). Szczególnie podobała mi się wielokrotnie powtarzana opowieść o bolszewikach: kiedy już przeszła ich szarańcza, stryj (ten Bolek Kalafior z wydętym brzuszkiem) wchodzi do spalonej biblioteki, widzi nienaruszone regały książek, sięga po którąś z nich, a ta rozsypuje mu się w dłoniach w popiół.

Piękny obraz, choć dziś wiem, że stryj go nie widział, bo to niemożliwe fizycznie: książki tak nie płoną. Ale był pewien, że widział: tak działa praca pamięci.

40. Cieszę się, że Pani Ambasador zdiagnozowała (ona umie dyplomatycznie diagnozować!) mój stan: „To nie przeziębienie, Tadeusz, to starość”. Cieszę się, że zawsze lubiłem sery ze wskazaniem na kozie (powinny być najtańsze, bo koza zje nawet miotłę, ale są najdroższe, bo nasi miczurinowcy zza biurka zakazali hodowli kóz, pewnie im się, nominalnym marksistom, koza z czarownicą i diabłem kojarzyła), toteż śmieję się jak głupi z poważnych spraw.


I tak dalej. Nie wiem, ile czasu to jeszcze potrwa i ile „cieszę się, że” powstanie, bo to work in progress, jak życie. Wiem, że ostatni zapis ma brzmieć: Cieszę się, że żyłem.


Tadeusz Komendant, Cieszę się, że, „Twórczość” 2015, nr 4.

Bohdan Zadura
czytaj więcej
Z „Twórczością” jako autor związany od 1967 roku, w zespole redakcyjnym od 1983 roku, najpierw jako zastępca kierownika działu prozy (jedyny w życiu podwładny Henryka Berezy), od 1988 roku kierownik działu prozy, od roku 2004 redaktor naczelny. Również poeta, prozaik, tłumacz, kiedyś pisujący o książkach.
fot. Aleksander Jałosiński
redakcja „Twórczości” 1979
czytaj więcej
Na pierwszym planie: Jarosław Iwaszkiewicz z Julianem Stryjkowskim, poniżej Zofia Koreywo. Stoją od lewej: Henryk Bereza, Bożena Silecka, Celina Luberek, Artur Międzyrzecki, Zofia Wójcik, Małgorzata Brodacka, Andrzej Kijowski, Petronela Firlej, Helena Zaworska, Ziemowit Fedecki, Rajmund Kalicki, Renata Zdanowska, Irena Małuszyńska, Zdzisław Najder, Irena Bajkowska, Anna Kamieńska, Jerzy Piórkowski, Zofia Gołębiowska, Jerzy Lisowski i Mieczysław Radomski.

Grudzień 1979 roku.

fot. Krzysztof Dubiel
Janusz Głowacki
czytaj więcej
„Niedawno zajrzałem na Wiejską 16 po długiej przerwie, bo odkąd Henio Bereza umarł, prawie tam nie przychodziłem. No i znów te pożółkłe przydymione ściany, portret Jarosława Iwaszkiewicza, te same meble w tych samych miejscach. Dekoracje do sztuki, która przez kilkadziesiąt lat jest grana, z afisza nie schodzi, tylko się parę razy zmieniała obsada.

Ulica Wiejska w moich czasach, to znaczy kiedy się do pisania przymierzałem, pod sam koniec lat sześćdziesiątych, to w ogóle było miejsce najważniejsze. Kawiarnia Czytelnika, stolik, przy którym Irena Szymańska wydawała wyroki: kto jest OK, a kto nie, kto ma talent, a kto nic a nic. Dalej tygodnik «Kultura». No i wreszcie «Twórczość» – czyli literacka stratosfera. A jeszcze niedaleko ulica Mysia, więc Urząd Cenzury, i KC, czyli ‒ jak napisał Jerzy Andrzejewski w sławnej broszurce Pisarz i partia – myślący rozum partii. […]

Kiedy Iwaszkiewicz w swoim felietonie w «Życiu Warszawy» napisał bardzo życzliwie o mojej książce Paradis Raport Piłata, Henryk Bereza i Jerzy Lisowski powiedzieli, że koniecznie muszę podziękować osobiście. Poszedłem do redakcji. Lisowski zasunął za mną rozsuwane drzwi dzielące pokoik redakcyjny na pół i znalazłem się sam na sam z ogromnym Jarosławem. Zacząłem bełkotać, jaki wielki to zaszczyt i szczęście, ale Iwaszkiewicz szybko mi przerwał i powiedział: «Dobrze, dobrze, synku. A ten sztuczek – mówił o mojej sztuce Kopciuch – też nieźle ci wyszedł».

[…] w mieszkaniu Henryka Berezy przed kilkudziesięciu laty zobaczyłem na małym stoliku zdjęcie młodziutkiego poety i prozaika Bohdana Zadury, też z Henrykiem bardzo zaprzyjaźnionego. I właśnie ostatnio, przyszedłem do „Twórczości”, żeby Bohdanowi, czyli obecnemu redaktorowi naczelnemu, pogratulować bardzo pięknego wiersza, który się kończył mniej więcej tak, że doktór Henryk Bereza przyjmuje teraz całodobowo na Powązkach… I tyle”.

Fragmenty tekstu wygłoszonego na spotkaniu z okazji siedemdziesięciolecia „Twórczości” 3 listopada 2015 roku (I tyle…, „Twórczość” 2016, nr 2).
fot. Jerzy Olek
Tadeusz Różewicz
czytaj więcej
Z Tadeuszem Różewiczem spotykałem się dość regularnie przez wiele lat. Wielokrotnie też gościłem go w swoim wiejskim domu w Starym Gierałtowie, w Kotlinie Kłodzkiej. Zdjęcie przedstawia nas siedzących na progu od strony Białej Lądeckiej, skąd zaczęła się wielka woda, która zalała znaczną część Wrocławia w 1997 roku. Fotografowałem wówczas pana Tadeusza, na jego prośbę, przy zniszczonym moście nieopodal domu. W czasie jednego z pobytów przed wrotami stodoły zaaranżowaliśmy rąbanie przez poetę drewna. Było to realizowanie w ramach prowadzonych przeze mnie warsztatów tematu „Spadanie”, inspirowanego jego poematem.


Jerzy Olek

Wiesław Myśliwski
czytaj więcej
Na początku konstatacja, a może nawet prowokacja. Inteligent polski, poza wyjątkami, niewiele wie o kulturze chłopskiej i nigdy nie chciał wiedzieć więcej. Wytłumaczyć więc, co dobiegło kresu, jest zadaniem niełatwym, jeśli nie daremnym. Naturalnie, ów stan niewiedzy ma wielorakie, historyczne i społeczne, przyczyny, lecz nie tu miejsce, żeby ich dochodzić. Pozostaje jedynie zauważyć, że świadomość inteligenta polskiego jest w tym względzie europejskim ewenementem.

W wielu krajach, gdzie kultury chłopskie stanowiły naturalne, stałe dorzecza, zasilające kultury narodowe, a często determinowały tych kultur charakter, w świadomości ogółu dziedzictwo chłopskie partycypowało jako naturalny jej składnik. W Polsce, mimo Chopina, Mickiewicza, Norwida, Wyspiańskiego, Leśmiana czy Szymanowskiego, którzy byli drogowskazami ku chłopskiej kulturze, znakami jej nieprzebranego bogactwa, kultura ta aż do ostatnich swoich dni pozostawała na uboczu, nie rozpoznana, deprecjonowana, częstokroć fałszowana lub ideologizowana, dla wielu egzotyczna, dla niektórych wręcz nie istniejąca.
[…]

Każda prawdziwa kultura objawia się w pełni dopiero wówczas, gdy już odeszła wraz z formacją, która ją stworzyła. Dopiero wówczas najwyraźniej widać, jakie nam dziedzictwo zostawiła i czy zostawiła. Dziedzictwo każdej umarłej kultury to wytopione z rudy bytu człowiecze uniwersum. Dla mnie w tym chłopskim dziedzictwie trzy elementy są najistotniejsze: słowo – pamięć – wyobraźnia. […] Właśnie w tej triadzie kultura chłopska, przechodząc dziś w sferę już tylko tęsknoty i sztuki, przekazuje nam swoje nie stanowe, lecz w najpełniejszym tego słowa znaczeniu człowiecze dziedzictwo.

Wiesław Myśliwski, Kres kultury chłopskiej, „Twórczość” 2004, nr 4.

Szczególność moich związków z Wiesławem Myśliwskim polega chyba szczególności roli, jaką przypisuję w polszczyźnie literackiej, dla polszczyzny literackiej, u niego słowo jego poezjoprozy jest zauważalnie inne niż u tych, z którymi go porównuję.

U niego, tak to widzę, słowo jest, proszę wybaczyć terminologię chronotopu polszczyzny, z jego diachronii i synchronii bez granic, ta rozległość jest właśnie znakiem rozpoznawczym Wiesława Myśliwskiego.

Słowo u niego jest z polszczyzny wiecznej i może być z każdej możliwej.

Słowem polszczyzny wiecznej władają – każdy po swojemu – Jarosław Iwaszkiewicz, Witold Gombrowicz, Leopold Buczkowski, oni jednak działają na wysokości słowa, Wiesław Myśliwski u jego źródeł.

Źródła biją na dole, na nizinach, Wiesław Myśliwski nie jest pisarzem jednego źródła, on może czerpać ze wszystkich, choć jest szczególnie wybredny, ma bezbłędne wyczucie gatunku słowa, dba aż przesadnie o zdrowie języka.

Henryk Bereza, Wypiski, Czytane w maszynopisie, „Twórczość” 2004, nr 1.

fot. z archwum Anety Kopinski
Julian Stryjkowski
czytaj więcej
Julian Stryjkowski na pytanie Piotra Szewca, czy chciałby jeszcze kiedykolwiek po wojnie powrócić do swojego rodzinnego Stryja, odpowiedział kategorycznie: Nie! W drugiej połowie XX wieku autor Głosów w ciemności był tam tylko raz. Miasto go przeraziło. Jak sam mówił: „Wtedy, w 1956 roku, sowiecki Stryj zrobił na mnie koszmarne wrażenie. Jakbym podniósł kamień grobu i ujrzał gnieżdżące się w nim robaki. Na próżno szukałem grobu ojca… Cały cmentarz został zaorany, kamieniami z macewot wybrukowano ulice, a mogiły hitlerowcy zrównali z ziemią. Było to brudne, ciemne, małe miasteczko, które niczym nie przypominało mi mojego pięknego Stryja. Skurczyło się, zwęziło”. […]

Julian Stryjkowski, a właściwie Pesach Stark, urodził przed pierwszą wojną światową w Stryju. Był synem mełameda i handlarki. Te dwa zdania mówią już wiele o jego życiorysie. Po pierwsze, że przyszły pisarz pochodził z niezbyt zamożnej rodziny, a po drugie, przyszedł na świat w pięknym, ale położonym niemal na końcu ówczesnego świata miasteczku (w Galicji dziewięćdziesiąt procent miasteczek znajdowało się w takim położeniu), po trzecie, że żył na granicy polskiej, ukraińskiej i żydowskiej kultury. […] Autor Głosów w ciemności pogranicze widział zatem w wielu przestrzeniach: jako dzieło kartografów i polityków, efekt działania historii, wewnętrzne sprzeczności znajdujące się w człowieku. […]

Stryjkowski jest zatem nie tylko „naszym”, ale też „wspólnym” pisarzem. Tworzył w pewnym konkretnym kontekście wieloetnicznym i wielowyznaniowym, który zawarł w swoich powieściach. Katolicy, Żydzi, prawosławni, ewangelicy, wszystkie odłamy tych religii, ale też wszelakie narody je wyznające, zamieszkujące tereny pogranicza, należą do polskiej przeszłości, która może napawać dumą. Jednak czy ona jest tylko nasza? Czy w ogóle takie pytanie jest zasadne, skoro przynależała nie tylko Polakom i katolikom? Jeśli bowiem Stryjkowski nie był naszym pisarzem, to czyim? Obcym? Absolutnie nie. Właśnie w jego twórczości przejawiała się ta najlepsza część Polski, którą utraciliśmy podczas XX-wiecznych szaleństw w Europie. Kiedy to przechodząc z jednej ulicy na drugą, można było usłyszeć inny język i tradycję. Na styku tych terenów pogranicznych – istniejących na mapach, ale też miastach i w samych ludziach – powstawała najlepsza część kultury, która jest nasza i  wspólna.

Dawid Szkoła, Opowieści o Stryju i granicach, „Twórczość” 2019, nr 4.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.