04/2019

Marek Sołtysik

Warszawski Bristol opowiada

Wybudowany na parceli, której cześć przylegała do reprezentacyjnego Krakowskiego Przedmieścia, część do byle jakiej drogi ku Wiśle, miał się stać inwestycją dochodową Ignacego Paderewskiego. Zapewne nie chodziło tylko o zysk, ryzyko wchodziło w grę podobnie jak w przypadku postawionej niżej, na Karowej, blisko Powiśla, rotundy panoramy. Nie można było przewidzieć ani liczby gości hotelowych, ani widzów panoramy Golgota Jana Styki, ani – przede wszystkim – burz dziejowych. Paderewski był poza krajem, cień plajty opadał przede wszystkim na kolejnych plenipotentów. Patriotyczny właściciel hotelu opływał w dostatek dzięki olbrzymim honorariom z koncertów, mógł więc sobie pozwolić na obrażenie się na własny hotel, który nie dawał spodziewanych dochodów. Przez kilkanaście lat od otwarcia nowoczesnego, reprezentacyjnego gmachu w ogóle tam nie zaglądał. Nawet na inauguracji się nie pojawił, przybył do Warszawy dwa tygodnie później, żeby w dniu otwarcia Filharmonii Warszawskiej otrzymać wieniec laurowy ze złota. Kuty, nie odlewany. Jego noga postała w Bristolu z początkiem 1914 roku, stawił się, już ewidentny bogacz, rozczulony postawą kelnerów hotelu, którzy na znak solidarności z grupą polskich arystokratów ogłosili, że nie będą obsługiwać niemieckich i rosyjskich gości mających przybyć na kolację ku czci jubilata, cesarza Wilhelma II.

Bristol to legenda i symbol. Istniejący od 19 listopada 1901 roku, stał się w Warszawie stemplem odciskającym XX wiek. Gościł twórców, artystów, naukowców, mężów stanu, oczywiście także oszustów i szaławiłów, był świadkiem wstrząsów dziejowych, samobójstw i zabawnych sytuacji. Zawsze świetnie w swojej ponad stuletniej historii karmił, zabawiał, starał się nie być niedyskretny, choć tu i ówdzie ściany miały uszy. Najwyższy był czas, żeby utrwalić dzieje, napisać o wyjątkowym w tej części ziem polskich zjawisku. Podjęły się tego zadania, wymagającego dużej wiedzy historycznej, wyjątkowej kultury, taktu i smaku, Faustyna Toeplitz-Cieślak i Izabela Żukowska.

„Wiosna 2017. Siedzimy w sali Kolumnowej hotelu Bristol. O tej porze jest tu pusto i cicho. Tylko w drugim końcu sali Janusz Głowacki popija kawę i spogląda na zegarek, jakby na kogoś czekał” – piszą autorki starannie wydanej książki Hotel Bristol. Na rogu historii i codzienności (Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2018) i dodają, że w trakcie pracy nad historią hotelu dojdzie ich wieść o śmierci wybitnego pisarza, współtwórcy m.in. scenariusza Rejsu, filmu Piwowskiego, którego koncepcja i projekty ujęć powstawały w salach restauracyjnych i w nocnym klubie Bristolu. Tamże sławni pisarze Janusz Głowacki i Ireneusz Iredyński urządzili dla młodziutkiej piosenkarki bieg przez płotki vulgo przez ustawione przez nich fotele; Maryla Rodowicz wspomina z uśmiechem, że – wówczas czynna sportsmenka – ukończyła ten bieg, myśląc, że i na tym polega lans.

Inna rzecz, że tego rodzaju zabawy w stanie wskazującym pomogły służbie bezpieczeństwa w zorganizowaniu pułapki na Iredyńskiego – prowokacji z wyimaginowaną próbą czynu o podłożu seksualnym, która kosztowała pisarza dwa lata więzienia. Oprócz stałych bowiem gości w wytwornej części gastronomiczno-rozrywkowej Bristolu przesiadywali nieustannie kapusie.

Wiele w tej książce dygresji dotyczących wydarzeń w ciągu dziejów (inspirujących recenzenta do snucia prywatnych wspomnień). To trochę tak, jakby sam stary hotel opowiadał. Zajmująca lektura. To – dopuszczam taką możliwość – żywy podręcznik historii ostatnich stu dwudziestu lat Warszawy, a w tle oczywiście i Polski. Począwszy od modernizowania pierwszego projektu fasady Tadeusza Stryjeńskiego, świetnego architekta, który już jednak należał do poprzedniej epoki, poprzez rozwalenie altany wieńczącej pracownię Wojciecha Kossaka i wydobywanie bomby, która utkwiła między piętrami, aż do wyłączenia Bristolu z eksploatacji po osiemdziesięciu latach działalności, na miesiąc przed ogłoszeniem stanu wojennego. Ten reprezentacyjny, do niedawna z najwytworniejszą kuchnią i najlepszą obsługą stołeczny hotel został bowiem w 1981 roku doprowadzony niemal do ruiny. Dopiero wczesną wiosną 1993 roku po generalnym remoncie dokonano ponownego otwarcia Bristolu, z pompą, w obecności Margaret Thatcher. Szkoda, że dopuszczono się dewastacji: wystarczyłyby pewne kosmetyczne zabiegi, z dokręceniem śrub i wymianą drobiazgów doprawdy na nowe, identyczne stylistyczne, a słynna kryształowa winda – duma hotelu – pozostałaby. A tak – wskutek małostkowej decyzji nie wiadomo kogo – wymontowana jako rupieć, poszła nie wiadomo w czyje ręce, jakieś części rozpoznawano u handlarzy starzyzną. Biedna, trafiła na moment, kiedy wszystko musiało być nowoczesne. Do dziś goście podróżują na piętra w typowym metalowym pudełku. A przecież ta winda z początku XX wieku przetrwała nawet w czasach stalinowskich, kiedy hotel działał niemal jak przed wojną, a Pablo Picasso, mieszkający tam w roku 1948, spędzając kilka dni i nocy po powrocie z Wrocławia, z Kongresu Intelektualistów na Rzecz Pokoju, wychwalał serwowaną mu w Bristolu polską kuchnię, zwłaszcza wspaniałe sosy. Czyż nie była to część natchnienia niezbędnego do narysowania Gołąbka pokoju na ścianie w nowo budowanym warszawskim bloku?

Nic nie ma o Michale Choromańskim w tej wartościowej książce. A to przecież on w 1932 roku właśnie w Bristolu pozbywał się resztek pokaźnej kwoty Nagrody Młodych Polskiej Akademii Literatury, otrzymanej za Zazdrość i medycynę parę dni wcześniej. Większość pieniędzy właśnie przehulał, a na telefon od Zofii Nałkowskiej, sympatii, odpowiedział dziwnie nieswoim głosem. Działo się to w słynnym, nieraz przez Choromańskiego przywoływanym we wspomnieniach i w beletrystyce numerze 527 na piątym piętrze Bristolu, gdzie kuzyn pisarza, kompozytor Karol Szymanowski miał skromny apartamencik do stałej dyspozycji, a Choromański podczas pierwszych pobytów w Warszawie korzystał z tego locum, tytułowany przez służbę panem dziedzicem. Gdy z żoną, Ruth Sorel Choromańską, tancerką i choreografką, po siedemnastu latach emigracji wrócił w roku 1957 do Warszawy, zatrzymał się początkowo w Bristolu. Za drogo. Później przychodził tam raz w miesiącu – biesiadował, zapraszał do stołu wybranych młodych pisarzy: Iredyńskiego, Władysława Lecha Terleckiego, Jerzego Krzysztonia. Miał dar odkrywania talentów. Potem ten świetny pisarz, z goryczą „pomijanego i kopanego przy każdej okazji”, już tylko sporadycznie wstępował na szklankę piwa. Przetarł młodym drogę, jak przed wojną kelnerowi Kurtyce, któremu dał pseudonim Henryk Worcell.

Dzięki społemowskim znajomościom mojego ojca zajmowałem w 1975 roku pokój na piątym piętrze Bristolu. Przedtem i potem porównywałem z opisami Choromańskiego. Minęło czterdzieści pięć lat i umieściłem w tym samym pokoju akcję kulminacyjnej sceny opowiadania Więzy („Palestra” 2018, nr 11).

To – w świetle między rozdziałami – było miejsce na moją dygresję. Poza tym książka Faustyny Toeplitz-Cieślak i Izabeli Żukowskiej skrzy się od faktów, cieszy erudycją, przywołuje wiele historii z życia Warszawy (via Bristol), tłumaczy, skąd wzięła się nazwa hotelu (a właśnie: nie od miasta w Anglii, lecz od nazwiska biskupa Derry, czwartego hrabiego Bristol, sławnego podróżnika), przytacza cenne wspomnienia mistrzów cukierniczych, kuchmistrzów, konsjerżów. Szkoda, że obsługa Bristolu nie pozostawiła relacji o bankiecie w sali Malinowej w 1916 roku z udziałem Józefa Piłsudskiego ani o słynnym bankiecie „pożegnalnym” Marszałka 3 lipca 1923 roku. Pozostały fotografie. „Po przemówieniu Józefa Piłsudskiego stało się jasne, że Marszałek wypowie wojnę endecji. Wycofywał się co prawda do Sulejówka, ale nie porzucał polityki” – przypominają autorki.

Artur Rubinstein, Jan Kiepura, Marlena Dietrich, Hanka Ordonówna, wcześniej odważna Lucyna Messal, która w czasie dancingu w Bristolu po raz pierwszy zatańczyła tango. Pół Warszawy stało w kolejkach, żeby zobaczyć ten skandal obyczajowy. W najlepszych pokojach na pierwszym piętrze mieszkały najsłynniejsze gwiazdy złotego okresu Hollywood. Ojciec aktorki Mai Komorowskiej, Leon hrabia Komorowski, Europejczyk, poliglota, był od 1937 roku dyrektorem handlowym Bristolu. Piszą autorki: „Kiedy wybuchła wojna, sielanka się skończyła. «Tatuś gasił zapalające bomby na dachu hotelu, a Mama siedziała z nami w piwnicy» – wspominała po latach Maja Komorowska”.

Z czasów późniejszych – nostalgicznie – stałym mieszkańcem Bristolu był od czasów powojennych historyk sztuki Bronisław Krystall, tak, ten sam, który zamawiając u Karola Szymanowskiego requiem dla młodo zmarłej żony, zainspirował kompozytora do stworzenia wstrząsającego utworu Stabat mater. Piszą o tym autorki Bristolu…, podkreślając rolę czasu, który w dramatycznych momentach i zwrotach wywołuje w ludziach odruch zapominania. Podobno tajni służbiści, inwigilujących hotelowe zakamarki, nie mieli pojęcia o zasługach naukowca i mecenasa sztuki, który za Bieruta utracił liczne kamienice, a swoje bezcenne zbiory malarstwa ofiarował Muzeum Narodowemu w Warszawie. Był to dla nich jakiś podejrzany gość, który… Czy ja się dziwię? Skąd! Historia się powtarza na naszych oczach.

Izabela Żukowska, Faustyna Toeplitz‑Cieślak: Hotel Bristol.
Na rogu historii i codzienności
.
Wydawnictwo Arkady,
Warszawa 2018
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.