09/2020

Dominika Słowik

pamięci wszystkich Kiciusiów


Gdy byłam małą dziewczynką, spędzałam wakacje u Babci na wsi.

Miałam może trzy, góra cztery lata. Spałam sama w ogromnym łóżku, a rano Babcia przychodziła i budziła mnie, mówiąc, „Spójrz, całą noc kot z tobą spał”. I rzeczywiście, w nogach mojego łóżka zwinięty w kłębek na kołdrze leżał zawsze ogromny kocur, który zwykle nie miał wstępu do żadnego pomieszczenia poza kuchnią, nie wspominając nawet o wchodzeniu na łóżka – większość życia spędzał i tak na dworze.

Zachwyt, który we mnie budził, pamiętam do dzisiaj. Nie miał imienia, nazywano go po prostu „Kiciusiem”. Czułam się szczęśliwa, że przychodził akurat do mnie.

Po nim nastąpiło wiele innych kocurów. Wiejskie koty nie żyły wtedy długo. Nie umierały ze starości, któregoś dnia po prostu nie wracały, najczęściej w trakcie żniw, gdy kombajny mieliły pola wokół domów – i przyjmowane to było bez zasko­czenia, tak jakby taki właśnie był cykl kociego życia.

Ja także, kiedy byłam trochę starsza, nauczyłam się tej obojętności. Gdy przy­jeżdża­liśmy w odwiedziny i słyszałam, że kocur przepadł, mówiłam tylko „aha”. A przecież spędzałam z każdym z tych kotów długie godziny w trakcie rodzinnych wizyt, jako jedyna próbując je przekonać do pieszczot i głaskania, do ciepła płynącego z ludzkich kolan, aż w końcu wszystkie się poddawały, chyba zaskoczone swoją własną bezwolnością.

Jest jednak coś jeszcze gorszego. Czasem proszono mnie o zagonienie kur do zagrody. Biegałam więc za nimi, siedmiolatka, machając rękami, a niektóre kury, przestraszone, przysiadały przy ziemi i nieruchomiały. Któregoś dnia piękna czarno-biała kura, nakrapiana jak szpak, usiadła tuż przede mną, a ja wzięłam zamach i z całej siły ją kopnęłam. Nie wzleciała, nie odbiegła, tylko jeszcze bardziej się skuliła. Pamiętam ten obraz do dzisiaj i bardzo, bardzo się go wstydzę. Nie miałam pojęcia, dlaczego to zrobiłam.

Skąd się to we mnie tamtego dnia wzięło? Najłatwiej zrzucić wszystko na wycho­wanie, przykład dorosłych, „takie były czasy”, „byłam tylko dzieckiem”. A jednak mam poczucie winy promieniujące z tego samego miejsca, w którym jest fałszywa sterylność oddzielająca mięso na talerzu od zabijanych zwierząt; wiem, że tkwiła we mnie gotowość na przyjęcie tej obojętności, będącej najczęściej tylko łagod­niej­szą nazwą okrucieństwa. Potem przez lata musiałam się z niej wyplątywać.

Gdybym mogła coś samej sobie wtedy powiedzieć, wymówiłabym na głos to, o czym przecież i tak w głębi ducha wiedziałam: zwierzęta czują ból, emocje, cieszą się i cierpią. Przeżywają żałobę. Śnią. Mają własne osobowości. Indywidualne upodobania. Są równorzędnymi nam podmiotami w tym jedynym znanym mi świecie.

Dopiero wiele lat później uświadomiłam sobie, że Kiciuś wcale ze mną nie spał. Babcia co rano przynosiła go do łóżka tuż przed moim przebudzeniem – zapewne chwilę po tym, gdy kot wrócił do domu z nocnych łowów i wypił miskę mleka (wtedy nikt nie miał pojęcia, że koty nie mogą pić mleka) – w tajemnicy przed pozostałymi domownikami, którym nie podobało się, że zwierzę „włazi w pościel”.

Jestem jej za to dzisiaj nieskończenie wdzięczna, zwłaszcza kiedy budzę się nad ranem, czując ciepło kota przyciśniętego w spokojnym śnie do mojego boku.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.