02/2018

Adam Komorowski

Archeologia teraźniejszości

Dla diarystów milczenie Boga jest darem. Jeśli nasze myśli i uczynki są spisywane, to wersję prawdziwą poznamy na Sądzie Ostatecznym. Z perspektywy sądu Wszechwiedzącego każda spowiedź czy rachunek sumienia jawią się jako całkowicie zbędne. Pozostaje pytanie, czy wersję prawdziwą poznamy tylko my sami, czy będzie ona dostępna wszystkim. W tej kwestii nie ma jasności. Podejrzewamy, że wgląd do akt będzie reglamentowany, tak jak dostęp do ważnych archiwów, choćby w IPN. Archiwum bez zbioru zastrzeżonego to archiwum, które pozbawiono zębów i pazurów, czyli władzy. Dlatego wiele wskazuje, że Sąd Ostateczny będzie odbywał się przy drzwiach zamkniętych. Procesy pokazowe wymagają publiczności (inaczej nie byłyby pokazowymi), a przecież nie takim będzie Sąd Ostateczny. W sytuacji, kiedy czyny i myśli zostały spisane przez wszechwiedzącego i obiektywnego obserwatora, wymuszanie zeznań nie jest konieczne.

Na dziś wiemy (z Talmudu), że sprawiedliwych jest w danym czasie tylko garstka. Jest ich co najmniej trzydziestu sześciu, ponieważ gdy byłoby ich mniej, nastąpiłby koniec świata. Jest bardzo mało prawdopodobne, by któryś/któraś z tych sprawiedliwych prowadzili dziennik. Sprawiedliwi nie byliby sprawiedliwymi, gdyby się z tym obnosili, to byłby grzech pychy, szatańska uzurpacja. Dzienniki mogą prowadzić kaci (np. Joseph Goebbels), ofiary (np. Dawid Sierakowiak), święci (np. święta Faustyna), grzesznicy (np. Jean Genet) i zwykli ludzie (to niejednokrotnie dzienniki najciekawsze), ale nie sprawiedliwi.

Zdumiewający jest fakt, że dzienniki rodzą się w kręgu kultury judeo-chrześcijańskiej, zakładającej, że czyny, myśli i uczynki są spisane. Wschód nie znał nic podobnego. Wschód miał swoje kroniki, dzienniki są tam importem z Zachodu. Być może fakt, że nasze czyny i uczynki są spisywane, na wszelki wypadek, postanowiliśmy spisywać je sami. Obowiązek oddania sprawiedliwości widzialnemu światu i samemu sobie wzięliśmy na własne barki. Ot, jeszcze jedno brzemię białego człowieka Zachodu.

Ponieważ milczenie Boga się pogłębia, sekularyzacja postępuje, media uzurpują sobie bycie głosem samego Boga (co, poza dziennikarzami i politykami, pozostałych przyprawia o szaleństwo), to od czasów Oświecenia diarystyka rozwija się w postępie geometrycznym. Na mapie piśmiennictwa zajmuje coraz więcej miejsca. Szymon Wróbel domniemywał na tych łamach (Co to jest dziennik?, „Twórczość” 2015, nr 6), że z literatury polskiej XX i przełomu XXXXI wieku pozostaną same dzienniki. Osobiście podejrzewam, że nie tylko z polskiej. Literatura Zachodu tak zabrnęła w diarystykę, że odwrót zdaje się niemożliwy.

Przyczyny tego stanu rzeczy są rozmaite. Doświadczenia graniczne, których wiek XX nam nie oszczędzał, wojny i Zagłada, gułagi i obozy koncentracyjne sprawiły, że milczenie Boga zachwiało wiarą w Sąd Ostateczny. Dochodzimy do wniosku, że koniec być może już miał miejsce, a sądu jak nie było, tak nie ma.

Żeromski, Sieroszewski, Irzykowski, Koniński, Dąbrowska, Iwaszkiewicz, Kamieńska, Gombrowicz, Kowalska, Czerniakow, Lewin, Auerbach, Sierakowiak, Kijowski, Szczepański, Mrożek, Tyrmand, Herling-Grudziński, Cybis, Lechoń, Rakowski, Tejchma, Mętrak, Tischner, Hen, Maciejewski, Kofta, Hartwig, Kosińska – diarystów u nas wielu. A wymieniłem tylko tych, których dzienniki czytałem i jakoś zapamiętałem. Z podobną nadprodukcją dzienników mamy do czynienia w Portugalii, Hiszpanii, Argentynie, Niemczech, Francji, Rosji i Wielkiej Brytanii. Węgrów i Rumunów nigdy za wielu nie czytywałem, ale przecież połykam dzienniki Sandora Maraiego, mam pod ręką dzienniki Mircei Eliadego i Mihaila Sebastiana.

Czasami zastanawiam się, czy aby lektura dzienników nie zastępuje nieco wstydliwej lektury romansów z wyższych sfer. Tak, przyznaję się bez bicia, że lekturę dzienników zaczynam od indeksu nazwisk (Kalickiego też). Dziennik spotkań z Borgesem Adolfa Bioy Casaresa (Borges, tysiąc sześćset stron) przeczytałem w całości dlatego, że nie ma indeksu nazwisk, wskazującego, na której stronie panowie obgadują interesujące mnie osoby. Ostatnie strony to krótkie notki o obgadywanych. Np.: „Gombrowicz, Witold (1918–69). Escr. Polaco. Residio en la Arg. en 1939–65”. Ale dziewięć tomów dzienników Virgilia Ferreiry czytałem z przyjemnością, pomimo że o zdecydowanej większości postaci i twórczości osób, które na ich stronach się pojawiają, nie mam najmniejszego pojęcia. Być może nie plotki z wyższych sfer, postawa kamerdynera, przed którą przestrzegał Hegel, ale kolor i aura miejsca i czasu, Stimmungen Lizbony lat 1969–1992, trzymają nas przy dziennikach. Wciąga aura czasu poświadczona obecnością diarysty, jego idiosynkrazjami, humorami, chimerami, wolna od zniewolenia poprawnością polityczną, którą przekaz medialny gubi całkowicie. Gubi, ponieważ hierarchie przekazu medialnego są przewidywalne i ustalone. Nie mówi się tam o myślach, dziełach (chyba że jakiś obraz osiągnął niebywałą cenę na aukcji w Sotheby), to świat hierarchii, gdzie kontuzja palca u nogi znanego piłkarza jest równej wagi, co tsunami, wybuch wulkanu czy wojna. Przy tym wszystkim subiektywizm diarysty, jego osobiste idiosynkrazje ratują obraz świata od trywializacji i banalizacji.

Chronologiczne zapiski, notowanie z zaznaczaniem daty, mają swoje początki w księgach rachunkowych. Znaleziono taką w Pompei. Jeszcze nasze babcie skrupulatnie notowały wydatki i potrafiły dokładnie wytłumaczyć, na co i kiedy wydały przyniesione do domu przez mężów pieniądze. Współczesne dzienniki pozostają nadal w związku z obrachunkami. Ze światem wolimy rozliczać się sami i mieć nad tym kontrolę lub przynajmniej zachować złudzenie takiej kontroli.

Philippe Lejeune, największy autorytet w kwestii dzienników, tylko częściowo ma rację, że pisanie dzienników motywuje chęć pozostawienia śladu. W równym stopniu jest to chęć porachowania się ze światem i czasem, w którym przyszło nam żyć.

Dzienniki Rajmunda Kalickiego pozwalają dostrzec jeszcze inny aspekt diarystyki. Otóż żyjąc w kulturze pismocentrycznej, nie mamy do końca zaufania do tego, co spisane i zapisane przez innych. Zdarzają się dzienniki lektur, ale są to dzienniki ułomne. Dziennik rozkwita wtedy, gdy autor przestaje opowiadać o tym, co przeczytał, co sami możemy przeczytać. W dziennikach interesuje nas najbardziej obraz świata zbudowany nie z lektur, ale ze zdarzeń i myśli, które świadectwom pisanym umykają. W samej idei dziennika zawarta jest pewna sprzeczność, dziennik ma zapisywać to, co zapisywane nie jest.

Rajmund Kalicki jest z wykształcenia archeo­logiem, nigdy tej profesji nie wykonywał (poza studenckimi praktykami), o czym wspomina. To jest jedna z przyczyn, dla których świadectwa pisane i literatura nie mają dla niego wagi ostatecznego autorytetu. Oczywiście pisarstwo Witolda Gombrowicza, José Ortegi y Gasseta, José Lazamy Limy i Jorge Luisa Borgesa znaczy dla niego bardzo wiele, sam jest tutaj autorytetem. Rzecz w tym, że wszystko, co napisane i zapisane, zawsze musi przejść przez filtr języka, a język wszystko odkształca i dematerializuje. Polegając tylko na piśmie, nie tylko dokonujemy amputacji własnej wrażliwości, ale porywa nas żywioł abstrakcji. Pismo odkształca, literatura uwodzi. Pismo odrywa myślenie od ręki, w druku jej ślad został całkowicie zamazany. Rainer Maria Rilke miał sporo racji, pisząc: „Zmyślniejsze od nas zwierzęta pozostawiają ślady”. Miał ją nie do końca, zapomniał o archeo­logii, rozsianych po globie naszych kościach, skorupach rozbitych glinianych naczyń, zagubionej spince, skamieniałych odchodach i malowidłach w jaskiniach itp. Archeologowie potrafią opowiedzieć o świecie przed nami, sprzed pisma i zapewne sprzed języka.

Ten rodzaj wrażliwości porusza myślenie Kalickiego. Jeśli bliska mu jest fenomenologia, o czym pisze, to w tym sensie, że epoché odnosi do tego, co zapisane. W pewnym sensie Edmund Husserl nie tyle wzywał do zawieszenia tradycji filozoficznej w ogóle, ale tradycji zapisanej. Miał to być nowy początek.

Kalicki nie ma takich ambicji. Proponuje otrząśnięcie się z monopolu pisma jako źródła naszej wiedzy o świecie. Pomóc ma nam w tym malarstwo. Próbuje nam zaproponować alternatywny, wobec utrwalanego w piśmiennych przekazach, obraz świata, nieustannie powracając do kilku malarzy i ich obrazów. Są to: Tadeusz Kulisiewicz, Jan Cybis, Nikifor, Jerzy Nowosielski, Jerzy Panek, Stanisław Fijałkowski, Józef Czapski, Jerzy Stajuda, Franciszek Maśluszczak, Edward Dwurnik, z obcych Francisco Goya i Francis Bacon. W tej malarskiej konstelacji gwiazdami najjaśniejszymi są Nowosielski i Panek.

Znalezienie, odczytanie znaczenia tej konstelacji zostawiam sobie na później. By coś o niej powiedzieć, trzeba bowiem powrócić do dzienników. Jak dotychczas Kalicki wydał ich pięć. To kolejno Dziennik tajemny, Dziennik patagoński, Dziennik nieobyczajny, Dziennik z zaświatów i piąty, najobszerniejszy Dziennik podróży na Ocolorę. Ten ostatni stanowi główny przedmiot mojego zainteresowania. Istotne jest, że Kalicki ze swoich dzienników tworzy osobliwą konstelację. Osobliwość jej polega na tym, że jest to konstelacja otwarta. Dziennik podróży na Ocolorę, mimo że najobszerniejszy, zapewne ostatnim nie jest. Brak w nim tych wszystkich symptomów, które wymienia Lejeune w eseju Jak kończą się dzienniki?. Nie ma (na szczęście) zapowiedzi samobójstwa (jak u Cesare Pavesego czy Pierre Drieu de la Rochelle), brak objawów rezygnacji. Obecna w poprzednich dziennikach nieustanna oscylacja pomiędzy słowami i obrazami ulega w kolejnych dziennikach wzmocnieniu.

Jest w tym dzienniku sporo o „Twórczości” i jej ludziach. Zazwyczaj z sympatią, uszczypliwości są stonowane. Raczej się ich domyślamy. Redakcja na Wiejskiej to królestwo łagodności, locus amoenus. Zapis z 1 października 2008: „W redakcji Aneta Wiatr, Zadura, Komendant, Grześczak i uśmiechnięta pani Małgosia Brodacka. Co się zmieniło od czasów, gdy wchodziłem tu pierwszy raz, pytam siebie i sam sobie odpowiadam: ubyło tajemnicy”. Tak to już jest, im dłużej przebywamy w miejscu oswojonym, tajemnic ubywa, przestajemy ich szukać. W uładzonym świecie tajemnice znikają, przestają nas niepokoić. Inskrypcja „ET IN ARCADIA EGO” o tym właśnie przypomina. Postacie, na obrazie Nicolasa Poussina, sobie ten napis pokazują, ale kiedy odejdą, zapomną.

Redakcja „Twórczości” to dla Kalickiego emanacja literatury, pisma. Świata, który zaufał językowi, temu, że – parafrazując Wittgensteina – o czym się nie pisze, wobec czego język jest bezsilny, o tym należy zapomnieć. Bycie w języku jest zawsze tylko grą. Jej wyniku nie znamy, ale możemy poznać reguły. A gdzie są reguły, tajemnica karleje. Tajemnica jest w wytworze, a nie w geście, o co Kalicki zdaje się podejrzewać Gombrowicza.

Odważam się napisać, że jest to powód, dla którego Kalicki nieustannie się wymyka z redakcji do świata bardziej dla tajemnic otwartego.

W tym miejscu mała inkrustacja: siedzimy z Witem Jaworskim i z Pankiem w krakowskim SPATiFie, mocno popijając (pies Pimpek wyjątkowo spokojny), i nagle Panek wypala: Czy zauważyliście, że jak morska fala wyrzuci coś, w czym przeczuwamy ślad ludzkiej ręki, podnosimy to. Pieścimy kawałek jakiejś skorupy w dłoni i doświadczamy obecności kogoś, kto być może nie żyje od setek lat. Zapada milczenie, tylko Pimpek poszczekuje i łapie pana za rękę.

Francisca Queveda „oczyma słucham umarłych” („escucho con mis ojos a los muertos”, sonet Desde la torre) to nie tylko i głównie lektura, ale też obrazy. Obrazy z zapośredniczoną obecnością czyjejś ręki. W tym sens intuicji Lezamy Limy. Obraz (imago) jest obietnicą zmartwych-wstania.

Ten lezamiański wątek jest u Kalickiego ciągle obecny. Lezama Lima był przekonany, że pozostając w kręgu obrazów zapisanych i tworzonych przez literaturę, doświadczenie obecności uwolnionych od czasu i przemijania jest w miarę pełne. Lezama Lima najlepiej czuł się, redagując Origenes, Kalicki najlepiej czuje się wśród malarzy. Zasobowi literackich obrazów nie dowierza, są skażone filtrem języków. Podobnie myślał Aby Warburg. Ale on poszukiwał uwolnionych od czasu „formuł patosu”. Kalicki zawieszającego czas doświadczenia obecności poszukuje w przestrzeni. Być może właśnie to tak zbliżyło Kalickiego do Jana Darowskiego, do którego Stonehenge przemawiało bardziej aniżeli całe piśmiennictwo Zachodu.

To jest jeden z powodów, dla których Kalicki swoje dzienniki tasuje. Pragnie dziennik uwolnić od chronologii, usiłuje wpisywać je w przestrzeń. Diarysta pragnie być jednocześnie kartografem. Do tego stopnia, że zastanawiamy się, w jakim stopniu są to jeszcze dzienniki. Ale skoro Lejeune utrzymuje, że dziennik jest śladem, musimy zgodzić się z tym, że to przestrzeń, a nie czas, jest conditio sine qua non śladu. Czy nie jest to powód, że najczęstszym impulsem dla diarystów jest podróż. U Jarosława Iwaszkiewicza każda podróż jest zachętą do powrotu do zarzucanego dziennika. Uwikłanie dzienników w przestrzeń wyzwala je od grzesznego źródła, wzmiankowanych zapisów obrachunkowych. Można zaryzykować twierdzenie, że podróż jest źródłowym impulsem diarystyki Kalickiego. Tym razem ta podróż jest powrotem, z Argentyny do Polski. Dialektyka relacji Polska–Argentyna u Kalickiego to temat na osobną rozprawę, która mogłaby mieć tytuł „Polska i Argentyna w dziennikach Gombrowicza i Kalickiego”.

Zapytać można, dlaczego malarze, dlaczego Kalicki nieustannie powraca do Nowosielskiego i Panka. Powodem jest ontyczny status obrazu malarskiego (ale także rysunku czy rzeźby). Jego osobliwość najlepiej ilustruje napis na obrazie Rene Magritte’a przedstawiającym fajkę: „Ceci n’est pas un pipe”. Tak, „To tutaj to nie jest fajka”. Malarstwo rozwijało się jakby na przekór myśli Zachodu, binarności bytu i nicości. Malarstwo wskazywało, że leibnizowskie pytanie: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” nie może być źródłowo pierwotnym pytaniem filozofii. Pokazywało, że próba odnalezienia odpowiedzi (sensu?) w klatce tego pytania musi być zawsze ułomna, ponieważ zakłada binarność (byt – nicość). Wskazywało, że pytaniem zdecydowanie ważniejszym i pierwotnym jest pytanie: „Jakie warunki muszą być spełnione, byśmy coś uznali za rzeczywiste?”.

To jest właśnie to pytanie, które postawił Miguel de Cervantes w Don Kichocie, arcydziele, którego ciągle nie potrafimy doczytać do końca. To jest pytanie, które wali nas pałką po głowie, gdy patrzymy na Kozy Panka czy obrazy Nowosielskiego. Modalności obecności, które przynosi nam wielkie malarstwo, nieustannie przypominają nam, że alternatywa pełnia albo nicość zapoznaje tajemnicę i modalności „istnień poszczególnych”, jakby powiedział Witkacy. Absolut, Bóg stwarza świat, ponieważ jego domniemana pełnia obciążona jest skazą. Gdyby jej na absolucie nie było, świat nie byłby mu do niczego potrzebny. Tak mówią kabaliści. Kalicki ciągle powtarza: „Nie ma ani pełni, ani pustki, to skrajności wydumane. Nec unum nec nullum”. I dlatego Koza Panka jest mu niezbędna. Z dwóch powodów; jej obraz zatrzymał ślad ręki mistrza, wskazując, że obecności nie da się zamknąć ramach alternatywy bytu i nicości. Przynajmniej do momentu, kiedy ludzie istnieją, powiedziałby fenomenolog. Nawet kiedy ich nie będzie, pozostaną ślady, dopowiada Kalicki.

Arthur C. Clark napisał kiedyś takie opowiadanie: na wymarłej planecie, która bardzo dawno temu była Ziemią, lądują przybysze z Kosmosu. Eksplorując pozbawioną życia planetę, w głębi jaskini odnajdują szpulę z filmem. Oddają znalezisko swoim archeologom. Jest to film Disneya z Myszką Miki. Archeolodzy z kosmosu odtwarzają, na jego podstawie, życie i cywilizację dwuwymiarowych istot. Może gdyby to był egzemplarz „Twórczości”, byłoby lepiej.

Na zakończenie drobiazg. Wiosną 2010 Kalicki notuje: „Wiatr ciepły, południowy, może przywlecze burzę. Po obiedzie pada leniwie, oszczędnie, jakby to Stryjkowski musiał płacić za deszcz”. Często czytam i słyszę o sknerstwie autora Austerii. Trudno mi się z tym zgodzić. W 1967 roku Krzysztof Miklaszewski, wówczas kierownik Klubu pod Jaszczurami, urządził pisarzowi spotkanie z krakowskimi studentami. Spotkania odbywały się w niedzielne południe. Zjawiło się nas kilkunastu. Spotkanie prowadził Miklaszewski. Stryjkowski był zaskoczony, że wielu z nas nie tylko dobrze znało jego twórczość, ale wielu pisarzy żydowskich i hebrajskich. Było tak, ponieważ Roman Pytel, w którego mieszkaniu często biesiadowaliśmy, nieustająco czytał nam swoje przekłady pisarzy żydowskich i hebrajskich. Po spotkaniu pisarz zaprosił nas do Wierzynka na obiad. Był Miklaszewski, Jaworski, Pytel i moja przyszła żona. Każdy zamówił, co chciał, napitków (Wyborowa) nie zabrakło. Stryjkowski rozmawiał dużo po hebrajsku z Romkiem, często zwracając się do nas zaskoczony, nie kryjąc zdziwienia.: „Ależ wasz kolega doskonale mówi po hebrajsku”. Odnieśliśmy wrażenie, że mu tych rozmów po hebrajsku brakowało. Była to jedna z najmilszych i najbardziej wystawnych biesiad, które mi się do dziś w Wierzynku przydarzyły. Jej pośrednim skutkiem był druk w „Twórczości” opowiadania Pod baldachimem Samuela Josefa Agnona, w przekładzie Pytla. Gdy wyraźnie zadowolony Stryjkowski płacił spory rachunek za sześć osób, zauważyłem, że ma przy sobie sporo gotówki. Prawdziwi skąpcy zazwyczaj z taką ilością pieniędzy nie chodzą.

By zakończyć kulinarnie, po gombrowiczowsku powiem, że zjadłem na koszt Stryjkowskiego, którego wtedy pierwszy i jedyny raz w życiu widziałem, sandacza. Ile wypiłem, nie pamiętam.

Rajmund Kalicki: Dziennik podróży na Ocolorę.
Wydawnictwo Melanż,
Warszawa 2017, s. 476.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.