01/2020

Adam Tomczyk

Ballada o złotym jabłku

Wapienno-cementowy relief z wyrytą datą 1864, umieszczony tuż pod oknami poddasza na szczytowej ścianie budynku od strony północnej, był metryką dworu w Marcinkowicach. Gdy miałem sześć lat, zainteresowała mnie ta data, bo wtedy rozróżniałem już pojedyncze cyfry i umiałem liczyć do dziesięciu. Inne ozdoby elewacji budynku nic mi nie mówiły, były tylko dekoracją, przyozdobieniem. Próbowałem z tych oddzielnie przeczytanych cyfr ułożyć jakąś liczbę. Pomogła mi mama. Wtedy pomyślałem, że to czas tak odległy, jak biblijny potop. Czas przeszły już dawno dokonany, nie umiałem sobie nawet wyobrazić, jak dawno.

– Dwór za dwa lata będzie miał sto lat – powiedziała jeszcze mama.

Za każdym razem, gdy jechaliśmy na pole za dworem, usilnie wpatrywałem się w ten stary dwór, jakbym chciał zrozumieć czas. Sto lat było dla mnie granicą niepojętą. Kresem wszystkiego. Nie znałem nic równie wiekowego.

Mój pradziadek Stanisław Nowak w roku 1906 kupił dwór i siedemdziesiąt morgów dworskiej resztówki. Jeszcze przed pierwszą wojną światową, gdy ożenił się jego pierworodny syn Franciszek, podzielił gospodarstwo. Przejście amfiladowych pokoi zostało zamurowane, plac przegrodzony płotem. W części od strony Przybysławic zamieszkał Franciszek z rodziną. Pradziadek pozostał z młodszymi dziećmi w części południowo-wschodniej od strony Marcinkowic. Przez kilka lat we dworze mieszkała moja babcia Maria z siostrami i bratem Józefem. Z czasem córki wyfruwały z domu, a ojciec wianował je polem na Zadworzu i od dworu w stronę Wielkiej Drogi. Najmłodszy Józef ożenił się i został na ojcowiźnie. Tak od końca lat dwudziestych na podzielonym gospodarstwie synowie gospodarzyli oddzielnie.

Lubiłem jeździć z rodzicami na Zadworze. Przy drodze w pobliżu dworu rósł sad rozległy, a w nim dwa długie rzędy papierówek. Zeskakiwałem z wozu, ojciec już nie popędzał konia, bym miał czas nazbierać soczystych jabłek. Smakowały mi papierówki dojrzałe i żółte jak poranne słońce, od którego nabierały słodyczy i woni. Pachniały pierwszą świeżością, były zapowiedzią dojrzałego lata, spełnieniem zimowych marzeń. Jabłka upychałem w zanadrzu. Odrzucałem te zbyt miękkie, gąbczaste. W nich sok związał już miąższ owocu i nie tryskał w ustach, nie orzeźwiał.

W drodze powrotnej z pola też ochoczo korzystałem z gościnności sadu. Właściwie nie uważałem tego za grandę, taką jak przysłowiowe podkradanie gruszek z plebańskiego sadu. Sad wujka Józefa Nowaka zapraszał mnie do siebie widokiem dorodnych jabłek, zapachem obiecującym spełnienie i ciszą, w której słychać było lot pszczół i grzechot pestek w gniazdach nasiennych dojrzałych papierówek. Owoce, które leżały u stóp rozłożystych jabłoni, mogłem zbierać bez obawy, że właściciel się pogniewa, ale mnie kusiły te duże jak pięść i rosnące wysoko na końcówkach gałęzi. Rozglądałem się, czy aby wujka Nowaka nie ma w sadzie albo za sadem nie kosi koniczyny dla bydła, wtedy wdrapywałem się na drzewo i zrywałem upatrzone jabłka. Rozochocony szedłem wzdłuż rzędów jabłoni i w zieleni liści wypatrywałem żółtych papierówek. Najdorodniejsze, najbardziej soczyste rosły na młodych drzewkach. Na końcu pierwszego rzędu odkryłem dla siebie dwie malinówki. Już sam kolor, plamy czerwieni i różu na owocach jakby je pomalował impresjonista, zapowiadały rozkosz i doznania nieziemskie. Kuszenie Adama. Potrząsnąłem jabłonią, spadło kilka jabłek. Zapachu tych owoców nie wyrazi żaden poeta, nie odda żadne porównanie. Owoc kształtny, w dotyku gładki i ciepły od słońca, a już pod jedwabistą skórką więzi orzeźwiające źródła Arkadii. Smak soczystego miąższu otwierał przede mną bramy raju. Wtedy spowszedniała mi papierówka, już mnie tak nie wabiła, nie wołała – zerwij mnie, jestem smaczna. Wiedziałem, że inna jabłoń oferuje mi coś więcej. Pomyślałem wówczas, że rajską jabłonią była malinówka. To był mój pierwszy grzech chłopięcych lat.

I późnym też latem wstępowałem do sadu wujka Nowaka. Po papierówkach i malinówkach pozostało tylko wspomnienie i żal. Właśnie dojrzewały soczyste kosztele, ale dla mnie były za słodkie i mdłe. Za to dwie antonówki wciśnięte w róg sadu oferowały wczesnojesienne jabłka o smaku słodko-kwaśnym, winnym. Dojrzewały nierówno, najpierw te, które łapały więcej słońca. Rzucałem do nich bryłami lub kawałkiem kija. Już nie napychałem zanadrza, kilka jabłek chowałem w kieszenie spodni i uchodziłem z sadu.

We wrześniu we wsi otworzono skup jabłek. Uzbierałem trochę spadów pod jedyną jabłonią jesiennej odmiany na swoim podwórku. Za mało. Rosła jeszcze szara reneta i tuż przy ogrodzeniu grochówka o owocach twardych jak kamień. Renety mama tknąć nie dała. Grochówka była plenna, ale jabłka nie chciały spadać. Żeby tak pół worka uzbierać, miałbym parę złotych – roiło mi się.

Pojechałem rowerem do sadu wujka Nowaka. Pod jabłoniami jabłek leżało zatrzęsienie. Niektóre już gniły. Osy miały raj, z koszteli wypijały słodkie soki. Spady się marnują – pomyślałem. Worek uzbieram, to wujek nawet nie zauważy i straty wielkiej mieć nie będzie.

Czekałem, aż zrobi się szarówka. W jasny dzień na grandę nie pójdę – wstyd większy niż korzyść. Z domu wyszedłem niepostrzeżenie. Miedzą do ścieżki pchałem przed sobą taczkę. Nie chciałem drogą na ludzkich oczach paradować. Ścierniska były już poorane. Ciężko było mi pchać taczkę przez bruzdy i skiby, bo pola szły w poprzek i nie było miedzy w stronę sadu. Zostało mi niewiele tej wyboistej drogi do upragnionego celu; jakieś sto kroków i drogę przeskoczyć, i już sad. Taczkę schowam w tarninie czy w krzakach dzikiego bzu i z worem wejdę do sadu na rabunek. Ale za wcześnie się na grandę wybrałem, bo za drzewami wujek kosił koniczynę dla bydła, a ciotka ładowała ją na wóz. Postawiłem taczkę i usiadłem na miedzy. Czekałem zniecierpliwiony, bo zrobi się ciemno i wrócę z niczym. Co chwilę wstawałem i patrzyłem, czy wreszcie odjeżdżają. Wujek przestał kosić i spojrzał w moją stronę. Stał i patrzył, a ja przywarłem do miedzy jak zając. Miałem nadzieję, że mnie nie spostrzegł. Po chwili wychyliłem głowę trochę ponad liście buraków. Już odjeżdżali. Wóz toczył się drogą w stronę dworu. Ruszyłem na szaber. Nie chowałem taczki, postawiłem ją obok drzewa.

Wrzucam jabłka do worka. Każdy kilogram razy pięćdziesiąt groszy. Liczę kasę. A tu spadów tyle, że dwa wory mogę zebrać i jeszcze by zostało. Zerkam w stronę drogi w obawie, że ktoś będzie przechodził. Patrzę, a przy pierwszym drzewie wujek Nowak stoi. Spogląda na taczkę i na mnie. Chcę zniknąć, zapaść się pod ziemię razem z workiem. Ale taczka przepadnie. I co powiem w domu?

– A ty huncwocie jeden, na grandę żeś z worem i toczkami przyszedł?

– A bo, wujek, spadów trochę chciałem… – dukam i podchodzę bliżej.

– Jabłek ci się zachciało? Ty draniu! Z wora jabłka wysypać i do domu! – Twarz miał zaciętą. Nigdy go takiego nie widziałem.

Z powrotem szedłem już ścieżkami. Wiozłem na taczce pusty worek i swój wstyd. Jakiś wąż skusił mnie na jabłka z zakazanego drzewa. Taki mój grzech pierworodny.

Na drugi dzień wracaliśmy z pola na Zadworzu. Wujek z wujenką w sadzie zbierali spady do skrzynek.

Po tygodniu zaszedłem do wujostwa spytać, czy mogę uzbierać sobie soczystych antonówek.

– A taczkę gdzie masz? Schowałeś w krzakach? – spytał wujek i zrobił groźną minę. Spojrzał na ciotkę. – Popatrz, matka, jaki miglanc.

Spuściłem głowę.

– No dobrze już, dobrze. – Uśmiechnął się pod nosem. – Uzbieraj se, tylko nie trzepać. A po niedzieli do obierania jabłek przyjdziesz.

– Przyjdę – powiedziałem ucieszony.

Był grzech, będzie pokuta – pomyślałem zadowolony, że tak się ta moja granda skończyła.

Zimowe odmiany jabłoni rosły w kilku rzędach środkowych. W październiku wujek najmował kilku chłopców ze wsi do zrywania jabłek. Rosły stosy drewnianych skrzynek pod drzewami. Chłopcy śmigali po drzewach i drabinach. Wujek napominał, by do koszyka owoce wkładać delikatnie i równie delikatnie je wykładać do skrzynek. Potem pomagałem wujkowi załadować skrzynki na wóz i zawoziliśmy je do piwnicy pod dworem.

Wchodzę do tej obszernej piwnicy pełnej jakichś wnęk, ślepych korytarzy i ciemnic. Otwiera się przede mną baśń o rodowodzie średniowiecznym. Widzę oczami wyobraźni pierwotne przeznaczenie tych lochów. Oddzielone kratami kazamaty, z których dochodzi jęk skazańców. W drzwiach stoi strażnik w zbroję zakuty i wsparty na mieczu. Kopci łuczywo wetknięte w uchwyt na ścianie. Światło pełga po cementowej posadce, mnoży cienie i stwory, a ja, z oczami wielkimi jak talary, stoję bosy w lnianej koszulinie i chłonę tamten czas zamknięty w piwnicy starego dworu. Wystraszony rzucam się do ucieczki, błądzę w labiryncie korytarzy, szukam wyjścia ukrytego w jakiejś niszy, jest zamurowana. A przecież z tych lochów jest tajemne wyjście, jakiś tunel wydrążony w ziemi.

Podczas napadu wroga wszyscy z dworu mogą uciec niepostrzeżenie podkopem i wyjść w gęstych zaroślach na Makacach. Wyjście jest ukryte w skarpie wądołów po starym Dunajcu, zarośnięte łopianem obok starej wypróchniałej wierzby. Znajduję w końcu korytarza wnękę. Jestem pewny, że to wejście do podziemnego przejścia. Jest zamurowane i obrzucone tynkiem dla niepoznaki. Płomień łuczywa rzuca słabe światło, ale wyraźnie widać szary odcień tynku i mokre liszaje. Świeży mur naciąga wilgoć ze stawu na Makacach? Czy to jest to przejście? A może tam zamurowane są skarby, ukryte przed wiekami rubiny, opale, złote pierścienie, bransolety, naszyjniki i drogocenne rzędy końskie? Ogromna skrzynia dębowa okuta żelazem leży tam pełna klejnotów? Gdzie zamek, tam skarby – mam takie przekonanie. Oddycham głęboko pełen emocji ze swojego odkrycia. Jeszcze nie wiem, jak się do tych klejnotów dostać. Strażnik pilnuje.

Pachniały jabłka w drewnianych skrzynkach. Zapach przyjemny, kuszący. Nigdzie nie było krat, zamiast łuczywa świeciła żarówka pod szklanym kloszem. Strażnik zrzucił ciężką zbroję, zdjął przyłbicę i się uśmiechał. Mieczem dwuręcznym okazał się nóż, którym kroił jabłka. Wujek Nowak podał mi torbę pełną jabłek i dalej uśmiechał się przyjaźnie.

– Wujku, gdzie jest wejście do podziemnego tunelu?

– Zamurowane. Jak będzie potrzeba, to się cegły wykłuje – powiedział i znowu się uśmiechnął.

Wiedziałem, że za tym uśmiechem kryła się tajemnica.

[…]


[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.