04/2019

Michał Frąckiewicz

Betonowe zamki

Przestaje padać, a wokół ciemnieją toporne bryły bloków. Rozświetlony czerwonymi rozbłyskami komin przypomina latarnię morską, ostatnią przystań przed pustkowiem przedmieścia. Znane zaułki i lokacje nabierają odmiennego znaczenia, otwierają się przejścia do wcześniej niedostępnych miejsc, a wraz z nimi nowe możliwości. Zdaje się, że metropolia kryje w sobie pewną tajemnicę czasu i zagadki przestrzeni. Zachodzą tu jakieś skomplikowane procesy i tajemnicze koniugacje, których natury nie da się do końca zrozumieć.

Kraj cofnięty przez barbarzyński najazd o dekady musiał uciec do przodu. Był to potężny obrót wielkiej maszyny. Przemysłowa utopia miała dostać domy podobne bardziej do klocków fabryk niż do dobrze znanego miasta. Budowniczowie dostali to, o czym marzył Le Corbusier, snując wizję zrównania z ziemią Paryża i zbudowania pionowego miasta ogrodu. Początkowo rozbrzmiewało jeszcze przedwojenne echo, lecz w mrocznej dobie stalinizmu nie było już miejsca na oglądanie się wstecz. Przerażająco fascynujący świat przemysłowego chłodu i monumentalnej skali powołał do życia socrealistyczne domy-pomniki-fabryki. Megalomańska industrializacja i wyścig zbrojeń spowodowały, że priorytet dawano rosnącemu lasowi kominów, a nie domom mieszkalnym. Te budowano wedle zasady ilość ponad jakość. Wyobraźmy sobie rzeźby mitycznych bohaterów sierpa i młota, obsypane popiołem z hut i obmyte kwaśnym deszczem domy-monumenty.

Śmierć Stalina wyhamowała rozpędzony kombinat. Zaadaptowano nowoczesne metody budownictwa, zaczęto zwracać uwagę na kontekst otoczenia. Okres kameralnych osiedli nie trwał długo. Wkrótce jednak maszyna znów zaczęła się rozpędzać, a budowniczowie zwiększyli skalę. Nadszedł okres budynków-molochów, betonowych zamków sięgających jedenastu pięter. Stawiano podobne do fabryk korytarzowce, z których najsłynniejsze jest zbudowane w technologii monolitycznej stołeczne osiedle za Żelazną Bramą lub gigantyczne miasta-sześciany, jak gdańskie falowce czy jeden z najdłuższych w Polsce budynek przy Kijowskiej w Warszawie.

Blokowiska rosły. Czasy Gierka były złotą erą wielkiej płyty. Wtedy powstały zakłady prefabrykacji, produkujące taśmowo klocki, z których układano bloki. Wielki skok budowalny lat siedemdziesiątych na dziesiątki lat rozwiązał problem mieszkaniowy Polski, choć do dziś miliony ludzi odczuwa niedoskonałość tego rozwiązania. Bryły z wielkiej płyty kończono jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Nikt nie wie, który blok był ostatni.

Lasy socjalistycznych bloków stoją 0d Berlina po Władywostok. W tajdze, na pustyni, w drogim centrum, na peryferiach miast, w szczerym polu. Dziwnie robi się, gdy wyobrazimy sobie przekrój tych mrowisk, zamieszkanych przez setki jednostek. Na co dzień widzimy tylko bezosobowy kloc, doskonale skrywający różnorodność życia, kryjącego się za uzbrojonym żelbetonem. Napisano tysiące stron o tym, jak blok rozrywa więzi społeczne, jak skazuje na alienację w betonowej wieży, daleko od ulicy, na której nie toczy się życie. Pisać o przytłaczającej szarzyźnie albo o mdlącej pstrokaciźnie blokowisk, o marginalizacji i uprzedmiotowieniu, o braku identyfikacji, o prostactwie i monotonii jest łatwo. A jednak betonowe prostopadłościany znoszą te ciosy z chłodną obojętnością i dla milionów są naturalnym środowiskiem życia od samego urodzenia.

Pisano o Przyczółku Grochowskim i osiedlu Słowackiego, bo zaprojektował je Oskar Hansen, o brutalistycznym osiedlu Grunwaldzkim, o Nowej Hucie, Ursynowie czy Żelaznej Bramie. Nie można się dziwić, że nikt nie napisał o osiedlu Ruda na warszawskich Bielanach. Spotkałem się z opiniami, że to jedno z najbrzydszych osiedli. Ja tego nie widzę, może dlatego, że dobrze to miejsce znam. Po latach niewiele się zmieniło poza tym, że uporządkowano krzaki na obrzeżach. Gdzieś pełzają jakieś wspomnienia, mam dziwne wrażenie, że zaraz zmaterializują się wśród chaszczy. Może faktycznie na placyku z nieckami betonowych basenów jest trochę szpetnie.

Osiedle Ruda to archetyp osiedla – punktowce ozdobione brązową i żółtą blachą, wielkie betonowe szafy mieszkalne, pomiędzy nimi trochę zieleni, wielkie połacie parkingów, kilka ceglanych budynków z zamierzchłych czasów, sklepy, przychodnia, poczta. Stoją tu jedne z najwyższych, bo aż dwudziestopiętrowe bloki w Polsce. Nie da się napisać nic pewnego o mieszkańcach tego osiedla, skoro stanowią oni magmę tysięcy oddzielnych historii. Rój ludzi zamieszkujący bloki nie ma wspólnej świadomości, typowej historii, która zobrazuje życie osiedla. Nie ma żadnego sposobu, by wyłowić coś charakterystycznego z tej masy. Patrząc na bloki, wyobrażam sobie pewien scenariusz. Czy gdyby upadła centralna władza, wyniosłaby się stąd nawet administracja? Wyobrażam sobie, że bloki stają się osobnymi jednostkami, łączą się w terytorialne sojusze, walczą o surowce, dostęp do przystanku osobowego i sklepów. Uformowałyby się grupy interesów, na czele których musieliby stanąć przywódcy lub blokowe rady. Odwrotnie niż w książce Wieżowiec J. G. Ballarda, w której pozbawiony nadzoru super-budynek ogarnia anarchia. Jaka katastrofa musiałaby się przydarzyć, żeby ludzie z bloków zaczęli tworzyć grupę? Chyba nikt tego nie chce i nic dziwnego, cenimy przecież swoją namiastkę prywatności, iluzję własnej przestrzeni, zawieszonej gdzieś wysoko w pustce.

Słońce prażące beton wywołuje jakieś powidoki wspomnień. Ta widmowa, pełna usterek pamięć krąży nad osiedlami naszej młodości jak analogowy duch, gdzieś między kasetą VHS, miejską legendą i pełnymi nostalgii i niepokoju wspomnieniami. Niedoskonałość pamięci powoduje, że obraz blokowisk nabiera charakteru majaku. Dominuje w nich brudna ochra, brąz, szarość, przebarwiony pomarańcz lub błękit. Takie właśnie senne widziadła wyzierają na przykład ze zdjęć Davida Hlynskiego, obrazującego dziwaczne witryny sklepowe, prezentujące popkulturę epoki schyłku i narodzin nowego modelu świata. Do dziś znajdziemy takie ekspozycje, zwykle w zakonserwowanych sklepikach osiedlowych, brzydkie plastikowe zabawki, niemodne ubrania, butiki, biżuteria, pończochy, peruki na zdekompletowanych manekinach.

Balkony mówią wiele o blokowiskach i ich mieszkańcach. Jest coś widowiskowego i ostatecznego w widoku człowieka stojącego na skalnej półce zawieszonej ponad betonowymi kanionami i zalesionymi dolinami podwórek. Obserwując balkony, można wyróżnić kilka typów. Są więc składowiska ze słoikami, kartoflami i rowerami lub balkony będące przedłużeniem graciarni, a nawet piwnic. Znajdziemy tam typowe elementy usunięte poza nawias blokowego życia, brudy wyrzucone pozornie na zewnątrz domu. Są balkony-szklarnie, wypełnione po brzegi życiem botanicznym, bujnym kwitnieniem flory, zawieszonym na skalnej półce dwunastopiętrowego megalitu. Można w każdym bloku znaleźć balkony spełniające marzenie mieszkańców o tarasie w jakimś śródziemnomorskim raju. Dużo jest balkonów całkowicie pustych, pokrytych jedynie nagim betonem lub elegancką mozaiką płytek.

Włócząc się w mżawce po Rudzie trafiam na kiosk. Nie pamiętam, czy kiedyś tu stał. Gdy patrzę na asortyment budki, przypomina mi się za to stara legenda miejska o gumie turbo, której opakowania miały być nasączone narkotykami lub które miały być rakotwórcze. Pomiędzy blokowiskami krążyła też kiedyś opowieść o czerwonej rtęci, którą można było kupić na bazarach. Maruderzy z byłego Związku Radzieckiego handlowali wtedy sprzętem z demobilu. Substancja o niemal alchemicznych właściwościach miała zawierać radioaktywny opad z elektrowni lub głowic jądrowych. Obok tych legend ulokować można takie przedmioty, jak tazosy z chipsów, dyskietki do Amigi i cartridge do Pegasusa, Nokia 3310 i Tamagotchi, japońskie bajki albo nawet same dźwięki z nich, wszystkie stanowiące pozostałości straconego wśród bloków czasu.

Poza strukturą świata istnieją bezzasadne zakamarki, łączniki lub po prostu nadmiar przestrzeni wyrzucony poza nawias. Nie ma tam perspektywy, przestrzeń trwa w bezruchu, niewidziana przez nikogo. Rozrzedzona przestrzeń pozbawiona przynależności. Wieczorem można się tu zgubić, wpaść w przestrzenną pętlę i błądzić pomiędzy identycznymi blokami, cofając się ciągle do tego samego fragmentu. Betonowe pustynie to miejsca dziwne. Dekonstruują tekst, jakim jest miasto, tło czynią najważniejszym, osoby stojące na balkonie zdają się nie skupiać na niczym konkretnym, jakby patrzyły w pustkę. Pustka dzięki swojej nieopisywalności ma aspekt nadnaturalny, istnieje i zaraz jej nie ma, jest nieskończona, nic jej nie ogranicza. Jest jak antymateria, nie widzimy jej, jest zepchnięta gdzieś do podświadomości, do instynktu, który każe nam od niej uciekać.

Niemal jednoznacznie ocenia się blokowiska, tak jakby ludzie byli skazani na mieszkanie w ich cieniu. Mówi się o monokulturze mieszkaniowej, o skali niedostosowanej do człowieka, spadku jakości życia, więzi społecznych, aspiracji, indywidualizmu, braku identyfikacji z otoczeniem. Bloki niektórzy widzą nawet jako pionowy kołchoz, służący totalitarnej władzy do utrzymania atomizacji skoszarowanego społeczeństwa. Anonimowość to słowo klucz anonimowości mieszkań w budynku, budynków na osiedlu, osiedla w mieście. Można założyć, że ktoś, kto obudziłby się w przypadkowym bloku i spojrzał przez okno, nie byłby w stanie zgadnąć, w jakim mieście się znajduje. Brak historycznych fragmentów miasta, jedynie ustawione w rzędy pudełka, tępe dachy, płaska elewacja, niekończący się rytm okien i balkonów, zapętlony jak na taśmociągu.

Już nikt nie pamięta, jak je postawiono i co było wcześniej, ale ludzie muszą tu jakoś żyć. Uważam, że opowiadanie Franza Kafki Przemiana powinno dziać się w bloku. Jego bohater po ciężkiej nocy budzi się jako wielki robak, stając się przerażającym obciążeniem dla swojej rodziny. Karaczany lepiej czują się w ekosystemie bloków niż zamieszkujący je ludzie. Wydaje się, że te betonowe twory zostały postawione właśnie dla nich. Ludzie i karaluchy toczą od dziesięcioleci wojnę o panowanie w tych budowlach postawionych przez zapomnianych budowniczych poprzedniej epoki.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.