10/2019

Andrzej Górny

Bez dna
(fragment powieści)

[…]

Ryszard przechodzi z klatki schodowej w długi, ciemny korytarz. Na końcu w świetle padającym z otwartych drzwi siedzi bardzo stara kobieta, twarzą zwrócona w jaśniejsze niewidoczne wnętrze. On kroczy coraz wolniej, żeby nie zwrócić jej uwagi na siebie. Staje przy drugich drzwiach, tak jak kiedyś mówił mu Michael. Próbuje je otworzyć. Nic z tego. Nagle tamta twarz drgnęła. Obraca się w jego kierunku, podnosząc głowę lekko w górę, jakby chciała go bardziej wyczuwać niż zobaczyć. Kobieta podnosi się z krzesła, choć przychodzi jej to z trudnością. Przesuwając dłoń po ścianie, robi pierwszy krok. Wygląda na to, że to niewidoma, która wie jednak o jego obecności, bo nagle nieruchomieje z lekko wyciągniętą głową ku górze, i to w jego kierunku… Ryszard opuszcza wolno rękę, zaczyna się cofać krok po kroku do klatki schodowej. Potem pędzi na dół. Przy drzwiach na ulicę pośpiech nagle się kończy. Siada na progu z wyraźną ulgą. Przed nim ulica zatłoczona ludźmi, koczują na jezdni i chodnikach w grupkach rodzinnych, we dwoje, czasem w pojedynkę. Moszczą sobie legowiska na szmatach, rozłożonych kartonach, starych papierzyskach. Inni jeszcze jedzą, ale są i tacy, co już śpią; tylko dzieci gramolą się po nich, korzystając z pełnej swobody, nie ma żadnych domowych granic. Nad Ryszardem staje i pochyla się kobieta wychudzona, o zniszczonym wyglądzie, choć jeszcze chyba młoda. Wpatruje się w niego błyszczącym wzrokiem, jest dla niej jakimś odkryciem, jakby się jej z kimś kojarzył. Ale i jemu mogłaby się wydać jej postać znajoma, gdyby nie ta przeraźliwa chudość. Tylko jak nie schudnąć w takich warunkach…

Barmanka: Chodź, tu obok! Mam herbatę. Napijesz się soku. – Ręką pokazuje w stronę narożnika, drugą chwyta za koszulę na ramieniu i ciągnie, żeby wstał. – Tutaj! Tutaj! – I znowu ta ręka pokazująca w stronę narożnika.

Ryszard nie stawia oporu, idzie, przyglądając się jej uporczywie, najwyraźniej usiłuje w niej kogoś rozpoznać i powtarza bliskie mu imię: Miń. Miń. Słyszałaś? Była tutaj. Znałem.

Barmance spodobało się, potakuje z rosnącą akceptacją, i powtarza, jakby to jemu zadawała zagadkę, ciekawa jak zareaguje: Mińń?… Mińń?…

Ryszard chwyta za ramiona: Tak? Znasz? Znasz?!… Nie umiem, jak ty. Jeszcze próbuję, Miń. Wiem! Musi być miękko, długo, jakby nigdy się nie kończyło; jakby na zawsze coś z tego miało pozostać we mnie. Na zawsze! Wiesz, we mnie tak jest! W środku je słyszę. I wiem, że jest. Ale widzisz, powiedzieć tak głośno nie daję rady. Tak, żeby to było jej i wszystkich, co usłyszą. Żeby naprawdę ona była!

Barmanka powtarza teraz miękko, niemal zalotnie: Mińń… Mińń… Jakby zachęcała go do większego wysiłku. Coraz bardziej ośmielona ciągnie go za rękę w stronę narożnika, jak zdobycz, lawirując między leżącymi na chodniku, żeby nikogo nie nadepnąć.

Ryszard: Powiedz, byłaś tu, zanim przyszła wojna? Dwa lata temu? – pokazuje na palcach – Raz, dwa… – Przerywa liczenie, machając ręką – Byłaś wtedy? Miń! No, pamiętasz ją?

Barmance spodobało się liczenie, wpatrzona w niego, liczy dalej: Trzy. Pięć. – Śmieje się. – Dziesięć. – Triumfuje. – Dwadzieścia!

Ryszard olśniony powtarza po niej: Dwadzieścia… Dwadzieścia lat! Na pewno tyle miała! Trafiłaś!

Barmanka powtarza po nim, z rozbłyskiem na twarzy, już jako nagrodę przeznaczoną właśnie dla niej: Dwadzieścia! Mam dwadzieścia!

Ryszard wykrzykuje: Jak Miń! – Jakby to miało rangę ważnego odkrycia. Wpatrując się w nią uporczywie, poprawia skwapliwie, żeby poczucia realności tego wszystkiego, co się dzieje, nie stracić. – Prawie Miń. Co? Nie możemy się całkowicie mylić. Jesteśmy blisko. Ty ją pewno znałaś, ale w kotle tego, co się tu działo, zapomniałaś!

Barmanka ciągnie go tym bardziej zdecydowanie i sadza przy stoliku na skrzynce służącej za krzesełko: Tu. Tu. – Z szafki pod blatem stolika wyciąga butelkę piwa ze złotą nalepką. – Ostatnie… – Patrzy na niego triumfalnie, czy docenia wyróżnienie, i robi krótką, znaczącą przerwę, pewno żeby przygotować go na pytanie. Potem, rzeczywiście, ostrożnie pyta: Pojedziesz do Nowego Jorku?

Ryszard zaskoczony: Zgadłaś! Mam jechać. Tylko nie zaraz. A o co chodzi?

Barmanka siada mu na kolanach, obejmuje go rękami za szyję, jest nagle poważna, skupiona.

Mówi dyskretnie, nieomal szeptem: List napiszę. Dobrze?

Ryszard przytomnieje: List? Do kogo?

Barmanka robi skromną i tajemniczą minę, bierze go za rękę, prowadzi do dwukołowego wózka przy krawężniku, z długim dyszlem opierającym się o jezdnię, a w drugiej ręce trzyma piwo. Leżąc potem obok siebie na wózku, milcząc przez chwilę, patrzą w ciemne niebo. Bo w tej pozycji robi ono większe wrażenie i wydaje się, że wręcz zbliżyło się swym ciemnym bezkresnym ogromem – i jest po prostu bardzo blisko. Więc oni popijają sobie na zmianę po łyku, jakby trochę oswajając tego świadka nad nimi jako partnera i całą tę nieoczekiwaną sytuację.

Barmanka wyciąga w górę rękę, jakby wskazywała na jakiś istotny punkcik na ciemnym niebie: List oddasz Jackowi?

Dalej oboje patrzą w ciemne niebo, jakby już przywiązani do niego swoimi myślami.

Ryszard: Jakiemu Jackowi? Kto to?

Barmanka: Mąż. Ma dziecko. Powiesz mu.

Ryszard: Myślisz, że się ucieszy?

Barmanka: Wiesz, jaką białą suknię kupił. Szliśmy przez cały kościół. Wszyscy klaskali i się cieszyli. Jestem katoliczką. On bardzo chciał. – Obraca się w jego stronę, jej twarz jest teraz blisko. – Mam duszę. Kto uwierzy, ma. – Przysuwa się i kładzie głowę na jego klatce piersiowej w uroczystym geście zaufania. A potem znowu wolno wyciąga rękę w górę. – Gdzieś tam jest… Ty znajdziesz.

Ryszard: Skąd ci to przyszło? Wszyscy, o których myślimy, mają być z nami. Tu żywi, tu obecni! – I jeszcze dodał: – Tak jak ty i ja.

Barmanka uniosła głowę, żeby popatrzeć mu nagle czujnie w twarz: On tam jest, jak ty tu. Trzeba pilnować, żeby niczego nie popsuć. Oddasz, to przyjedzie. Wiem. Wiem!

Ryszard: Nie wszystko jest takie proste. Widzisz, przyjechałem tu, gdzie była Miń. Pamiętam dokładnie i co? Nie ma. A żyła na tej ulicy, gdzie jesteś. Musiała przechodzić obok ciebie. Rozumiesz? Na pewno widziałaś! Może się nawet odezwała, ale ty akurat zajęta tym, co kupował, i dlatego nie pamiętasz. – Po chwili wahania: – Miń. Miń. Nie potrafię, jak ty po swojemu, tak pięknie, jak ona. Jej imię to melodia, dla mnie nieuchwytna, nie do powtórzenia. To jak kara. Ale za co?… Za co?! Ona musiała tu być! Ty ją na pewno słyszałaś. Powiem ci. Trochę ją słyszę w twoim głosie, kiedy mówisz.

Barmanka położyła mu palce na ustach i przez chwilę tak trzyma: Miała dziecko, jak ja?

Ryszard: Nie wiem… Nie, chyba nie. Widziałem ją tylko tu, w centrum. Może tam w domu pod opieką ojca zostawiała. Ale byłaby wtedy chyba inna. Nie taka pełna oczekiwania, nieśmiałości.

Barmanka: Myślisz, że nie miała. Ale przyjechałeś! Jesteś! – I po chwili uroczyście: Kochasz?

Ryszard: Nie wiem… Nie. To jest inaczej. Ale tęsknię. Bardzo tęsknię, żeby była. Wiedzieć, że jest! Wiesz, jak to dużo, że jest? Dlatego przyjechałem. – Wpatruje się w nią, jakby miała mu coś jeszcze ważnego powiedzieć. – Masz rację, nie powiedziałem dokładnie, czego chcę… Ja boję się, że nie będzie dla niej odwrotu. A Miń musi być! Jeśli nie tu, to gdzieś blisko. Ojciec dzięki niej miał pieniądze, więc nie puściłby daleko. A już na pewno nie tam, gdzie twój Jack. Tu, jak ty ze mną teraz, to tak.

Barmanka opadła na plecy; wpatrzona w ciemne niebo, jeszcze raz mówi mocno: Jak oddasz, on zaraz przyjedzie. Taki jest.

Ryszard podnosi na chwilę głowę: Tak. Trzeba wierzyć, jak ty. A ja leżę i nie wiem nic. I już przestaję… Wiesz, czuję, że nic nie można zrobić. – Głowa opadła mu znowu, patrzy w ciemne niebo. – Czuję, że przestaję jeszcze bardziej.

Barmanka pochyla się ku niemu: Wiesz, tu jadą czasem do Vung Tau. Tam są łodzie. I płyną. Już nie wracają! Widocznie znaleźli to, czego chcą. Chińczyk na bazarze wyprzedaje teraz wszystko i chce kupić łódź; popłynie z całą rodziną.

Ryszard: Gdzie? O czym ty mówisz? Przecież nie do Ameryki, to niemożliwe. Do Ameryki jest ocean. – Szeroki ruch ręki ku górze. – Tak jak tu to ciemne niebo, taki ocean niewiadomego. Prawie bez końca, nawet dla naszych myśli.

Barmanka też wskazuje na ciemne niebo, potrząsając ręką, jakby chciała Ryszarda poprawić, i powtarza jeszcze raz z mocą, uparcie: Tam jest Nowy Jork. Jest Jack!

Ryszard chwyta jej wyciągniętą rękę: Tam są tylko dusze na wieczne czasy. A ona na pewno jest cała i żywa. Tu! Ona jest bliżej, jak Jack. Zastanów się jeszcze raz. Może ci się przypomni!

Zauważył coś na jej wyciągniętej ręce. Gwałtownym ruchem przyciąga tę rękę do siebie. Przygląda się z bliska sinawemu miejscu ze śladami licznych nakłuć na przedramieniu. Barmanka chce rękę wyrwać. Ryszard puszcza po chwili. Oboje wyglądają tak, jakby coś ważnego i bliskiego nagle gdzieś im bezpowrotnie przepadło. Nie ma… A oni leżą obok siebie na wznak, jak opuszczeni przez swoje najbliższe myśli i żadne nie znajduje ochoty czy siły, żeby przymusić się do mówienia. Nie ma już nawet znaczenia, że drugie jest obok. Tak. Każde jest tylko z tym, czego mu brak, i przy tym braku swoim tkwi w ulicznym mroku, gdzie nikt się za bardzo nie rusza, co najwyżej obraca się z boku na bok; albo podniesie się na moment głowa ta czy inna,i wcale nie ma się ochoty na więcej, głowa opada, robi się naprawdę cicho. Ulica zasypia.

[…]


[całość można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.