10/2019

Piotr Kępiński

Bez hat-tricków

Błyskotliwe definicje, trafne diagnozy i eleganckie, choć nienapuszone zdania mówią w szkicach i esejach Pawła Hertza więcej o teraźniejszości niż doraźne manifesty, wyznania i frenetyczne komentarze. Jest w nich bowiem świadomość ciągłości i nieuchronności, a także nieustanny stan namysłu nad rzeczywistością, który nie pozwala na interpretacje w oderwaniu od części, które budują całość nas otaczającą. Hertz jest, bez wątpienia, autorem współczesnym, chociaż niektóre z jego tekstów powstały ponad pół wieku temu.

Czytać Pamięć i ład to jakby wejść z ulicznego zgiełku do cichej czytelni, gdzie nikt nie pyka na ajfonie, nie szumi radio, słychać tylko krople deszczu bębniące o parapet albo o dach.

Spokój, pióro, kultura i swoboda. I przede wszystkim obserwacja i jeszcze raz obserwacja. Bo Hertz oprócz tego, że doskonale znał się na literaturze, malarstwie czy muzyce, tym lepiej pisał, im więcej i wnikliwiej obserwował detale pozornie do sztuki nie przylegające. Jego teksty nie są przecież przerażająco długimi, uczonymi dysertacjami z przypisami. To, w większości, krótkie przypowieści o dziełach i ludziach, którzy byli jego przyjaciółmi, intrygowali go jako twórcy czy też trochę irytowali, słowem – nie byli mu obojętni.

W każdym przypadku ważny był kontekst i miejsce. Niezwykle istotny był też czas. Autor Domeny polskiej nie poruszał się w abstrakcji. Teraźniejszość była kluczowa, o ile nie zanurzona w błyskotkach. Ponad-czas miał wynikać z tego, co jest, i z tego, co było. A detal wydobyty na powierzchnię, jakby od niechcenia, ot, tak z przypadku, miał nie tyle błyszczeć, ile wskazywać kierunek.

Przecież genialny Lampart Giuseppe Tomasiego di Lampedusy nie był dla niego tylko powieścią historyczną – jak pisał w roku 1964 w Ładzie i nieładzie, lecz ponadczasową. Hertz dostrzegł wtedy to, co nie pojawiało się zbyt często w recenzjach: Tomasi di Lampedusa dawał w swojej powieści wyraźne znaki, iż doskonale pamięta, „że jest obecny tu, teraz, w naszym czasie, w naszych sprawach, w naszej «historii świata»”. Te sygnały dla niektórych krytyków były wyraźne, dla innych niedostrzegalne. I chociaż Hertz nie był odosobniony w swojej diagnozie, główny chór krytyków wpychał wtedy tę książkę na półkę, z której dzisiaj by ją raczej zdjęto.

Niewątpliwie dostrzegł w Lamparcie arcydzieło, które przetrwa próbę czasu. Nie wiedział, że za kilkadziesiąt lat w Palermo będą organizowane wycieczki bynajmniej nie tylko szlakiem „powieściowym”, ale także filmowym, a frazy z książki wejdą do codziennego języka nie tylko Włochów, ale również Polaków (na przykład słynne i opacznie zrozumiane swego czasu zdanie: „Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić”).

Hertz podkreślał: „Kiedy wspomina [Tomasi di Lampedusa] o «czarnych koszulach», o bombardowaniu wyspy w czasie inwazji sojuszników, daje nam w ten sposób znać, że wszystko, co pisze o «historii świata» między rokiem 1860 i 1862 na Sycylii, pisze z pełną świadomością tejże historii w następnym stuleciu”. Dzisiaj te zdania znowu brzmią dziwnie znajomo. Autor Lamparta odnosił inwazję dziewiętnastowieczną do marszu faszystów na Rzym. Obecnie mamy do czynienia z powtórką z historii. Nie ma faszystów (albo raczej są, ale w ukryciu), narodzili się za to post-faszyści, którzy nie wykorzystując dawnych atrybutów, wskrzeszają archaiczne i niebezpieczne myślenie. I nadal maszerują.

Lampart czytany w dwudziestym pierwszym wieku pozostaje ciągle lekturą żywą. Tak jak wtedy, kiedy czytał go Hertz, który miał ucho wrażliwe, słuch literacki prawie absolutny. A w literaturze, oprócz tego, że szukał rzeczy antyrewolucyjnych, cenił przede wszystkim nieoczywistości.

To wszystko widać w szkicu poświęconym Bogusławowi Kuczyńskiemu, pisarzowi dzisiaj zapoznanemu, a który ma przecież swoje miejsce w historii literatury, nie tylko dlatego, że był sekretarzem (i kochankiem) Zofii Nałkowskiej, ale także z powodu kilku swoich dzieł, do których należy książka Ludzie między bogami. Notatki rzymskie. Jej właśnie jeden ze swoich szkiców poświęcił Hertz, a Marek Zagańczyk przypomniał w omawianym wyborze (mała uwaga na marginesie: książka raczej nie potrzebuje przypisów, ale w tym przypadku akurat parę zdań by się przydało, albowiem Hertz w oryginalnym tekście ani razu nie przywołuje nawet tytułu dzieła Kuczyńskiego, a sam autor, zapomniany zupełnie, zasługiwałby na mały biogram).

Zadziwiająca uwaga pada już na samym początku szkicu: „W tej rzymskiej książeczce autor nie opowiada, lecz opisuje. Opisuje nie tylko to, co widzi, ale – i tym właśnie zjednała mnie ta książka – to, co przychodzi mu na myśl, kiedy patrzy. Snuje więc rozważania o tym mieście, bez którego wszyscy na Ziemi byliby biedniejsi i gorsi, niż są. Mój przyjaciel nie jest Rzymem zachwycony, traktuje go tak, jak potraktowałby, dajmy na to, Rypin, gdyby go tam losy rzuciły. Ale Rypin przemyślany i spenetrowany to więcej niż Paryż banalnych opisów”.

Proste i prawie genialne. I co więcej, prawdziwe. Hertz, jak na wytrwanego eseistę przystało, nie epatując erudycją, bez efektownych hat-tricków na przestrzeni paru zdań trafia absolutnie w sedno. Nie dość, że świetnie książkę opisuje, to przy okazji definiuje także siebie. Wydobywa na powierzchnię to, co w jego rozumieniu jest albo przynajmniej powinno być istotą literatury: patrzenie i myślenie, nie tylko zaś opisywanie, wymyślanie i „atakowanie” czytelnika bohaterem czy też akcją reportażu albo powieści.

Notatki rzymskie Kuczyńskiego to rzecz już dzisiaj absolutnie nieczytana, niedostępna nawet w antykwariatach, ale ciekawa. Cieszę się, że Zagańczyk włączył esej o tej książce do wyboru, albowiem w pewnym sensie jest ona profetyczna i ponadczasowa. I zapewne również z tego względu Hertz o niej napisał. To, że autor był jego przyjacielem, było ważne, bez wątpienia, niemniej jednak stało za tym wyborem coś więcej: znaczący detal, inne spojrzenie, oryginalny sznyt, ciekawa perspektywa.

W istocie w książce Kuczyńskiego nie znajdziemy tego, czego oczekuje się po książkach o Italii: zachwytów, wykrzykników, bezkrytycznych westchnień. Ujrzymy w niej za to biedę, a nawet brzydotę. Zobaczymy współczesną stolicę Włoch, która od nędzy lat pięćdziesiątych, przez blichtr i nowoczesność lat sześćdziesiątych minionego wieku, zatoczyła koło i przywędrowała tam, skąd wyszła. Nieuchronność powtarzalności. „Rzym to dziwny, ubogi, bez hoteli na via Veneto, bez skuterów i nowo wzniesionych dzielnic” – pisał Hertz. I dodawał: „To Rzym bliski warszawskim przedmieściom lub paryskim dzielnicom poza linią dawnych fortyfikacji. Tyle że rzymska bieda kuśtyka na berle cezarów i na pastorale chrześcijaństwa”.

To zdanie jest kwintesencją myślenia Hertza o sztuce i literaturze, w którym ciągłość i po­le­micz­ność są wartościami nadrzędnymi. U Kuczyńskiego dostrzega on kontynuację poetyckiego sporu między Słowackim i Józefem Bohdanem Zaleskim (znowu mała uwaga: wiersz tego ostatniego, który przywołuje autor Domeny… nosi jednak tytuł Przechadzka poza Rzymem). Ironizuje: „O biedny Rzymie, jak ty w Słowianina pieśni wyglądasz i jak będziesz wyglądał, gdy młodzi Słowianie nie dostrzegą za skuterami i wyrobami z plastiku owego Rzymu, do którego prowadzą wszystkie drogi”.

Rzym w szkicach Hertza pojawia się nieustannie, jak chociażby przy okazji ostatniej wizyty Iwaszkiewicza w Wiecznym Mieście w roku 1979, kiedy został poproszony przez poetę, aby mu towarzyszył, czy w przypadku Izabeli Radziwiłłowej, którą prowadził na via Boncompagni, żeby zobaczyła pałac, w którym kiedyś mieszkała.

To ważny punkt odniesienia. Hertz jeździł do Italii już od najmłodszych lat. Jest także, co niezwykle istotne, tłumaczem (znakomitym) Obrazów Włoch Pawła Muratowa, „odkrytych” przez Karola Szymanowskiego, zaczytywanych przez Jarosława Iwaszkiewicza. I zapewne dlatego nie znajdziemy w jego „włoskich tekstach” żadnego banału. Zawsze coś więcej. Zawsze wartość naddana. Zawsze poezja. Bo w swoich szkicach i esejach Hertz przekracza ramy gatunku, również dlatego, że dysponuje swobodnym piórem i niezwykłą wyobraźnią. Dzięki temu dostrzega to, co nie dla wszystkich zauważalne.

Pisząc o Gogolu w Rzymie, podkreśla, że to, co najciekawsze w jego pisaniu o Wiecznym Mieście, to to, że na „rzymski sztafaż nakładał swoje rosyjskie myśli i pisał w szkicu o Rzymie to, czego nie mógłby wprost napisać o Petersburgu”. „Gogol w Rzymie jest dla mnie o wiele tragiczniejszą powieścią niż Martwe dusze, Mickiewicz w Paryżu – bardziej wstrząsającym poematem niż Dziady. Wobec życia literatura jest kaleka i uboga, przypomina resztki po sutej uczcie, pospiesznie dojadane w powszedni dzień, który zawsze nadchodzi po świetnym wieczorze”.

Dopomina się zatem Hertz w swoim pisaniu nie tylko o sztukę, nie tylko w niej widzi sens istnienia, ale prawie na każdym kroku dobija się o zapomnianych, o zapomniane, o żywe. Pomnik grobowy Wawrzyńca we florenckiej kaplicy medycejskiej jest dla niego nie tylko symbolem „myśliciela” i abstrakcyjną figurą, ale przede wszystkim ucieleśnieniem tajemnicy świata, która pojawia się, kiedy opisuje „cień hełmu”: „To cień świata pada na twarz Wawrzyńca i spowija ją mrokiem tajemniczym. To gra tego świata jest przedmiotem tej melancholijnej, jeszcze nie pełnej rozpaczy, medytacji”.

Poezja i eseistyka splatają się w takich momentach w jedno, tworząc gatunek jedyny i niepowtarzalny (apogeum osiąga Hertz w eseju o Turgieniewie, kiedy pisze: „Miesiąc na wsi zapowiada teatr Czechowa. Tam wszystko będzie straszniejsze, smutniejsze, pełniejsze goryczy. Tu jeszcze są niebo, las, psy, konie, kwiaty i drzewa. Tam już słychać stuk siekiery, która to wszystko strąci w nicość”). Te teksty czytane dzisiaj nic nie tracą, jak to bywa w wielu przypadkach, co więcej, zyskują i nasycają teraźniejszość prawdziwym blaskiem.

Zresztą nawet wtedy, kiedy Hertz pisze o Bibliografii polskiej Estreichera, czytelnik ma podobne wrażenie. Nikt chyba, oprócz niego, nie stworzył takiej apologii bibliografii, która staje się nie tylko zwyczajnym spisem, ale „życiem” i „pragnieniem”. A jego porównanie Conrada i Przybyszewskiego to czysty majstersztyk. Jeśliby posłużyć się „włoską metaforyką”, Korzeniowski był dla Hertza marmurem kararyjskim, który wyeksportowaliśmy za granicę: „Na tej transakcji, jak zwykle zresztą, nie my, lecz Anglicy zrobili dobry interes”. Bo Conrad wyjeżdżając z nieistniejącego kraju, stał się wkrótce obywatelem świata, kojarzonym jednak z Wielką Brytanią i językiem angielskim. Przybyszewski również wyjechał, wrócił w chwale, w zanadrzu mając jednak tak mało, że z czasem przestał istnieć. Dzisiaj w Rzymie w każdej księgarni kupimy książki tego pierwszego, drugi zaś jest średnio dostępny nawet w warszawskich antykwariatach. Pozbyliśmy się całości i wartości, dostaliśmy nic nie znaczącą błyskotkę. Istotne? Istotne. Prawdziwe? Prawdziwe. Aktualne do dzisiaj. W każdym calu.

Paweł Hertz: Pamięć i ład
Wybrał i posłowiem opatrzył Marek Zagańczyk.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2019, s. 280.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.