07-08/2020

Józef Hen

Bez strachu

Skoro potrafiłem krytycznie się odezwać o Platonie, Arystotelesie, a z bliskich nam w czasie polemizować z Gombrowiczem (za co mi się od niektórych jego czcicieli oberwało!), to może pora na Miłosza. Nie, żeby go pomniejszać – jestem jego wielbicielem, jego Ocalenia i wspaniałych esejów znad „zatoki San Francisco”, które w październiku 1969 przyniósł mi w Paryżu do hotelu wydawca Giedroyc.

Chcę tylko podzielić się myślą, że Czesław Miłosz, pisząc w 1972 roku o Henryku Sienkiewiczu, pomylił się w swojej ocenie. Nie wiem, czy Adam Michnik, polecając w „Wyborczej” ten szkic, podzielał jego opinię – nie musiał: Miłosz nawet mylący się jest zawsze godny polecenia – ale myślę, że tak, jego spojrzenie na Sienkiewicza musi być pokrewne Miłoszowemu.

„Czytanie to jest trudna sztuka” – stwierdził po śmierci Tuwima (grudzień 1953 roku) Adolf Rudnicki, który przed wojną lekceważył poetę z wysokości swojego młodego „nad”, a po jego śmierci, nakłaniany przez Mieczysława Jastruna, ponownie go przeczytał i złożył mu hołd w Spóźnionej gałązce bzu.

Nie jest łatwo przenikliwie czytać, zanurzać się pod warstwy zajmującej opowieści, chwytliwej narracji, kiedy żywi się uprzedzenia. Wydaje się, że dla Miłosza popularność Sienkiewicza czyniła go kimś w rodzaju „skamandryty” – nie mógł być „pisarzem wielkiej miary”, skoro świetnie go się czytało (tak jak poezje Tuwima) – i miał pieniądze. (To już Montaigne, reagując na pewne lekceważenia, zanotował: „Wszelka łatwość jest im podejrzana”.) Prozaikami z powodzeniem czytelniczym – po Danielu Defoe i Henryku Fieldingu (przypomnę postaci, którym pisarze ci dali nieśmiertelność: Robinson Crusoe i Tom Jones), twórcami, którzy światową bibliotekę zdobyli, byli też Aleksander Dumas ojciec i Wiktor Hugo. Zapewne Miłosz lekceważył Trzech muszkieterówHrabiego Monte Christo – ta druga powieść, o krzywdzie i zemście – jest wielką metaforą, ale odczuwa się to wtedy, kiedy czyta się z uwagą. Trudno wyobrazić sobie prozę XIX-wieczną bez Jeana Valjeana z Nędzników (Les miserables). Zazdrosny o jego powodzenie geniusz w Jasnej Polanie wyraził się: „Hugo – to krzykacz” – i obecni przy tym wielbiciele Tołstoja, wyznawcy właściwie, skrzętnie to zanotowali. Nie chciał tylko hrabia Tołstoj, artysta słowa, uznać, że jeśli Hugo krzyczy – to za nas!

I jeszcze coś, na co chciałbym zwrócić uwagę: że jeśli Tołstoj raczy wyrażać się o kimś krytycznie, świadczy to o światowej pozycji krytykowanego: Gleba-Uspienskiego chwalił, a krytykował … Szekspira i Goethego – bo to na tej wysokości odczuwał rywalizację.

Żeby oddać, co należne Sienkiewiczowi, zacytuję… Czesława Miłosza. Mowa o początkach młodego autora. O jego pobycie w Ameryce. „Pan z dobrego towarzystwa był dziennikarzem. I to sprawnym dziennikarzem. […] Przez swoją bystrość obserwacji, umiar w sądach, wrażliwość na tragiczne aspekty amerykańskiego pochodu na zachód, Listy z podróży do Ameryki są jednym z ciekawszych świadectw o XIX-wiecznej Ameryce zostawionych przez Europejczyków. Jeśli dzisiejszy mieszkaniec Kalifornii, stanu, który najbardziej Sienkiewicza pociągał (dzielił w nim przez pewien czas falanster, taką towarzyską „komunę”, z Modrzejewską – w której był zakochany – i Chłapowskim, jej mężem – JH), nie odnajduje w tych korespondencjach Kalifornii lat 70. takiej, jaką staramy sobie przedstawić, słuszność jest zwykle po stronie reportera”.

Zdarzyło mi się pisać o Listach z podróży do Ameryki w latach czterdziestych dla tygodnika „Żołnierz Polski” (Sienkiewicz, Fast i Indianie). Autor Szkiców węglemBartka zwycięzcy był w Ameryce po stronie broniących swojej ziemi Indian. Rozumiał, dlaczego Czejenowie wyszli z przeznaczonego dla nich rezerwatu i odbyli dramatyczny przemarsz do Wyoming. Fast też podjął ten temat, ale w kilkadziesiąt lat później. (Reżyser John Ford dostrzegł wielki temat w dramatycznej walce plemienia, nakręcił w 1964 roku film Jesień Czejenów, w którym Karl Malden, jako Biały można rzec „gauleiter”, przypomina Hitlera. Jest w tym filmie także wątek polski – myślę, że nie przypadkowo: sierżant oddziału wojskowego, który ma zapobiec powrotowi Czejenów do ich ziemi, w dramatycznej rozmowie z dowódcą – którego gra Richard Widmark, także niechętny całej akcji – porównuje swój udział w zabijaniu Indian do bezkarnego zabijania Polaków przez oddziały kozackie).

Bolesław Prus, powiadamia nas Miłosz, „śmiał się z Podbipięty, chodzącej gilotyny odmawiającej pacierze”. To dziwne, że Prus (podobnie jak rozwścieczona z powodu sienkiewiczowskiego Nobla Orzeszkowa) nie zauważył, jako pisarz przecież wybitny i doświadczony, że Sienkiewicz nie wciela się w Podbipiętę, opisuje prostoduszność, ciemniactwo, naiwność olbrzyma, opis nie jest aprobatą jego pragnień – to ten olbrzym wierzy, że Matka Boska chce trzech uciętych tatarskich głów – nie obserwujący go autor. „Czytanie jest trudną sztuką”, powtórzę.

Kiedy przypisuje się autorowi Trylogii wsteczność, klasowość, stronniczość, pomija się epizod, gdy Chmielnicki wylicza Skrzetuskiemu krzywdy ukraińskie (kozackie), na które uczciwy rycerz nie umie odpowiedzieć; nie przywiązuje się wagi do tego, że Kmicic i jego kompanioni chłoszczą miasteczkowych „łyków”, że Kmicic, oszukany przez księcia Radziwiłła, podsłuchuje, co pewien Czech mówi o grzechach polskich, z których dotychczas pan Andrzej, jako prostak, nie zdawał sobie sprawy; że kiedy poznajemy Zagłobę, jest to opój i pieczeniarz, któremu wszystko jedno, kto go poi; że pycha rozsadza panów – „Sobiepana” Zamoyskiego i nade wszystko Lubomirskiego; że Bogusław Radziwiłł ujawnia cynizm w planach osobistych, ale i wobec sytuacji Rzeczypospolitej (czego nie odgadywała, bo poczuła do niego słabość, cnotliwa Oleńka); że Kmicic jako Babinicz musiał przejść pełną metamorfozę po to, by Oleńka mogła powiedzieć: „Jędruś, nie godnam ja twych ran całować…”.

Sienkiewicz wszystko o ówczesnej Polsce wiedział. I wszystko pokazał, chociaż pisał „ku pokrzepieniu serc”. Okrucieństwo i krwiożerczość Jeremiego Wiśniowieckiego, jego pogarda dla „czerni” i mściwość – nie ukrywał tego. Wbijanie na pal Azji Melechowicza – tylko brak dobrej woli może imputować, że autor w takich okrucieństwach się lubował. Czy także opisując przejmująco losy porwanych w jasyr szlachcianek, sprzedawanych na targach niewolnic, gdzieś w Smyrnie, bez nadziei na wyzwolenie – dobrze, jeżeli właściciel, korzystający z ich trudu, z ich ciał, nie bije, nie wyżywa się w okrucieństwie?…

Jak można nie dostrzec humanizmu piszącego – objawiającego się pod spodem tych przygodowych fabuł, przejęcia się prozaika bólem i przemilczaną przez pamiętnikarzy – i historyków, tak, historyków także – tragedią?

(W niedzielę, 19 kwietnia, wieczorem – Pianista Romana Polańskiego. Pokazał zadowolonych z siebie bydlaków znęcających się nad bezbronnymi ludźmi, pokazał drwiących zbrodniarzy, ludzi pędzonych do wagonu, to dno, do którego obłąkany „Führer” doprowadził ludzkość, oglądałem to, przez co sam nie przeszedłem – myśląc: Boże, jak mi się to udało? – jak wyczułem, szesnastolatek po gimnazjum, że nie wolno mi tu zostać? – wystarczyło to, co się zdarzało przy mnie na ulicy – że wszystko może taki bydlak ze mną zrobić – już wtedy! – i postanowiłem: nie, nigdy!

Oglądałem więc ten film i pomyślałem: czym ja się u diabła teraz zajmuję?! Że Miłosz to, a Sienkiewicz tamto, że Prus nie zrozumiał, a Orzeszkowa… mniejsza! Czy to w ogóle ma jakieś znaczenie? Pamiątka z innych czasów. I wszystko to zarazem na tle tragedii, która nas teraz dościgła – świat zagrożony czyhającym na nas wirusem… A ty zrzędzisz, że Miłosz się pomylił, że Sienkiewicza nie docenił – po co komu te błahostki – teraz, kiedy codziennie dowiadujemy się, ilu przybyło zakażonych, ile zgonów, ile osób uwięzionych w kwarantannach).

(A może ja jednak nie mam racji? Może nie wszystko i nie wszystkich widzę? Bo przypomniała mi się Ida Fink – dziewczyna ze Zbaraża, autorka arcydzieła Skrawek czasu – i jej opowiadanie pod tytułem, jeśli się nie mylę, Jan Krzysztof. Dziewczyna pracująca w grupie przeznaczonej na śmierć zwraca się z prośbą do kapo, żeby nie pędziła jej jeszcze do gazu, czyta właśnie powieść Romain Rollanda Jan Krzysztof i prosi, żeby pozwoliła jej doczytać do końca, chce wiedzieć, co dalej z Janem Krzysztofem.

To Romain Rolland, który podczas pierwszej wojny światowej osiadł w proteście przeciw europejskiej rzezi w Szwajcarii, napisał rozkoszną powieść Colas Breugnon, w której broni prawa do radości, do wina i dobrego jadła).

No to dalej, do roboty! Do Miłosza i do tego, jak potraktował Sienkiewicza – bo może właśnie teraz, w tym zagrożeniu, kiedy cały ten konflikt jest bez znaczenia, stał się błahostką, pamiątką z legendarnej przeszłości – ktoś zechce uciec od koszmaru właśnie do książki, schronić się w opowieści pisarza.

Pominę Quo Vadis?. Wiadomo, polski pisarz dostał Nobla, jedni byli zachwyceni, inni, nie bez łuta zazdrości, Rzym sienkiewiczowski wydrwiwali, ja jako dwunastolatek miałem ochotę zginąć za wiarę (chociaż nie byłem zdecydowany, za jaką), po latach napisałem o narracji tej powieści, że to „prostota, owszem, ale na koturnach”. Może jednak warto przypomnieć, że jest postać, z którą Sienkiewicz się identyfikował: to Petroniusz. Tak, Petroniusz był mu bliski. Skazany na liczenie się z próżnością, grafomanią, obłędem kabotyńskim Nerona („Qualis artifex pereo!” – zachwycał się sobą zabijany), Petroniusz umiał zachować, także według Tacyta, klasę i godność.

Nie daruję jednak Miłoszowi lekceważenia Bez dogmatu. Że to zainspirowane Bourgetem, który przez pewien czas był ceniony, budził nawet zachwyty i Sienkiewicz rzekomo mu uległ. Nie, panie Czesławie, powiedziałbym mu – Płoszowski, notujący swoje myśli w Bez dogmatu, nie wziął się z żadnego Bourgeta!… Płoszowski to zmagający się z rzeczywistością Sienkiewicz. W moim Dzienniku na nowy wiek są zapiski na ten temat. Minęło kilkanaście lat, sporo czytelników odeszło, pojawili się (mam nadzieję) nowi, ja też jestem pewno inny – zajrzę do mojej ówczesnej pisaniny, zacytuję.

„Podczytuję, kiedy oczy mi pozwalają, Bez dogmatu. Nie wiem dlaczego, chyba przez prostą ciekawość, bo nie ze względu na Boya, który tak wspominał swoje studenckie czasy: «Uwielbiałem wtedy Sienkiewicza, uwielbiałem go, Boże odpuść, za Bez dogmatu.» «Odpuść» czy «nie odpuść», ale jeśli inteligentny, wrażliwy młodzieniec, «o fenomenalnym wyczuciu formy» (jak oceniał chłopca jego znakomity kuzyn Tetmajer) uwielbia, to coś w tej powieści, na owe czasy, musiało być. No i Tołstoj raczył przyjąć ją łaskawie – też nie w kij dmuchał.

No to najpierw coś z Tołstoja. Z dziennika w r. 1890: «Czytałem Sienkiewicza. Bardzo świetny». Dwa dni później: «Czytałem z dziewczynkami Sienkiewicza – niekiepskie». W trzy miesiące później: «Wczoraj czytałem Bez dogmatu. Bardzo subtelnie opisana miłość do kobiety – czule, o wiele subtelniej niż u Francuzów, u których zmysłowo, niż u Anglików, u których obłudnie, i niż u Niemców – dęto». Z listu do żony: «…czytałem Połanieckich z dużą przyjemnością. Wspaniały pisarz, szlachetny, mądry i opisujący życie, co prawda tylko klas wykształconych, ale w całej szerokości, a nie tylko nihilistów, felczerek, studentów, jak nasi…»”.

Nie miałem Bez dogmatu w ręku chyba z pięćdziesiąt lat. Wydaje mi się ciekawsza – językowo i myślowo – niż sądziłem. Pobudza do refleksji, bynajmniej nie prowincjonalnych, ale europejskich. (Mimo że o żadnym Bourgecie nie słyszałem).

„W Płoszowskim szukam – Sienkiewicza. Bo pisarz Sienkiewicz, który często, jak wielu twórców, nie śmie mówić o sobie, otwierać się, boi się ekshibicjonizmu – opowiada o sobie poprzez postaci, czasem nie do końca świadomie, ale częściej świadomie. […] Na przykład nieoczekiwana pochwała «cywilizującej» roli Paryża. To Sienkiewicz (jak Petroniusz) nie znosił złego zachowania i złych zapachów. Jest i pochwała własnej tolerancji (narratora) dla myśli, których nie podziela. Żeby jednak nie utożsamiać się z bohaterem całkowicie, przypisuje mu pogląd (który w oczywisty sposób nie dotyczy samego Sienkiewicza), że taka tolerancja być może «prowadzi do obojętności na wszystkie (zasady) i odbiera energię w działaniu»”.

Cytuję dalej swoje notatki. „Trzeźwy Realista zderza się w Sienkiewiczu z Mitotwórcą. Płoszowski rozmyśla jak sceptyk, a kocha się jak romantyk, czytelnik Słowackiego i Krasińskiego. Idealizuje Anielkę, która staje się «aniołem». Pożąda jej zmysłowo, ale nie wyobraża sobie jej ciała, fizjologii (kobiecej) – jakby natura jej nie dotyczyła. (Natura się zemści, nie lubi lekceważenia, zemści się właśnie na Anielce). A przecież Sienkiewicz znał to dobrze, znał tajemnice kobiecego ciała, dzielnie pielęgnował chorą, umierającą żonę. […] «Nie lubię Polek» – czy to pisze Płoszowski, czy sam Sienkiewicz? – Dziwne, fantastyczne kobiety o płonących głowach i rybim temperamencie. […] Kochają się one w formach uczucia, mniej dbając o treść wewnętrzną. […] Ktoś powiedział, że jeśli mężczyzna się myli, to mówi, że dwa razy dwa jest pięć – i błąd może być sprostowany, kobieta zaś, myląc się, twierdzi, że dwa razy dwa jest lampa, i wtedy choć głową o mur bij”.

„«Co ty robisz ze swoją sławą?» – pyta narrator swojego przyjaciela i nie ma wątpliwości, że ten temat to dzień powszedni samego Sienkiewicza. […] Odpowiedź przyjaciela to już na pewno Sienkiewicz. «Szacunek? Mylisz się, kochany. […] U nas panuje czysto republikańska zazdrość. Ja piszę komedie, pracuję dla teatru. […] Otóż tych komedii będzie mi zazdrościł – myślisz, że tylko drugi komediopisarz? – nieprawda! Będzie mi ich zazdrościł inżynier, urzędnik bankowy, pedagog, lekarz, ajent kolejowy…” Tak więc Sienkiewicz pierwszy, jeszcze przed Wańkowiczem, zwrócił uwagę na „bezinteresowną zawiść” przysłowiowego szewca z Kutna.

Wyrafinowany Płoszowski nie śpieszy się, by się oświadczyć. „Nie chcę – notuje – by mi cośkolwiek przepadło z tych wzruszeń, z tych drgnięć, z tych wrażeń, z tego uroku, jaki mają nie domówione słowa, pytające spojrzenia, oczekiwanie. Chcę swój romans wysnuć do końca”. (To by mógł napisać Proust).

Anielka – opowiadam czytelnikowi – wyszła za mąż za człowieka interesu. I kto się teraz złości – Płoszowski czy jednak nie Sienkiewicz? […] Widzi ich w wyobraźni razem. Mąż zbliża się do niej w kapciach. „Od tej chwili przestałaś być patetyczna, jesteś tylko śmieszna i płaska…” Stać go na taką refleksję: „Mam […] wrodzone każdemu siły życiowe, które, nie mając gdzie się podziać, skupiły się na uczuciu dla tej kobiety”. Istotne pytanie, na które, jak u Stendhala, nie ma odpowiedzi: „Dlaczego ta a nie inna kobieta stała się dla mnie deską ocalenia – nie wiem. Prawdopodobnie dlatego, że ta a nie inna. To nie zależało ode mnie”. I taka męska, nie oszczędzająca siebie refleksja: „Gdyby ona dziś stała się wolną – pochwyciłbym ją dla siebie bez wahania – ale gdyby wcale nie wyszła za mąż… kto wie… wstyd mi powiedzieć tę myśl, jednak być może mniej bym jej pożądał”.

Dlaczego odkąd wyszła za mąż, bardziej jej pożąda? Płoszowski nie daje odpowiedzi – każe się domyślać: pożądasz jej, bo w twojej wyobraźni ta dziewczyna (za sprawą innego mężczyzny) nareszcie jest kobietą, kobietą w łóżku, gorącym ciałem.

Płoszowski o zmagającym się ze swoimi myślami… autorze Trylogii. „O arystokracji myślę, że jeśli istotnie rację jej bytu stanowią historyczne zasługi przodków, to większość tych zasług jest u nas takiego rodzaju, że spadkobiercy ich powinni włożyć włosiennicę i posypać sobie głowy popiołem”.

Już kiedyś pisałem o tym, że u Sienkiewicza nie ma krzty antysemityzmu. (Podobnie zresztą jak u Miłosza). Nie miał tego feblika, który nie obcy był Prusowi (mimo przyjaźni z inteligentnymi Żydami, np. z ojcem Słonimskiego), nie mówiąc już o zawstydzającej słabości Żeromskiego. Kiedy w 1882 roku w Warszawie były zajścia antysemickie, Sienkiewicz potępił je w mocnym artykule.

Chyba przytaczałem gdzieś epizod z Ogniem i mieczem, kiedy w Babicach pod Warszawą, w których umówione było spotkanie Bohuna z Wołodyjowskim, Zagłoba odzywa się do karczmarza: „Parchu, a gdzie pan?” Prawie każdy prozaik ówczesny (z wyjątkiem pań: Orzeszkowej i Konopnickiej), z Prusem włącznie, skorzystałby z okazji, by pośmiać się z koślawej polszczyzny żydka… Ale nie Sienkiewicz! Karczmarz – i to jest przez autora zamierzone – odpowiada Zagłobie czystą polszczyzną. (Co prawda, są dziś świadectwa, że dla pewnego typu literatów Żyd, szczególnie ten wypowiadający się czystą polszczyzną, jest nadal, a może tym bardziej, „parchem”).

Kiedy w marcu 1968 roku mówiło się w PEN Clubie, podczas burzliwego posiedzenia, o antysemickiej, właściwie rasistowskiej publicystyce PAX-owskiego „Słowa Powszechnego”, jednoznacznie potępiła ją urocza, płowowłosa (niby bohaterka Potopu) wnuczka Henryka Sienkiewicza, Maria Korniłłowicz. Zakończyła bardzo po prostu: „Mój dziadek powiedziałby to samo”. Nie miała wątpliwości, że dziadek był to pisarz „wielkiej miary”. Chyba nigdy nie udało jej się porozmawiać o tym z Miłoszem.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.