03/2020

Agnieszka Lorek-Marinczenko

Bildkommunikation 50 IM

Z jednej strony jest zielona, z drugiej róż przechodzi w czerwień. Od całości bije jasność soczystych barw jak od dojrzałych letnich owoców. Powierzchnia gładka, z jedną zaznaczoną nierównością, naniesionym złotym chipem – sercem Bildkommunikation. Który to awers, a który rewers, trudno mi sobie przypomnieć. Chyba jednak z awersu spogląda na mnie zielone oko, tył zaś wypełniają nieme usta. Obraz plus dźwięk składają się tutaj na komunikację. Oszczędność słów, hojność kolorystyki.


– Pięćdziesiąt impulsów. U człowieka, którego serce uderza pięćdziesiąt razy na minutę, nazywane jest to bradykardią. Do normalnego funkcjonowania potrzeba mu ich minimum sześćdziesięciu. Jednak dla Bildkommunikation pięćdziesiątka to całkiem sporo, jakieś dwadzieścia pięć minut rozmowy. – Uśmiecha się do mnie, a jego zielone pozbawione brwi oczy dosłownie mienią się wszystkimi odcieniami zieleni.

Przyjmuje wygodniejszą pozycję i ciągnie swą opowieść.

– Niemiecka. Oczywiście wykorzystana. Wujek mi czasem przywozi karty telefoniczne. Wkładasz taką w aparat w budce telefonicznej na ulicy i dzwonisz, dokąd zechcesz. Zobaczysz, kiedyś do ciebie zadzwonię z takiej ulicznej budki, nie ze szpitalnej – składa obietnicę, której nie może dotrzymać.

– Tylko mnie trudno zastać w domu – mówię, śmiejąc się.

– Tak długo będę przepuszczał ludzi w kolejce do dzwonienia, aż wreszcie cię zastanę – postanawia. – Zbieram je już długo. Mam całą kolekcję! Chcesz zobaczyć?

Nie muszę nawet odpowiadać, bo natychmiast sięga do podręcznej szufladki. Pokazuje, daje potrzymać, odpowiada na moje śmieszne pytania.

– Ależ wy, dziewczyny – krztusi się od serdecznego śmiechu – nie znacie się na technice.

– Nic a nic! – Biję się w pierś, on ma coraz większy ubaw. Obiecuję, że jeśli znajdę jakieś ciekawe, przyniosę mu.

On kiwa pozbawioną czupryny głową na znak zgody. Gdy pomagam schować rozrzucone po całej pościeli świadectwa komunikacji międzyludzkiej, zatrzymuje dłoń na jednym z nich. Obraca, zastanawia się, marszczy czoło. Udaję, że nie widzę. Całkiem dobrze zdążyłam (to odpowiednie słowo) go poznać – to zapewne doniosła myśl. Spogląda na mnie uważnie, gładząc opuszkiem palca serce Bildkommunikation 50 IM.

– A to dla ciebie. – Podaje mi ją niby ot tak, bez emocji.

Wiem, że to jedna z tych, które podobają się mu najbardziej. Próbuję się wzbraniać, wykręcać, ale jest nieustępliwy, tak bardzo nieustępliwy, jak już wkrótce okaże się, tocząc samotnie ostatnią i największą ze swych wojen. Czy wtedy, gdy wreszcie wręczył mi te wykorzystane pięćdziesiąt niemieckich impulsów, wiedział, jak jest silny? Chowam kartę ostrożnie, tak by nie miał wątpliwości, że i dla mnie jest ona bardzo ważna. Dlaczego mi ją podarował? Zaprzyjaźniliśmy się, nadajemy na podobnych falach, choć tyle nas dzieli. Ja jestem zdrowa, on chory, ja przychodzę na oddział wolontariacko, on mieszka tutaj z konieczności. Lubimy się wydurniać, gdy on czuje się lepiej, lub po prostu milczymy, gdy jest słaby (to milczenie nigdy mi nie ciążyło). Jednak gest pokłutej igłami czternastoletniej dłoni wędrującej w moją stronę z kartą, której soczystość barw zachęca do gry w zielone, zawiera znacznie ważniejszy komunikat – oto gwarancja złożonej wcześniej obietnicy: Zobaczysz, kiedyś do ciebie zadzwonię z takiej budki.


Dlatego wie, że się waham, niczym z otwartej księgi czyta me myśli.


Tamtego dnia do śmierci wieku XX pozostało siedemnaście miesięcy i osiemnaście dni. On na zawsze opuścił świat po niespełna dwudziestu dziewięciu zachodach słońca. Od tego momentu kontaktujemy się wyłącznie za pomocą nieaktywnej Bildkommunikation 50 IM.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.