10/2019

Artur Daniel Liskowacki

Bratny. Zdrada Kolumba

Gdy zaczynam pisać te słowa, od śmierci Romana Bratnego mija właśnie rok. Czy to już dostatecznie dużo, żeby można było wobec tego czasu – wyzłośliwiając się – użyć gry znaczeń, pisząc o Roku w trumnie? Jakąkolwiek miarą mierzyć by tę złośliwość, jest ona dla pamięci autora Kolumbów. Rocznik 20 mniej chyba dotkliwa niż milczenie o nim przez ów rok, a potem kolejne miesiące. Konsekwentne, a może tylko obojętne. I choć z wielu względów zrozumiałe, to zrazem nieracjonalne.

Nie mam pewności, czy absolutne. Dzisiejsza krytyka, myśl literacka rozproszona jest po niszowych, mniej czy bardziej regionalnych, niskonakładowych periodykach. Ale wygląda na to, że o Bratnym nie pisano w tym czasie. Ani dobrze, ani źle. Jedynie zaraz po śmierci – 5 listopada 2017 roku – pojawiło się w mediach trochę urywkowych „portretów cienia” (że posłużę się tu określeniem z Kolumbów – tak tytułowane były nekrologii kolejnych redaktorów naczelnych „Prawdy i Narodu”, czyli powieściowej wersji „Sztuki i Narodu”) oraz banalnych not, w których pojawiały się zwykle te same frazesy – o „kultowych” Kolumbach i zaprzedaniu się ich autora Partii – ściągane z Wikipedii i wcześniejszych opracowań.

A był Roman Bratny jednym z czołowych pisarzy powojennej Polski – nie tylko PRL. Jeśli ważyć to nie tyle rangą artystyczną pisarstwa, ile jego znaczeniem społecznym i politycznym. A był też jednym z autorów najpoczytniejszych – co wynikało nie tylko z nakładów; i jednym z najpłodniejszych – co słabo sobie uświadamiany, a wydał – bagatela! – ponad osiemdziesiąt tomów wierszy, opowiadań, dramatów, felietonów i powieści.

Tak płodnego pisarza po wojnie nie mieliśmy. I można się tylko uśmiechnąć, że akurat słowo „płodny” – więc jurny, męski – byłoby dlań pewnie pożądanym komplementem. Wiadomo, mit mocnego samca – który śmiały seks wpisywał w swą prozę nawet po siedemdziesiątce – towarzyszył jego obecności w polskiej kulturze tak samo nieustannie, jak formułka „autor Kolumbów”.

Toteż choć mówiono o nim, nie bez ironii, podszytej skądinąd zazdrością, że był „polskim Hemingwayem” (seks plus życiowa i literacka namiętności do polowań), to sensowniejsze byłoby określenie „współczesny Kraszewski”. Choć konieczny byłby wtedy dopisek, że Kraszewski à rebours. Bo w przeciwieństwie do tamtego opisywał nie chwałę i blask Polski, ale jej bagno i mrok.

„Wielkim Poetą” nie był, nawet według Pimków PRL. Co nie zmienia faktu, że był autorem Kolumbów. Dając nam tym tytułem – już chyba na zawsze – tytuł do patriotycznej identyfikacji z bohaterskim i tragicznym pokoleniem jego rówieśników i przyjaciół. Kolumbowie – niemal od razu po ukazaniu się powieści (1958) – stali się synonimem tej „rzuconej na szaniec” młodzieży.

Jest więc ironią losu (polskiego losu?, w jego książkach słowo „los”, „losy”, pojawia się w tym znaczeniu często), że owych Kolumbów – przez lata – udało się niejako oddzielić od Bratnego. Umierał w samotności – z własnego wyboru. Ale też zapomniany, przemilczany – niekoniecznie z własnego.

W efekcie wciąż jeszcze nie pożegnaliśmy się z Bratnym. Choć od dawnych z nim wojen mijają już trzy dekady, a ostatnia jego książka ukazała się prawie ćwierć wieku temu.

Paradoksalnie, to właśnie jego wysoka pozycja – miejsce na literackim panteonie, a przynajmniej w centrum rzeczywistości – sprawiła, że kolejne po Kolumbach książki przyjmowano z coraz większą rezerwą. Zaprzeczały legendzie. Kolumbów i jego samego, pisarza i powstańca. Od Bratnego oczekiwano więcej. A już na pewno nie tego, że stanie po stronie tych, którzy Kolumbów skazywali na więzienie i niepamięć.

A tak przyjęto jego postawę. Zadecydowała nie sama przynależność do PZPR (co było udziałem wielu pisarzy jego pokolenia, w tym i późniejszych przeciwników władzy) czy nawet kontestowanie środowiska opozycji (już w roku 1977 opublikował w „Kulturze” programowy pod tym względem tekst My teraz), ale późniejsza – choć przede wszystkim literacka – deklaracja niechęci wobec „Solidarności” jako spadkobierczyni polskich konspiracji i romantycznych zrywów. Krzysztof Masłoń pisał w „Rzeczpospolitej” po śmierci Bratnego, że miano mu za złe „nie tyle wychwalanie ówczesnej władzy [bo tego w zasadzie nie robił – ADL], ile tępienie jej przeciwników”.

Jednakże to, co na gorąco raziło i budziło opór – już nie artystyczny, ale etyczny – wobec takich książek, jak Dzieci świętej (1980), a szczególnie Rok w trumnie (1983) – powieści, o której mówiono, że jest ubeckim paszkwilem i bezczelną propagandą (fakt, ukazała się w nakładzie stu tysięcy! i to w dobie „braku papieru”) – z dystansu warte byłoby analizy, a przynajmniej refleksji.

Dotyczącej nie tyle wartości literackich (czy raczej ich braku) Roku w trumnie i kilku innych pozycji, wydanych w latach osiemdziesiątych (karykaturą polskich przemian był choćby Nagi Maj z 1988 roku), a i w III RP (w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych wydawał po kilka książek w roku), ile Romana Bratnego jako reprezentanta lewicującej inteligencji o przedwojennych rodowodach. Pisarza, który był w swoich niechęciach i wyborach tak stały, że zaprowadziły go już nie na przeciwną stronę barykady, ale do swoistego podziemia kulturalnego.

Widoczne to było na długo przed jego śmiercią, a dziś w swej zgrzebnej codzienności przybiera formę zgoła symboliczną. Staje się bowiem jako pisarz niewidoczny – w bibliotekach brak wielu jego książek (doświadczyłem tego choćby w Szczecinie), a dostępne egzemplarze innych, wydane tandetnie, pożółkłe i zniszczone, wyglądają jak samizdaty, które kiedyś budziły jego irytację.

Podziemie to szczególne również dlatego, że – póki żył – wypełniał je właściwie sam, całą swą wcześniejszą wielkością. Był wszak upadłym symbolem. Podwójnie upadłym. Jako pupil PRL i jako brat (Bratny! okupacyjny pseudonim pobrzmiewa tu dodatkowymi treściami), a zarazem literacki ojciec Kolumbów. Którzy notabene pojawiają się raz po raz w nowym, szykownym wydaniu.

Tymczasem to właśnie on – piewca barykad – zostawił w Roku w trumnie najzjadliwszą karykaturę polskiej barykady; w końcowych scenach książki – na barykadzie – przeciw ZOMO – stają ludzie śmieszni i żałośni, a jedyną ofiarą jest tu rozhisteryzowany „zagończyk” trafiony przypadkiem ułomkiem chodnika, który pretensjonalna, „ubrana na czarno” staruszka na ową barykadę niosła.

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.