01/2020

Magdalena Boczkowska

Być, zapłonąć, nie zniknąć

Parnasie bis. Słowniku literatury polskiej urodzonej po roku 1960 (oprac. Paweł Dunin-Wąsowicz i Krzysztof Varga, wyd. 3, Warszawa 2006) w haśle poświęconym Izabeli Morskiej, niegdyś Izabeli Filipiak, pojawia się określenie „czołowa polska pisarka feministyczna”. I rzeczywiście przez wiele lat taka etykietka funkcjonowała w odniesieniu do autorki Absolutnej amnezji (1995). Zatem feministka, „pisarka menstruacyjna” (cokolwiek miałoby to oznaczać), skandalistka po dokonaniu medialnego coming outu w programie Małgorzaty Domagalik Tabu, emigrantka. W dużym stopniu jej proza miała także mocny wydźwięk autobiograficzny. Przypomnijmy.

W tomach opowiadań Śmierć i spirala (1992) oraz Niebieska menażeria (1997) (wydanych w 2006 roku pod wspólnym tytułem Magiczne oko. Opowiadania zebrane) autorka skupia się na problemie bezdomności, uprzedmiotowienia, swoistego zawieszenia, funkcjonowania pomiędzy, które jest na stałe wpisane w los emigrantów. Przedstawia życie polskiej emigrantki – sama Filipiak (przy omówieniu wcześniejszej twórczości będę stosowała to nazwisko) w 1986 roku wyjechała do Francji, do Alliance Française, a rok później poprosiła o przyznanie azylu politycznego w Stanach Zjednoczonych, następnie przez prawie dziesięć lat mieszkała w Nowym Jorku. Oczami młodej Polki poznajemy różne zakątki „wielkiego jabłka”, a nostalgia staje się bardziej tęsknotą za konkretnymi ludźmi, miejscami i zdarzeniami niż tęsknotą za Polską jako idealizowaną ojczyzną. Przeciwnie, Polsce do ideału bardzo daleko. Katarzyna, bohaterka opowiadania Ska, „tak bardzo nie chce jechać do Polski, że na samą myśl drętwieją jej ręce i brzuch, a pod czaszką kołacze sygnał karetki pogotowia […] od pięciu lat nie pojechała do Europy, dlatego żeby nie znaleźć się za blisko Polski. Tylko ocean może ją przed tym ochronić” (Magiczne oko). W końcu w drugiej części zbioru bohaterka wraca do kraju. Tyle że powroty bywają jeszcze gorsze, powroty skądś/gdzieś zawsze odbywają się etapami, nie można wrócić raz i na stałe. Na nowo trzeba przyzwyczajać się do miejsc, do ludzi i ich sposobu postrzegania świata. W świecie z opowiadań wszyscy noszą maski, za którymi ciągle się ukrywają, nakładając jedną na drugą, zmieniając je w zależności od potrzeb. Ukazanie swojej „prawdziwej twarzy” nigdy nie jest ostateczne. Jeśli bohaterki nie chcą założyć żadnej maski, skazane są przez społeczeństwo na wykluczenie, otrzymują stygmat, zanikają, nie istnieją.

O swoistym zanikaniu jest także chyba najbardziej znana powieść – Absolutna amnezja – z 1995 roku, w której, jak twierdziła niegdyś Mistrzyni z powieści, czyli prof. Maria Janion, „pojawiają się dwa wątki, którym kultura europejska i polska przypisuje szczególne znaczenie: szaleństwo kobiety i ofiara kobiety” (Maria Janion, Ifigenia w Polsce [w:] tejże, Kobiety i duch inności, Warszawa 1996). To także powieść inicjacyjna: główna bohaterka, Marianna, dojrzewa, próbuje wyjść z narzuconej przez społeczeństwo (rodziców: Sekretarza i Niepokalaną, szkołę, Policję Menstruacyjną) formy. Walczy, schodzi do podziemia, buntuje się albo poddaje zniewoleniu, opresyjnej inicjacji, tytułowej amnezji. Dopiero nowsze spojrzenia na Absolutną amnezję ujmują także wątki lesbijskie tej prozy. Ewa Chudoba na przykład omawia wprawdzie opresyjność systemu wobec kobiety, „ifigeniczność” Marianny (system dokonywania absolutnej amnezji), ale rozpatruje je w kontekście występującej w powieści lesbijskości (E. Chudoba, Rozkosz nie istnieje bez niebezpieczeństwa. Izabela Filipiak [w:] tejże, Literatura i homoseksualność, Częstochowa 2013). Pisze:

Autorka reprezentuje bardziej literaturę queerową niż po prostu lesbijską – bawi się płciowym kostiumem, odmienia seksualne pożądanie, bliskość i intymność przez wiele przypadków. Nie jest jednoznaczna: nie określa jasno roli i kostiumów. Bliżej jej zdecydowanie do Jeanette Winterson niż do Radclyffe Hall.


Niemniej jednak Absolutna amnezja to już właściwie klasyka polskiej literatury współczesnej, w dyskursie krytycznoliterackim na trwałe zapisała się jako pierwsza polska powieść feministyczna.

Kolejna książka Filipiak, Twórcze pisanie dla młodych panien (1999), to pozycja szczególna. Pisarka prowadziła swego czasu zajęcia z creative writing w ramach gender studies w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, w tomie daje zatem rady dotyczące samego procesu pisania, ale – powołując się na takie twórczynie, jak między innymi Virginia Woolf, Zofia Nałkowska, Pola Gojawiczyńska, Margeurite Duras, Toni Morrison, Anaïs Nin, Margaret Atwood czy Jeanette Win­terson – dotyczące także twórczego życia w ogóle, kreatywności w postrzeganiu siebie i świata. Znajdziemy tu postulat tworzenia poza schematem, konieczność rozpoznawania własnego głosu i języka czy podkreślanie związku między ciałem a pisanym tekstem. I jak twierdziła Bernadetta Darska, autorka toczy „grę nie o umysły kobiet, lecz – zabrzmi to nieco patetycznie – o ich serca” (Bernadetta Darska, Archiwa różnych odmian inności. O twórczości Izabeli Filipiak [w:] Skład osobowy. Szkice o prozaikach współczesnych, red. Agnieszka Nęcka, Dariusz Nowacki, Jolanta Pasterska, Katowice 2014).

Następnie wydała Filipiak tomik poetycki Madame Intuita (2002) oraz powieść Alma (2003), będącą eksperymentem z formą i treścią. W poezji interesuje ją przede wszystkim zakładanie masek. Na czwartej stronie okładki Almy czytamy z kolei:

Poszukiwana złodziejka dzieci, których wątłych ciałek po uśmierceniu używała w sobie tylko znany sposób do sporządzenia tajemniczych wywarów, a które następnie sprzedawała lub rozdawała nawet, a wszystko, by działać na szkodę obywateli. Widziana ostatnio. Ktokolwiek by. Oczekuje nagroda.


Filipiak bawi się motywem zaginionego i odnalezionego rękopisu, budową szkatułkową, gra (a właściwie igra) z konwencjami kulturowymi. Ale pojawiają się tu także znane wcześniej symbole, próba zmetaforyzowania kobiecego doświadczenia. Bohaterowie podlegają ciągłym metamorfozom, kreowana przestrzeń kurczy się i rozszerza. To wszystko sprawia jednak, że właściwie nic w Almie nie jest do końca jasne.

Do motywów podobnych do Absolutnej amnezji powraca z kolei w wydanym trzy lata później zbiorze felietonów Kultura obrażonych (2003). Głównymi tematami pomieszczonych tu tekstów są zagadnienia powszechnie uznane za społeczne tabu, głównie dyskryminacja mniejszości seksualnych czy tak zwana obraza uczuć religijnych.

Dwie kolejne publikacje Filipiak poświęcone są natomiast postaci modernistycznej poetki Marii Komornickiej. Księgę Em (2005) i Obszary odmienności. Rzecz o Marii Komornickiej (2007) łączy jednak tylko bohaterka. Pierwsza to bowiem dramat, druga zaś monografia naukowa. Filipiak interesuje przede wszystkim moment przenikania – zanikania Komornickiej i przyjmowania przez nią męskiego wcielenia, stawania się Piotrem Odmieńcem Włastem. Pojawiają się tu także znane wcześniej motywy, takie jak wkładanie masek, odgrywanie ról, szaleństwo, pisarstwo. Mamy tu charakterystyczne dla pisarki zaangażowanie i ironię, pojawia się postać matki. Matka Marianny z Absolutnej amnezji i matka Marii mają zasadnicze znaczenie dla konstruowania ich postaci, podobnie jest w najnowszej prozie autorki.

Wszystkie wątki i motywy twórczości Filipiak/Morskiej przewijają się przez wszystkie jej publikacje bez względu na gatunek, nie inaczej jest i w najnowszej prozie – przez lata wypracowała sobie własny rozpoznawalny styl. Dlatego Darska konkludowała, że twórczość pisarki zatoczyła koło, „stawiane już w pierwszych książkach pytanie o możliwe uwolnienie się od destrukcyjnego wpływu, który dyscyplinuje niezależność społeczeństwa, znajduje odpowiedź w biografii Komornickiej” (Bernadetta Darska, Archiwa…).

Od poprzedniej publikacji Izabeli Morskiej minęło już dwanaście lat i oto pisarka powraca z czymś zupełnie nowym, monumentalnym autobiograficznym esejem o chorobie, który sama nazywa humanistyką medyczną. Znikanie, bo taki tytuł nosi ta proza, jest zarazem czymś zupełnie innym, z innej jednak strony łatwo rozpoznać charakterystyczny styl, zacięcie autorki, która o swoistym „znikaniu”, „zanikaniu” pisała właściwie od początku swej literackiej drogi.

Najbardziej znanym bodaj tekstem o chorobie jest esej Susan Sontag Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory (przeł. Jarosław Anders, Warszawa 1999), w którym autorka Notatek o kampie pisze:


Choroba jest nocną półkulą życia, naszym bardziej uciążliwym obywatelstwem. Od dnia narodzin każdy z nas posiada bowiem jakby dwa paszporty – przynależy zarówno do świata zdrowych, jak i do świata chorych. I choć wszyscy wolimy przyznawać się tylko do lepszego z tych światów, prędzej czy później, chociażby na krótko, musimy uznać również nasz związek z tym drugim.


Sontag pisała jednak także, że „nie chce opisywać, jak to naprawdę jest, gdy się migruje do świata chorych, i jak się w nim mieszka”. Morska przeciwnie, nie ucieka przed autobiograficznym tropem, co nie jest niczym niezwykłym, wspominałam już o mocnym wydźwięku autobiograficznym jej twórczości. Co się wydarzyło?

W 2012 roku autorka zaczęła powoli tracić czucie w palcach dłoni. Potem przyszedł ból, coraz silniejszy, coraz bardziej nie do zniesienia. Poszła oczywiście do lekarza rodzinnego. I tak zaczęła się jej chorobowa odyseja. Od jednego lekarza do drugiego, od specjalisty do specjalisty. Neurolog, ortopeda, psychiatra, chirurg, w końcu także i wróżka, nikt nie potrafi jej pomóc. Nikt nie umie postawić właściwej diagnozy. Jeden twierdzi, że to na pewno Hashimoto, drugi straszy rozrastającymi się osteofitami, specjaliści zalecają laser, fizjoterapeutka stanowczo go odradza, ortopeda skłania się ku operacji, wróżka chce odegnać dusze zmarłych. A sama Morska czuje się coraz gorzej. Nie pojawia się doktor House, który włamywał się do domów pacjentów, by szukać tam czynnika chorobotwórczego, który miał cały zasób specjalistycznych badań i oddany zespół, który dniami i nocami analizował każdy indywidualny przypadek. Nie ma doktora House’a, bo żyjemy w Polsce, w której służba zdrowia jest bardziej chora od pacjentów.

Morska próbuje zatem postawić diagnozę samej sobie, ale diagnozuje właśnie przede wszystkim także polską służbę zdrowia. Oczywiście większość badań i konsultacji wykonuje prywatnie, sprzedając książki, biżuterię po matce czy rodzinne pamiątki – „Za pieniądze wszystko kupi. Bez pieniędzy jesteś głupi”. Inaczej się nie da, bo czekając na wizytę u specjalisty kilkanaście miesięcy (a przecież nawet i lat!), wyniki badań się dezaktualizują, a i objawy choroby mogą się zmienić. Albo można umrzeć. I wtedy właściwie jest najmniejszy problem, bo zwolniło się miejsce w kolejce komuś innemu. Na co idą pieniądze z NFZ? Gdzie są pieniądze, które powinny iść na służbę zdrowia?

– Polski nie stać na panią – mówi doktor Wandal. Spogląda przy tym smutno na ścianę tuż za mną. Jej głos jest cichy, zdecydowany, jasny. – Jesteśmy biednym krajem.

W tle akurat kończy się budowa ogromnej areny, a zaczynają przygotowania do mistrzostw piłki nożnej.

Żeby zbudować tę arenę, którą następnie miasto będzie musiało utrzymywać i remontować przez lata, rozebrano i starto z powierzchni ziemi dzielnicę biednych bloków.

Na ich miejscu powstała gargantuiczna konstrukcja, która z punktu widzenia oniemiałych z wrażenia pozaziemskich istot wygląda pewnie jak nowy typ broni lub miejsce kultu religijnego.

Mój kraj może sobie pozwolić na to marnotrawstwo i chętnie przyjmie na siebie dopłacanie do jego utrzymania przez wiele lat, i to tylko po to, żeby jakiś zachodni dziennikarz po przyjeździe odkrył – coś takiego, niespodzianka! – fanów piłki nożnej wydających z siebie antysemickie okrzyki.

Rady miejskie, chętne wydawać biliony euro na stadiony, zapomniały wykształcić kibiców.

Ale co poradzi biedny kraj na tak delikatną sytuację jak moja? Jak zniesie jej okropne koszty? Może więcej mistrzostw piłki nożnej?

Biedna Polska.


Chleba i igrzysk. A potem już tylko grób.

System medyczny staje się lekarstwem na podreperowanie budżetu państwa, znikają szpitale, a inne zamieniane w dziwną i niepotrzebną sieć, zamykane są oddziały onkologiczne, geriatryczne i pediatryczne, lekarze tracą pracę, a sytuacja na oddziałach ratunkowych przypomina koszmarny sen. Usieciowienie szpitali zupełnie się nie sprawdza, dochodzi do absurdów, prześwietlenie robione na Śląsku jest wysyłane do Poznania, bo tylko tam można zrobić do niego opis, a pacjenci muszą radzić sobie z podróżami niemal po całej Polsce.

Brak funduszy to jednak nie jedyny problem. Drugim jest ciągły brak trafnej diagnostyki, odsyłanie od jednego lekarza do drugiego, brak porozumienia między specjalistami, brak konsultacji między nimi. A także, co najbardziej krzywdzące, posądzenie o hipochondrię, manipulację, o symulowanie, chęć zwrócenia na siebie uwagi. Morska przywołuje termin gaslighting, który używany jest na określenie manipulowania kimś w taki sposób, żeby zwątpił w swoje zdrowie psychiczne. I kobieta zaczyna wątpić! Wpada nawet w poczucie winy, że może naprawdę nic jej nie jest i blokuje szpitalne łóżko komuś, kto bardziej na nie zasłużył! A przecież sama cierpi. W mediach ciągle słychać o przypadkach umierania na izbie przyjęć, bo lekarze byli zbyt zajęci, bo powtarzali, że są pilniejsze przypadki, bo nie wierzyli w objawy. W Znikaniu przez kilka dni lekarze i pielęgniarki nie zorientowali się, że Jadwiga – matka Morskiej – jest od pasa w dół sparaliżowana…

Z owych psychologicznych konsultacji kobieta dowiaduje się ponadto, że cierpi na syndrom belle indifference, czyli zbyt spokojnie opowiada o swojej chorobie, konwertuje problemy z dzieciństwa w symptomy, a także ma „ruminacje suicydalne”, a to dlatego, że na pytanie o stosunek do samobójstwa, odpowiedziała: „uważam, że człowiek ma do tego prawo”.

Tym razem to „ból jest sygnałem znikania”. Znikania po cichu, po kawałku, jedna część ciała za drugą. Mocno brzmią słowa porównujące chorobę do pobytu w obozie koncentracyjnym czy więzieniu. Odpowiedzialność za chorobę i za wyleczenie z niej jest cały czas przenoszona na pacjenta, słynne „a bo pan/pani wcale nie chce wyzdrowieć!”. Chory cały czas jest uprzedmiotowiany, traci swą podmiotowość, swą indywidualność. Nie może się wychylać, lepiej nie pokazywać zbytniej inteligencji, słuchać, milczeć, przytakiwać, być wdzięcznym – to dekalog pacjenta. Pacjenta, który musi pochylać głowę przed białym fartuchem (i przed sutanną – gdy matka Morskiej umierała w hospicjum, zamiast córki wezwano do niej księdza, mimo że obie kobiety wyraźnie zaznaczyły, że sobie tego nie życzą), w myśl zasady, że lekarz jest nieomylny, że z księdzem to nie grzech. Pacjenta, który cierpi niewygody w kilkugodzinnych kolejkach na małych plastykowych krzesełkach, którego boli całe ciało i który traci nad tym ciałem kontrolę.

Tylko jedna przesłuchiwana ciągu dalszego nie uwzględnia na czas. Masywny powrót symptomów jest dla mnie szokiem. Wróg zajmuje raz podporządkowane terytoria z efekciarską łatwością. Zanim się obejrzę, zamykają się za mną drzwi do baraku. Nigdy nie rozpoznam twarzy moich prześladowców. Na głowie mam worek, przewiązany sznurkiem na wysokości szyi, aby się nie zsunął. Już nigdy stąd nie wyjdę. Tyle potrafię zrozumieć. Niech mi tylko ktoś obieca, że ból ustanie, a wydam wszystkich. Podpiszę wszystko.


W końcu pojawia się trafna diagnoza – borelioza. Ale Morska tak naprawdę zaczyna leczyć się sama. Czyta, szuka, zadaje pytania. Analizuje artykuły Amerykańskiego Stowarzyszenia Lekarzy Chorób Zakaźnych i Międzynarodowego Stowarzyszenia Boreliozy i Chorób Towarzyszących, sięga po poradnik doktora Burrascano, w którym opisuje leczenie naturalne, i to właśnie doktor Burrascano, chociaż nigdy go nie widziała i nigdy z nim nie rozmawiała, staje się niejako jej lekarzem prowadzącym. Wcześniej – wierząc, że z lekarzem trzeba stworzyć więź, nawiązać międzyludzkie relacje – stosowała różnego rodzaju socjotechniki. Z mniejszym lub większym powodzeniem. Dla Morskiej borelioza staje się „chorobą, która odzwierciedla nasze czasy (tak jak cholera odzwierciedlała wiek dziewiętnasty, z jej unicestwiającym całe wsie i osady parciem, kolonizującą pazernością). Nie zabija, tylko eliminuje. Przejmuje kontrolę nad ciałem totalnie, tak samo totalnie zawłaszcza państwowość, posługując się nowoczesnymi technikami”. Trudno o bardziej trafną diagnozę.

Znikanie jest opowieścią, która daleko wykracza poza ramy autobiograficzne. To, z jednej strony, snucie historii przez chorujące i cierpiące ciało – autopatografia (od gr. páthos – cierpienie, graphia – pisanie), czyli „narracja tworzona przez człowieka chorego, pacjenta, swoista autobiografia chorego […] subiektywna narracja autobiograficzna podmiotu defektywnego” (Iwona Boruszkowska, Defekty. Literackie auto/pato/grafie – szkice, Kraków 2016). Z drugiej zaś wielki filozoficzny esej i traktat społeczny w jednym. Przecież „pisanie choroby/pisanie o chorobie nigdy się nie kończy i nie pozwala maladycznej1 opowieści zastygnąć w jednoznacznych odczytaniach” (Monika Ładoń, Choroba jako literatura. Studia maladyczne, Katowice 2019).

Choroba, wyrządzając zmiany i szkody na ciele, wymaga zmiany języka i „choć z jednej strony każdy chory jest indywidualnością, a każdy piszący o chorobie odznacza się odrębną dykcją, to wspólne im metafory, obecne w tekstach różnych epok, pozwalają czytać narracje maladyczne jako w pewnym stopniu zrytualizowane” (tamże). Co znika w chorobie? Podmiotowość. Indywidualność. Człowieczeństwo. System medyczny musi zobaczyć chorego człowieka, a nie kolejny numer w statystyce, nie kolejne pieniądze z NFZ (ach to przetrzymywanie ludzi w szpitalach, by kasa była większa!).

Znikanie jest gęstą od emocji prozą, która powinna stać się lekturą obowiązkową. Pacjentami, wcześniej czy później, będziemy wszyscy. Dla Morskiej historia zakończyła się pozytywnie, jak sama mówi, dostała szansę na nowe życie, ale ilu jest tej szansy pozbawionych?

Jeszcze w styczniu – gdy tylko upewnię się, że czeka mnie jakieś nowe życie […] – postanawiam zmienić nazwisko.

Żyć pod nielubianym nazwiskiem to jedno, ale umrzeć pod nielubianym nazwiskiem – to zupełnie co innego. Uświadamiam to sobie, chorując.

[…] W wyjaśnieniu piszę, że jestem autorką i czuję się związana z morzem. Nie jest to wyjaśnienie budzące podejrzliwość urzędników, wprost przeciwnie. Proste, a zatem wiarygodne.

Dopiero później przeczytam, że nazwisko Morska znane było na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku jako artystyczny pseudonim. Przybierały go aktorki, które nie chciały na scenę ciągnąć za sobą rodzinnych koligacji, jeśli były to rodziny polskie, arystokratyczne lub mieszczańskie, a jeśli żydowskie, by łatwiej było dotrzeć do polskiej publiczności. Moją najbliższą krewną jest więc od tej pory Maria Morska, recytatorka skamandrytów. […]

Nazwisko Morska przylega do mnie jak rękawiczka.

Izabela Morska: Znikanie.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2019, s. 510.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.