09/2020

Paulina Subocz-Białek, Ireneusz Staroń

Cienie platanowej Avenida de Mayo

Buenos Aires, rok 1942. Rozłożyste platany przy Avenida de Mayo toną w miodowym świetle popołudniowego słońca. Za zieloną koroną jednego z nich kryje się brzydka, pożółkła elewacja Hotelu Madrid. Na którymś z pięter wąskie okno. Za biurkiem profesor Wacław Radecki. Ciszę przerywa nieśmiałe pukanie do drzwi. Znany psycholog i działacz polonijny odkłada gazetę. Do pokoju wchodzi wysoki mężczyzna. W drżących dłoniach trzyma opasły rękopis – „wiązkę dokumentów z ziemi nadberezyńskiej, ujętych w formie powieści”. Prosi niepewnie o ocenę swojej książki. Profesor zaintrygowany nieznaną kresową historią, a pewnie też postacią literata-samouka, obiecuje przeczytać zapiski, po czym zaprasza kolegę-emigranta na kolejne spotkanie. Dla Floriana Czarnyszewicza rozpoczynają się długie dni i noce nerwowego oczekiwania. Praca leci z rąk, od myślenia boli głowa, a czas dłuży się i dłuży, jakby złośliwie sekundując nieznośnemu napięciu. „Bo to a nuż profesorowi Radeckiemu nie spodoba się język białoruski? A zwyczaje i uczucia nadtoż naiwne wydadzą?”. Minęły dwa tygodnie. Nadberezyniec znów pojawił się na peronie w Berisso. Wsiadł do zatłoczonego wagonu blaszanej kolejki. Po kilku godzinach z ręką na sercu wszedł do niewielkiego pokoiku w Hotelu Madrid. „Trząsł się a dygotał, tak że go musieli usadowić na kanapie a szklankę wody do wypicia dać”. Zupełnie niepotrzebnie. Radecki był zachwycony. „A pan Florian? Pan Florian pił wodę i miał ochotę rozpłakać się jak bóbr z radości”.

Tę historię zapisała po latach Janina Surynowa­‑Wyczółkowska na początku roku 1964 na łamach londyńskich „Wiadomości” (nr 16). Wiele w przytoczonym szkicu słów tchnących przedziwnym konkretem, stanowiących jakby wyimek z żywej gawędy snutej wieczorem przy kubku gorącej herbaty albo argentyńskiej yerby mate. Los nie był łaskawy dla pamiątek po genialnym pisarzu, dlatego też – prócz autentycznych listów – takie „listy” w szkicach są szczególnie cenne. I te drobne, niby nieznaczące konkrety, dzięki którym genezę publikacji eposu Nadberezyńcy możemy powiązać z niewielkim pokojem skrytym za platanami alei de Mayo w hiszpańskiej dzielnicy Buenos Aires. Ale też szkic Surynowej­‑Wyczółkowskiej zawiera wiele podobnych, mocno sensualnych imponderabiliów. Kiedy więc autorka opisuje radość Czarnyszewicza, który wreszcie otrzymał egzemplarz Chłopców z Nowoszyszek (swojej ostatniej powieści), przytacza słowa samego pisarza: „Zgrabny format ma. I piękny druk. Dobry papier. I piękną okładkę”. Jak wielka radość musiała się kryć za tymi drobnymi słowami! Radość człowieka, który każdą zadrukowaną stronicę musiał okupić walką o ciężki, emigracyjny chleb.

Czy w trakcie spotkania Czarnyszewicza z Radeckim w Hotelu Madrid okno osłaniał cień wielkiego platana? Czy już w 1942 roku Avenida de Mayo stanowiła prawdziwą aleję ze szpalerem drzew? A może grube konary oplotły ulicę znacznie później? Trudno dociec, a to chyba ważne, bo czekając na werdykt Radeckiego, pan Florian mógł widzieć za oknem wielką zieloną koronę. A za nią pewnie oczyma duszy wypatrywał znajomych drzew z nadberezyńskiej puszczy. Tej, która „rysunkiem pagórków, dolin, łęgów, kurhanów, glebą nietkniętą, rośliną dziewiczą” pisała „najprawdziwszą historię tej ziemi od początku świata”1. Jesteśmy jednak daleko od Buenos Aires, od tamtego czasu, a więc i od jego domniemanych drzewiastych świadków. Jeśliby jednak platany oplatały wówczas tamtą aleję, to ich cień z pewnością nie uszedłby uwadze Czarnyszewicza. W liście do Marii Czapskiej z 20 maja 1953 roku żalił się, że w rejonie Berisso: „nie ma ni wiosek ni rzek ni lasów. Skaiś tylko płaszczyzna monotonna, woda bez nurtu, brudna jak pomyje, lasy tylko wierzbowe przy bagnach”. Dlatego, aby przywołać krajobraz dzieciństwa, chodził do parku, gdzie „żółta pokrywa liści opadłych […] przypomina nieco zapach naszej jesieni”. Nie będzie zatem przesadą, jeśli powiemy, że epos Nadberezyńcy krył się najpierw w koronach drzew. Tęsknota za ziemią bobrujską sprawiła, że pamiętnik stał się kroniką, ta zaś przemieniła się w trzytomową powieść z kręgu „kresonostalgii”. Głównym impulsem twórczym autora okazała się jego niezawodna pamięć, w której zachował wydarzenia znane z autopsji. Pisarstwo Czarnyszewicza jest w najgłębszej swej istocie biograficzne, ale nie autobiograficzne. Tę właściwość stylu Wacław Radecki nazwał w przedmowie (1942) „zapomnieniem autora o sobie” oraz „stanowczą i zupełną przewagą treści nad twórcą”, który „zrasta się niejako z każdym epizodem swego dzieła, usuwa w cień przed wielbionymi przez się obrazami przeszłości, i dlatego czytelnik z trudnością rozpoznaje go w spiżowym szeregu bohaterów powieści”. Co nie znaczy jednak, by poszczególne postaci nie korzystały hojnie z przygód samego autora. Mamy do czynienia z biografią wielokrotnie beletryzowaną, na różne sposoby przekształcaną artystycznie; z częstokroć wręcz fotograficznym autentyzmem, który nie tracąc nic ze swej szczegółowości, zostaje mocno wpisany w literackie konwencje.

Florian Czarnyszewicz to jedna z najbardziej fascynujących, a jednocześnie najmniej znanych postaci polskiej literatury współczesnej. Urodził się 2 lipca 1900 roku najprawdopodobniej w okolicach zaścianka szlacheckiego Przesieka Druga. Z wielkiego eposu Nadberezyńcy wiemy, że osada znajdowała się „w głuszy bezkresnych zaberezyńskich lasów”, na skraju potężnej puszczy, której legendarny matecznik przypominał dzikie ostępy z Pana Tadeusza. Położona nieopodal Kliczewa, miasteczka leżącego około sześćdziesięciu kilometrów na północ od Bobrujska, Przesieka stała się pierwowzorem powieściowej Smolarni. Ta część dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego należała wówczas do ziem zabranych, a więc wschodnich województw Rzeczypospolitej wcielonych w trakcie rozbiorów do Rosji. To właśnie na Białorusi, między dwoma potężnymi rzekami: Berezyną i Dnieprem mieszkali Nadberezyńcy – szlachta zagrodowa, której unikalny język i obyczaje Czarnyszewicz utrwalił w swoich powieściach. Twórcę łączyło z Mickiewiczem i innymi pisarzami ze szkoły litewskiej silne poczucie kresowego patriotyzmu osadzonego w staropolskim republikanizmie i w sarmacko-jagiellońskiej idei:

Kochałem i kocham swój kraj – pisał do p. Akuły, pisarza białoruskiego – dlatego, że żyli w nim obok siebie Białorusini, Polacy, Litwini, Żydzi starowiercy i Tatarzy, że w miastach były kościoły, cerkwie, synagogi i kirki, że byli chłopi i szlachta i mieszczanie. Współżyciu naszemu szkodziły tylko niesprawiedliwy podział dóbr ziemskich oraz intrygi sąsiadów. Różnice ras i kultury wśród obywateli nie stają na przeszkodzie postępu i szczęśliwości. […] jestem synem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Mój ojciec i dziad i dziad mego dziada urodzili się i złożyli swe kości w tej ziemi i sądzę, że wolno mi rodzinny kraj kochać i tęsknić do niego i myśleć o nim, i cieszyć się, gdy gospodarze czynią coś mądrego i szlachetnego, a smucić gdy popełniają błędy… („Kultura” 1965, nr 1–2).


Autor ukończył zaledwie cztery klasy rosyjskiej szkoły powszechnej, a zdolność pisania po polsku zawdzięczał „domorosłym nauczycielom tajnych polskich szkółek”. Kiedy we wrześniu 1919 roku wielkopolskie oddziały wyparły bolszewików za Berezynę, Czarnyszewicz przedostał się do Bobrujska i rozpoczął służbę w wywiadzie. Wielokrotnie przedzierał się za linię frontu do swojej okupowanej przez Sowietów małej ojczyzny i zdobywał cenne informacje o ruchach wojsk nieprzyjaciela. Kiedy w lipcu 1920 roku polska armia wycofała się znad Berezyny pod naporem bolszewickiej ofensywy, wstąpił do wojska już jako żołnierz frontowy. Przeszedł cały ówczesny szlak bojowy wraz z odwrotem pod Warszawę i ponownym zwycięskim marszem na wschód. Bił się w Cudzie nad Wisłą, a w bitwie niemeńskiej walczył o Grodno, Lidę i Wilno. Uczestniczył w buncie Żeligowskiego i swoją żołnierską epopeję skończył na Wileńszczyźnie w stopniu podoficera. Tam musiał wypić gorzki kielich traktatu ryskiego. Rzeczpospolita oddała Sowietom większości ziem wschodnich utraconych w pierwszym i drugim rozbiorze, w tym ojczyznę Nadberezyńców. Miało to straszliwe konsekwencje. Tylko w latach 1937–1938 NKWD zamordowało strzałem w tył głowy sto jedenaście tysięcy dziewięćdziesięciu jeden Polaków. Dlatego też główną ideą pisarstwa Czarnyszewicza stał się protest przeciwko ustaleniom ryskim i zawężaniu polskiej świadomości kulturowej do granic etnograficznych.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.