07-08/2020

Leszek Bugajski

Co może inteligent?

Od momentu ukazania się tej książki minęło już kilka miesięcy i ze zdumieniem wsłuchuję się w milczenie, jakie ją otacza, mimo że już na pierwszy rzut oka wygląda ona na książkę ważną, zwłaszcza dla grupy społecznej nazywanej inteligencją, z jakiej – przynajmniej teoretycznie – wywodzą się osoby zawodowo zajmujące się literaturą. W czasopismach wytropiłem tylko dwie recenzje książki Magdaleny Grochowskiej: autorem opublikowanej w „Gazecie Wyborczej” jest Andrzej Brzeziecki, drugą – dla „Nowych Książek” – napisał Adam Komorowski. Czy recenzenci przestraszyli się tego, że książka gruba i nie taka znów łatwa w czytaniu? Może im się nie chciało, bo robota żmudna i słabo płatna… A może problemy i duchowe rozterki inteligencji mało kogo już dzisiaj obchodzą, bo inne grupy społeczne nadają ton temu, co się dzisiaj dzieje w tak zwanej przestrzeni publicznej? A może po prostu to milczenie to zawstydzona, bo negatywna, odpowiedź na pytanie, jakie stawia w posłowiu do książki Anna Wolff-Pawęska: „czy jesteśmy gotowi do przyswojenia sobie lekcji historii XX wieku, wiedząc, że konsekwencje ideologicznego szaleństwa minionego wieku okazały się zaprzeczeniem jego obietnic: zamiast wspólnoty – wykluczenie, zamiast budowy nowego świata – totalne zniszczenie, zamiast bezpieczeństwa – apokalipsa, a zamiast nowego człowieka – antyczłowiek, zdolny do największych zbrodni”.

Faktem jest, że z takimi pytaniami – niezależnie od tego, czy dotyczą one całego XX wieku, czy tylko jakiejś jego dekady – zawsze mamy kłopot, bo jako zbiorowość z trudem wyciągamy wnioski z doświadczeń. Jeśli nawet ten czy ów przytomnie coś wymyśli, to z reguły ginie zatopiony w szaleństwie, któremu bezwolnie ulega zbiorowość. Zresztą szaleństwo ludzkiej zbiorowości to stały element naszego trwania na Ziemi – różnica polega głównie na jego zasięgu, który uzależniony jest przede wszystkim od zasięgu i tempa przepływu informacji. Szaleństwa ideowe XX wieku powstawały i narastały na bazie gospodarczych kryzysów i społecznych napięć oraz fobii, ale to prasa i radio dały im rozpęd, dzięki któremu osiągnęły rozmiary apokaliptyczne i tragiczne. Strach więc sobie wyobrazić, co może się dziać w XXI wieku, gdy szaleństwa napędzane są przez o wiele skuteczniejsze media niż tamte, zwłaszcza zaś Internet. I można się pocieszać tym, że samo słowo szaleństwo się zdeprecjonowało, bo są szaleństwa mody, szaleństwa muzyczne i inne, ale szaleństwa ideologiczne są tak samo groźne, jak w minionym wieku i jak były w bardziej odległych momentach historii. To dlatego Adam Pomorski w notce na okładce książki Grochowskiej napisał, że jej zawartość jest „pełna złych przeczuć”.

Co się za tym kryje? Nawet ktoś, kto nie interesuje się specjalnie polityką, jeśli nie widzi, to przynajmniej czuje, że w naszym świecie źle się dzieje, że nasila się napięcie pomiędzy różnymi nacjonalizmami, że populiści rosną w siłę, że pod skórą świata kumuluje się niepostrzeżenie jakiś niedookreślony niepokój, a także niepewność, czy aby sprawy świata zmierzają w dobrą stronę. A taka niepewność to dobra gleba dla systemów autorytarnych, a systemy autorytarne to – mimo ewentualnych sukcesów na starcie – na dłuższą metę nic dobrego. O tym przekonał nas wiek XX. Zwłaszcza nas, wciśniętych jako kraj między dwa takie systemy. I chociaż ponad dwa tysiące lat powtarzamy, że historia jest nauczycielką życia, jakoś nic konkretnego z tego nie wynika. A nawet więcej: mamy skłonność lekceważyć maksymę Cycerona, jakby się już ostatecznie skompromitowała, czemu można byłoby dać wiarę, bo skoro coś nie działa przez dwa tysiące lat, to musi zawierać w sobie poważny błąd, ale nie można w tę kompromitację uwierzyć. Wyciąganie wniosków z doświadczenia jest przecież jednym z elementarnych zadań, jakie stają przed rozumnym człowiekiem. Tyle że ci rozumni ludzie są – zdaje się – w mniejszości i coraz bardziej lekceważeni.

I to prawdopodobnie skłoniło Magdalenę Grochowską, dziennikarkę poważnie zajmującą się środkowoeuropejskimi inteligentami czy też intelektualistami, do napisania książki W czasach szaleństwa. Czy to jest Zniewolony umysł Czesława Miłosza à rebours? W jakimś stopniu tak. Lecz w większym stopniu – na co słusznie zwrócił uwagę Adam Komorowski – zainspirowała autorkę Hannah Arendt swoją książką Men in Dark Times z 1968 roku o tym, jak niektórym udało się „przeżyć życie” wśród katastrof politycznych XX wieku, „zachowując integralność osoby, nie poddając się konformizmowi stadnych zachowań, na które intelektualiści nie są bardziej immunizowani niż wszyscy ludzie”. A powinni być odporni na uwodzenie przez byle politycznych hucpiarzy i nie ulegać stadnym instynktom. Po to są, by – mówiąc najprościej – dawać przykład. I o takich właśnie modelowych sposobach inteligenckiego zachowania traktuje książka Grochowskiej. W obszernych szkicach prezentuje cztery postaci, których dobór na pierwszy rzut oka wydać się może przypadkowy, ale nie – to są opowieści o czterech formach inteligenckiego oporu wobec totalitaryzmów. Bohaterowie książki to: Paweł Hertz, Dymitr Fiłosofow, Jerzy Stempowski i Helmuth von Moltke.

Zaczyna od Pawła Hertza, bo całe życie spędził w Polsce, ale też pewnie dlatego, że jego opór był najłagodniejszy i pełen zawirowań. Syn bogatej rodziny żydowskiej prowadził przed wojną życie złotego młodzieńca ujawniającego talent literacki, a przez to kompletnie oderwany był od rzeczywistości. Zabawne, że do tego, by dostrzec różnice społeczne, potrzebował wiersza Hofmannstahla, jakby nigdy nie rozejrzał się po ulicach przedwojennej Warszawy czy innego z wielu miast, które zwiedzał. Eleganckie to, ale też po prostu głupie. Grochowska mu nie odpuszcza, gdy opisuje, jak Hertz podróżuje tuż przed wybuchem wojny, stojąc na korytarzu pociągu i jak „to nowe doświadczenie napawa go zdumieniem, bo bilet pierwszej klasy zawsze dotąd otwierał przed nim drzwi do komfortu”. Aresztowany w styczniu 1940 roku we Lwowie przez Rosjan – kiedy „raczył się sznyclem z kaparami w restauracji Aronsona” – trafił do obozu pracy na Syberii i choć nie opowiadał o swoich przeżyciach, wrócił jako inny człowiek, obciążony traumą gułagu. Chce żyć w Polsce i nie mieć nic wspólnego z systemem, który w niej się mości, ale jednak zapisuje się do partii, co oczywiście ułatwia mu urządzenie się i budowanie strefy komfortu wokół siebie.

Zaczął się w jego życiu czas lawirowania: z jednej strony chciał lub udawał, że chce uczestniczyć w przemianach i „pchać cienkim palcem ten wielki traktor”, z drugiej – gorączkowo szukał niszy, w której mógłby zajmować się literaturą, ale unikać politycznej jednoznaczności zwolenników ustroju i nie mieć nic wspólnego z „prostactwem produkcji literackiej przystosowywanej do potrzeby chwili”, jak to opisuje Grochowska. Zostaje redaktorem klasycznej literatury rosyjskiej w Państwowym Instytucie Wydawniczym, co jest świetnym miejscem. A ponieważ jest erudytą, rozkwita tam jako tłumacz i jeśli do jego wierszy czy powieści Sedan można mieć zastrzeżenia, to jako kierujący redakcją, tłumacz i autor antologii miał wielkie i bezsprzeczne zasługi. Dla jednych był zabawnym i denerwującym snobem, dla innych kunktatorem, a on w coraz większym stopniu stawał się konserwatystą, zbliżał się też do Kościoła, przekonany o tym, że zarówno Holocaust, jak i totalitaryzmy są wynikiem braku Boga. Przekonanie, że w kraju podbitym gesty nie mają jakiegokolwiek sensu, to pewnie echo gułagu. Ale jego skutkiem była opinia, że cała PRL-owska opozycja nie ma dużego sensu, zwłaszcza że postrzegał Kuronia i Michnika jako lewaków (choć, jak było trzeba, redagował polskie wydanie dzieł Marksa). Nadzieje wiązał z Kościołem jako jedyną jawną organizacją opozycyjną (przeżył „wzlot” papieski i w późnej dorosłości ochrzcił się, a także uważał, że oświecenie to źródło katastrofy europejskiej).

Hertz to przykład tego, na jakie kłopoty skazany jest inteligent, który chce zachować dystans wobec politycznego szaleństwa, a jednocześnie musi jakoś żyć w sensie najbardziej dosłownym, czyli musi mieć z czego żyć. Łatwe to lawirowanie nie było, zwłaszcza gdy ktoś, jak Hertz, miał ambicję odgrywania jakiejś istotniejszej roli w systemie kultury, chciał wyjeżdżać za granicę, do czego potrzebny był paszport i dewizy z państwowej kasy. Raz się musiał wychylać w jedną, raz w drugą stronę, jak na huśtawce. Stąd ostre oceny bardziej niezłomnych, które były naturalną ceną takiej strategii działania. Maria Dąbrowska środowisko „Kuźnicy”, z którym Hertz był związany po wojnie, nazywa w swoich dziennikach „gromadą liżydupów”, Jerzy Stempowski kilkanaście lat później mówi w Radiu Wolna Europa, że „Paweł Hertz jest teoretykiem taryfy ulgowej i czegoś w rodzaju neosarmatyzmu literackiego”.

Stempowski to reprezentant postawy niezłomnej – nie poszedł na kompromisy, zamknął się w swoim świecie i zachował niezależność podziwianą przez wszystkich, którzy zetknęli się z jego esejami. „Otaczał się zasiekami sceptycyzmu i racjonalizmu bardzo świadomie, by przetrwać. To był jego gorset” – mówi Grochowskiej Magdalena Chabiera, badaczka twórczości Stempowskiego. Między nim i Hertzem jest zasadnicza różnica. Hertz budował prywatną sferę wolności w swoim mieszkaniu, w doborze towarzystwa, konstruował rodzaj własnej bańki i cieszył się swoją pozycją w tutejszym światku literackim, rezygnując na przykład z przeniesienia się na stałe do Paryża, co zdaje się w którymś momencie jego powojennego życia było możliwe. Tam jednak byłby nikim. Stempowski wyrzekł się wszystkiego, by żyć w wolnym świecie. Zdołał wyjechać z Polski w 1939 roku i już nigdy tu nie wrócił mimo propozycji władz; nie widział się z rodziną i prowadził w Szwajcarii ubogie życie, pracując przy produkcji jakichś szczotek. I pisał to, co uznawał za ważne, i jak chciał sam pisać. „Nie czuje powołania do udziału w budowie nowego świata” – napisała o jego tuż powojennym nastroju Grochowska, a wcześniej opisała życiową dewizę Stempowskiego na czas „zbiorowego szaleństwa”: „dzbankiem wody nie ugasisz pożaru, trzymaj się z daleka i czekaj, aż wszystko spłonie do reszty. To znaczy: zachowaj zmysł proporcji i bądź świadkiem”.

W pierwszej chwili brzmi to jak dewiza konformisty, ale znając kontekst życiowych wyborów Stempowskiego, dostrzegamy, że to jest program heroiczny, bo kryje się za nim kategoryczny nakaz pełnej niezależności i uwolnienia się od związków z szalejącym światem, które mogłyby zamącić czystość spojrzenia i jego oceny. Nie czuje się na siłach, by brać na siebie odpowiedzialność za świat, ale obserwuje go pilnie i ocenia: „świat jest ciemny, głupi i głuchy”. Oburza się w 1957 roku na Piusa XII wzywającego katolików do nieprzejednanego stanowiska wobec wrogów religii, bo rozumie to jako oczekiwanie ofiary krwi. Odwraca się od tego wszystkiego – za rację swojego trwania uznaje tworzenie literatury, co jest ważniejsze od „roboty politycznej”, jak pisze Grochowska, by zachować dla przyszłości „trochę odziedziczonych wartości, nie licząc na nikogo”. No właśnie, taki program skazuje go na samotność, która – jak to pisał Julian Benda – powinna być cechą intelektualisty, bo nie ogranicza jego myślenia i czucia uwikłaniami w odpowiedzialność za innych. Stempowski wybrał życie w wolnym świecie za cenę biedy, ale w pakiecie dostał też samotność. A może na tym to właśnie polega, że nie ma prawdziwej wolności bez samotności?

Rozdziały o Hertzu i Stempowskim przedziela w książce Grochowskiej szkic o Dymitrze Fiłosofowie, uchodźcy z sowieckiej Rosji, który – też samotny – filozofował w Warszawie i wydawał czasopismo, zorganizował klub inteligencki i wszędzie propagował ideę porozumienia między Rosjanami i Polakami ponad historycznymi zaszłościami, czym narażał się na niechęć ze strony białej emigracji. Nie doczekał, jaki kształt to rosyjsko-polskie porozumienie ostatecznie przybrało – zmarł pod Warszawą w pierwszą wojenną zimę.

Książę zamyka opowieść o von Moltkem, którego postać za dobrze nie pasuje do pozostałych trzech sylwetek, bo Moltke nie był człowiekiem pióra, nie filozofował, był sumiennym urzędnikiem nazistowskiej administracji, politykiem, ale dostrzegł szaleństwo systemu, w którym pracował, i postanowił mu się przeciwstawić na miarę swoich możliwości. To on stał za grupą dyskusyjną z Krzyżowej, której członkowie zastanawiali się nad sposobem wyjścia z hitleryzmu i planowali odrodzenie Niemiec po wojnie. Po zamachu Stauffenberga większość osób związanych z Kołem z Krzyżowej trafiła do aresztu i von Moltke w styczniu 1945 roku został powieszony na haku rzeźnickim. Za to, że kierował się sumieniem, że wierzył w możliwości „wolnego ducha”, że miał odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność za społeczeństwo mimo świadomości, że żadna siła za nim nie stoi, poza siłą moralności.

Pytanie: dlaczego Grochowska takie postaci wybrała i tak ułożyła swoją książkę? Niby łatwo to sobie wyjaśnić: to ciąg radykalizujących się postaw, od lawirowania Hertza, przez dydaktyzm Fiłosofowa i konsekwencję Stempowskiego, do straceńczej ostateczności von Moltkego. Ale ten ostatni nie był osobą zawodowo piszącą, był inteligentem inaczej ukształtowanym, nawet nie był specjalnie zainteresowany Polakami, żeby go dopasować do pozostałych. Co prawda wszystkich bohaterów książki łączy swoboda myślenia w kategoriach europejskich, gotowość na przykład do korekt granic, ustępstw uspokajających napięcia narodowościowe. Ale tylko Moltke zapłacił cenę najwyższą, podjął największe ryzyko. Czy dlatego, że nie wypowiedział się w słowach? Że człowiek piszący niejako rozładowuje napięcie myśli, siadając do pisania, i to uznaje za wystarczające działanie. Ktoś taki jak Moltke musiał przejść do czynów rozumianych dosłownie, żeby swojej pracy myślowej nadać sens. Nie wiem, czy tak to działa. Opowieść o Moltkem, zamykająca poważną i ważną książkę o postawach inteligenckich, brzmi w niej jak przestroga, żeby się nie porywać z motyką na księżyc, a może przeciwnie – jest zachętą do działania, opuszczenia wieży z kości słoniowej… Nie wiem. A może właśnie tak to sobie Grochowska wymyśliła, by zostawić czytelnika z rozterkami i wiedzą, że ani pierwsza opcja, ani druga nie są bezsprzecznie dobre. Ale czy jest jakaś trzecia?

Magdalena Grochowska: W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke.
Posłowie Anna Wolff-Pawęska.
Wydawnictwo Agora,
Warszawa 2019, s. 688.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.