06/2019

Elżbieta Baniewicz

Ćwiczenia z wrażliwości

Społeczeństwo samotnych ludzi
Brecht byłby z takiego przedstawienia zadowolony, rzecz jasna, gdyby umiał pisać bez ideologicznej i obyczajowej waty jak Dorota Masłowska. Ona zagęszcza słowa do najgłębszych sensów i potrafi je ułożyć w rytm rapu, więc stały się tworzywem teatru bez dydaktycznego zacięcia, zupełnie odjechanego, z dystansem, a jakże, w którym aktorzy niczego nie przeżywają, nie identyfikują się z rolą, nie wypełniają jej życiem zgodnie z psychologiczną wiedzą i życiowym prawdopodobieństwem.

Innych ludziach, spektaklu stworzonym przez kilkudziesięciu artystów różnych specjalności, aktorzy w żadną z postaci się nie wcielają, tylko jej losy i uczucia opowiadają, jakby były figurami gry komputerowej. Istnieją oni równocześnie na kilku płaszczyznach scenicznej rzeczywistości: na trzech kilkumetrowej wysokości kawałkach blachy budowlanej, przekształconych w wielkie ekrany smartfonów wypełnione obrazami, gdzie niewidoczny kciuk je przesuwa, a jednocześnie siedzą obok na scenie albo w cofniętym do linii horyzontu green roomie, skąd wychodzą na proscenium, zwracając się do publiczności.

Bohaterowie rapowego poematu Masłowskiej żyją w różnych środowiskach i na różnych poziomach zamożności, określanych frazami: słoiki z Radzynia, leszcze z Grochowa, klasa średnia z Wilanowa, w wypasionych furach, co w Desie Julka Windorbskiego kupuje obrazy. Ważniejsze, że wszyscy właściwie istnieją w dwóch równoległych światach: realnym i wirtualnym, tym na scenie i tym, chyba ważniejszym, na ekranach. Pojawiają się na nich dziesiątki rzeczy: opadające igły z choinki, reklamy, ulice, wystawy, tramwaje, postaci znane – Monika Olejnik (reporterka), Andrzej Seweryn (ksiądz), Maja Ostaszewska (rozwiedziona żona sfrustrowanego korpoludka), raper Sokół we własnym wcieleniu, ale też zwykli ludzie – pasażerowie tramwaju, kierowcy drogich samochodów wrzeszczący na kobietę za kierownicą, dresiarze w delirycznym świetle nocy. Słowem, mieszkańcy naszej stolicy w dniu swoim powszednim: zdenerwowani i zdołowani, agresją odreagowują kompleksy, a depresyjny stupor ukrywają pod kapturem bluzy. Śnią własne sny o życiu spełnionym na bogato tym intensywniej, im realne życie brutalniej od nich odstaje. Wszyscy samotni bez względu na stan konta, zdani na medialne slogany, coraz mniej rozumieją siebie nawzajem i otaczającą rzeczywistość.

Bohater, trzydziestoletni Kamil (Yacine Zmit), ma „dzień pojebany od rana”, Matka (Maria Maj) wrzeszczy: „to nie hotel, w nocy wracasz, / nie pracujesz się nie uczysz”, a do tego „Od rana / bez łączności, bez netu, / w skrzynce wezwanie na półtorej koła z Playu, mdłości”. Marzy o tym, by wydać płytę hip-hopową, ale perspektywy marne albo żadne, nawet matka w niego nie wierzy. Jeśli uda mu się sprzedać trochę „dropsów”, to prędko na dilerce się nie odkuje. A jak żyć bez netu? Z Grochowa do Wilanowa, żeby zreperować spłuczkę, daleko, ale bez kasy żyć jeszcze gorzej. Usługę zamówiła Iwona (Agnieszka Podsiedlik), druga żona zamożnego ludka z korporacji, ale tak jak pierwsza zdradzana, choć sprawił jej biust za dwadzieścia tysięcy. Ona bez xanaxu nie zaśnie, lecz nie ma wyjścia, z mężem łączy ją nie uczucie czy choćby seks, tylko kredyt i małoletni syn. Szybki seks z Kamilem staje się dla niego seksem płatnym, co przyjmuje z zażenowaniem, cokolwiek zbyt lekkim, lecz… forsa od Iwony (raczej jej męża) pozwoli mu spłacić Playa i znów być w necie…

Kolejna podróż: do poznanej w Rossmannie Anety, na Wrzeciono, gdzie dziewczyna wynajmuje mieszkanie do spółki z otyłą lesbijką. Bez względu na to, czy będą liczyć zjadane kalorie czy nie, czy będą studiowały kosmetykę czy hotelarstwo, statusu swego raczej nie zmienią. Spod błyszczącej meblościanki w starym bloku na Grochowie, podobnie jak z Radzymina czy Wrzeciona, trudno przebić się do wyższej klasy społecznej, biedę się dziedziczy.

Ale tylko na cudzym talerzu wszystko lepiej wygląda. Przedstawiciel zamożnej klasy średniej, mąż Iwony, Maciek (Adam Woronowicz), choć bawi się nowym volvo i odżywia drogą dietą pudełkową, wciąga jakieś narkotyki, by wytrzymać samotność i poczucie klęski. Z żadną z kobiet nie umiał zbudować bliskich relacji, ani córka z pierwszego małżeństwa, ani syn z drugiego nie mają o czym z nim rozmawiać. W rolach obojga przemądrzałych i smutnych dzieci świetny Rafał Maćkowiak.

Masłowska utrzymuje swych bohaterów, raczej ich tyleż autentyczny, co wykreowany język, w rytmie rapu, podbijanego bitami wytwarzanymi przez didżeja Michała Olszańskiego na żywo. Portretuje on bohaterów ironicznie, zjadliwie, pokazuje życiowy banał przechodzący w absurd rzeczywistości, czyli konsekwencje zanurzenia w kolorowym życiu na ekranach, daleko od brzegów racjonalności. Rapowa narracja zawiera równocześnie sporą dozę empatii, autorka podkreśla, jak nasz kapitalizm, co miał szczęście przynieść wszelakie, kusi promocjami, obniżkami czy loteriami i tym budzi większą wściekłość „do wyrzygu” wykluczonych prekariuszy.

Podróże Kamila po Warszawie (metaforycznie po kraju) pokazują brzydką, ponuro-burą przestrzeń zaśmieconą reklamami, kostką Bauma i szklano-metalowymi domami, puszkami po piwie, salonami fitnessu i fryzjerstwa, markowej mody do przebrania, a nie ubrania; przez swą realną nierealność układają się w ciąg surrealistycznych obrazów ukazujących się w rytmie hip-hopu na ekranie i scenie. Muzyka, klipy wideo, szybki rytm scenicznego dziania się, wyrazista gra aktorów zestrojone precyzyjnie w dynamiczny strumień znaczeń (jedność z wielości) dają w sumie nową, adekwatną do tekstu pisarki estetykę.

Warszawa Masłowskiej i Jarzyny to miasto zaludnione wytatuowanymi freakami, osobnikami agresywnymi (im bogatsi, tym bardziej), wpatrującymi się w ekrany smartfonów, jakby życie wirtualne mogło ich wyzwolić z samotności, choć wystarczyłoby zauważyć innych ludzi, pogrążonych w depresji, żebrzących na ulicy, zamkniętych w dziuplach blokowisk, i się do nich uśmiechnąć, porozmawiać. Tymczasem społeczeństwo politycznie podzielone jak nigdy, karmione pogardą rządzących, nieustannym odwracaniem sensu słów i brakiem tolerancji nie wygląda na szczęśliwe. Nieliczni próbują tę złą passę pokonać, organizują samopomoc, projektują ruchy obywatelskie w wielu sprawach, ale ludzie coraz częściej zamykają się we własnych skorupach, bańkach informacyjnych, by nie słyszeć, nie widzieć tego, czego nie chcą. Coraz rzadziej przychodzi im do głowy, by komuś pomóc, zobaczyć w nim nie wroga, potorocze, leszcza, moher, ale czującego człowieka. Nie jest to może myśl nadzwyczaj odkrywcza, ale oddaje zjawisko – raka toczącego społeczny organizm.

Wyrafinowana niepamięć
Teatralny esej Elfriede Jelinek Rechnitz. Anioł zagłady przybrał na scenie postać opery performatywnej. Podczas Warszawskiej Jesieni we wrześniu ubiegłego roku miało miejsce jej prawykonanie. Czwórka wiolonczelistów i szóstka aktorów warszawskiego TR-u zmagała się z zestrojeniem brzmienia instrumentów i ludzkich krzyków, szeptów, syczeń, egzaltowań, skandowań, melorecytacji, recytatywów. Twórcy współczesnej opery uznali, że jej estetyka uniesie treści niezwykłej prozy austriackiej noblistki.

Kolejną odsłoną dzieła work in progress stało się przedstawienie na scenie TR Warszawa przy Marszałkowskiej, zaprezentowane w lutym tego roku. Na podwyższonej platformie, udekorowanej po bokach dwiema głowami jeleni z porożami, zasiadł kwartet wiolonczelowy Cellonet w składzie: Andrzej Bauer, Magdalena Bojanowicz, Bartosz Koziak i Marcin Zdunik (niby resztka dworskiej orkiestry). Na poziomie sceny, tak jak muzycy przed pulpitami dla nut, zasiedli aktorzy, by wypowiadać, recytować, śpiewać, przedrzeźniać teksty posłańców, jakimi uczyniła pisarka swoich bohaterów. W tragedii greckiej posłańcy byli świadkami wydarzeń, tu pozostają głosami społeczeństwa, które usiłuje zapomnieć, wymazać z pamięci, unicestwić mentalnie zbrodnię, o której informuje w ekspozycji spektaklu Lech Łotocki.

W nocy z 24 na 25 marca 1945 roku, w przeddzień Niedzieli Palmowej, na zamku Rechnitz, położonym przy granicy austriacko-węgierskiej, należącym do arystokratycznego małżeństwa von Batthyány, odbyło się huczne przyjęcie. Na zaproszenie hrabiny Margitt i jej kochanka Hansa Joachima Oldenburga przybyło około czterdziestu gości z SS, Gestapo, Hitlerjugend, stawił się też Franz Podezin, szef miejscowego NSDAP. III Rzesza zmierzała ku klęsce, Armia Czerwona zbliżała się do jej wschodnich granic, łuny pożarów widać było już z zamku Rechnitz. W jego piwnicach stłoczono około sześciuset robotników przymusowych, przede wszystkim węgierskich Żydów, którzy mieli kopać wały obronne.

W czasie przyjęcia, suto zakrapianego alkoholem, Franz Podezin przed północą rozdał kilkunastu mężczyznom broń, poszli „polować na Żydów” do pobliskiej stodoły zwanej Kreuz­stadel, gdzie przebywało około dwustu najsłabszych, niezdolnych do pracy ludzi. Bito ich i torturowano, następnie zastrzelono. Orkiestra dworska wesołymi melodiami zagłuszała strzały i krzyki ofiar. Po masakrze około trzeciej nad ranem mężczyźni wrócili na salę balową, tańce i pijatyka trwały do rana. Następnego dnia inni robotnicy pogrzebali ofiary, ich też zabito.

Nikt z uczestników przyjęcia ani też nikt z mieszkańców wioski nie zdradził miejsca pochówku kilkuset ludzi. Do dziś grobów nie odnaleziono, mimo że Rosjanie, którzy weszli do Rechnitz kilka dni później, odnaleźli dwadzieścia jeden zbiorowych grobów, ale mapka z ich położeniem zaginęła. Jeden z ocalałych miał zeznawać jako świadek, został zabity w pobliskim lesie. Śledztwo ciągnęło się latami, nikt nie został ukarany. Hrabina z domu Thyssen-Bornemisza z mężem, kochankiem, szefem NSDAP i służbą tuż po wspomnianej orgii udała się do Szwajcarii, do domu ojca Heinricha, potentata przemysłu stalowego, przyjaciela Hermana Goeringa, dostawcy torped i łodzi podwodnych dla niemieckiej armii. Nad jeziorem Lugano dożyła w dostatku i braku poczucia winy do 1989 roku. Spotykała się z możnymi tego świata, między innymi z królową Elżbietą II, dzieląc z nią pasję do rasowych koni, które hodowała. Przyjeżdżała do Austrii na polowania. Hans Oldenburg skrył się zaraz po wojnie w Argentynie, a Franz Pode­zin do 1963 roku żył w Kolonii jako skromny agent ubezpieczeniowy, następnie z pomocą hrabiny Margitt udał się do Johanesburga w RPA, objął posadę w firmie zależnej od Thyssena.

Pięciu posłańców Elfriede Jelinek opowiada o tej niesamowitej zbrodni tak, by winę sprawców nie tylko zrelatywizować, ale usprawiedliwić dobrem narodu, koniecznością obrony zamku przed zbliżającymi się oddziałami „Ruskich dzikusów”, bo wszystko zniszczą i zagarną, postawą ofiar – same się prosiły, a nade wszystko zatrzeć ją, zagadać, odsunąć z pola widzenia, zamilczeć. W tym sensie posłańcy niosą dobrą nowinę austriackiemu społeczeństwu, które z satysfakcją przyjęło Anschluss w marcu 1938 roku, a wyszło z wojny jako ofiara Hitlera i chce wyprzeć z pamięci wszystko, co świadczyłoby o okrucieństwie i zbrodniach obywateli. Przesłonić i usankcjonować nazistowską przeszłość ścianą milczenia.

Pisarka używa nader wyrafinowanej retoryki, by unaocznić słuchaczom mechanizm działania zbiorowej pamięci zawiadywany przez manipulatorów, dążących do tego, by nazistowską przeszłość wypucować do niewinności. Jeden z posłańców wielokrotnie cytuje Bachantki Eurypidesa, pokazujące, jak kult Boga skrajności, Dionizosa, wprawiał wyznawców w stan ekstazy, wyzwalał pierwotne, wręcz orgiastyczne instynkty z chęcią mordowania i rozrywania rękami ciał włącznie. Tragedia grecka przypomina prawdy uniwersalne: kult siły (i rasy) w oparach dekadencji wyzwala dzikie instynkty, powodując anarchię i chaos. Wyzwolenie ludzi z więzów normalności oraz cywilizacyjnego porządku daje szanse ich naturze objawić się w całej nikczemności.

Inny posłaniec odwołuje się do formuły „banalnego zła” Hanny Arendt, choć pojmuje ją w sposób szczególny: „[…] muzyka to czas, którego się słucha, do czynów, których się dopuściło, na ogół trzeba było najpierw dopuścić, ale są czyny, których się dopuszczono, do których nie powinno się już dopuszczać, które okazały się niedopuszczalne i których dopuścić się już nie będzie można. To, czego oni się tu dopuścili, powinno zniknąć, należy to odpuścić i już nigdy do tego nie dopuszczać, to, czego się dopuszczono, należy puścić w niepamięć i nigdy więcej nikogo do tego nie dopuszczać. Proszę, byle nie znowu o tym samym! A jednak jutro też będą państwo mogli wysłuchać i obejrzeć bardzo banalną audycję, w której nawet nie chodzi o zło, a mimo to będzie niewiarygodnie banalna. Trudno to pojąć! Kto może, ten pojmuje, ale to JEST niepojęte”.

Niebywale wyrafinowana retoryka Elfriede Jelinek – znajdują w niej miejsce również częste odwołania posłańców do Ziemi jałowej T.S. Elliota, figury „ludzi wydrążonych”, „próżnych”, frazy o „królestwie śmierci”, „I tak się właśnie kończy świat / Nie hukiem ale skomleniem” (przekład Czesława Miłosza), do Tako rzecze Zaratustra Friedricha Nietzschego – w wykonaniu scenicznym ginie. Niestety.

Szóstka aktorów – to i posłańcy, i uczestnicy orgii: Magdalena Kuta (hrabina Margitt), Ag­nieszka Żulewska, Lech Łotocki, Tomasz Tyn­dyk, Cezary Kosiński, Paweł Smagała – stara się oddać przede wszystkim walory muzyczne tekstu, jego repetycje, wariacje. Aktorzy próbują rozpisać na gesty, dźwięki i melorecytacje, recytatywy relacje posłańców o zdarzeniach tamtej nocy w Rechnitz. Ekstaza, histeria, niemy balet młodej dziewczyny, widok nagiego ciała mężczyzny, nadpobudliwość i mało kontrolowane reakcje jednego z oprawców w połączeniu z dźwiękami czterech wiolonczel mają zaburzać, zniekształcać treść wypowiadanych słów. Zatem podważać wiarygodność opowiadanych zdarzeń. Bieda w tym, że słowa posłańców stają się tu właściwie niezrozumiałe, ich perfidia z całą strategią widocznych w tekście Jelinek usprawiedliwień, ucieczek, zakłamań czy zwykłego fałszu nie wybrzmiewa.

Głównym tematem jej utworu, przeznaczonego do wypowiedzenia przed publicznością, jest zadeptywanie, przekłamywanie popełnionych win przez mniej lub bardziej subtelne operacje na zbiorowej pamięci. Język okazuje się tu narzędziem przemocy i kłamstwa, manipulacji i sankcjonowania zbrodni. Być może jest to tekst w całości niemożliwy do wystawienia na scenie, zbyt trudny i zbyt meandryczny w swych kompulsywnych asocjacjach, w zmienianej co chwilę płaszczyźnie językowej, narratorskiej, by widzowie mogli zrozumieć jego wiele warstw – od powagi, suchej informacji, po ironię i szyderstwo służące wielu manipulacjom, jakich dokonuje się językiem i na języku.

Mimo uznania dla starań aktorów dostrojenia się względem siebie, tekstu oraz wobec muzyków brakowało mi w spektaklu tekstu noblistki. Samo jego przeczytanie ze zrozumieniem już jest wyzwaniem, ale też proza o takim stopniu skomplikowania językowego i filozoficznego sprawia wyjątkową satysfakcję czytelniczą. Nieporównywalną z ponadgodzinnym spektaklem, w którym przez kilkanaście minut aktor eksponuje swe gołe ciało (jako kontrapunkt do rozebranych ofiar?), a kończy się on – walcem Nad pięknym modrym Dunajem Straussa. Chwytem wielce tandetnym, poniżej klasy tekstu.

TR Warszawa,

Inni ludzie Doroty Masłowskiej,

reżyseria, adaptacja, scenografia – Grzegorz Jarzyna,

kostiumy i charakteryzacja – Anna Axer Fijałkowska,

zdjęcia – Radek Ładczuk,

muzyka – Piotr Kurek, Krzysztof Kaliski,

producent bitów DJ/VJ live – Michał DJ B Olszański,

producent bitów – Bartek Kruczyński,

reżyseria świateł – Aleksander Prowaliński.

Premiera 15 marca 2019.


TR Warszawa,

Rechnitz. Opera – Anioł zagłady Elfriede Jelinek,

przekład, adaptacja, dramaturgia – Monika Muskała,

muzyka – Wojciech Blecharz,

reżyseria, przestrzeń, kostiumy – Katarzyna Kalwat,

choreografia – Karolina Kraczkowska,

opieka artystyczna nad aktorskimi i muzycznymi improwizacjami – Andrzej Bauer, Wojtek Blecharz, Katarzyna Kalwat,

reżyseria światła – Paulina Góral.

Premiera wersji performatywnej – 25 września 2018 w czasie 61. Warszawskiej Jesieni,

premiera wersji teatralnej – 7 i 8 lutego 2019.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.