04/2018

Monika Válková Maciejewska

Czechy

Wszystko wskazywało na to, że wraz z nastaniem 2018 roku powieje w Czechach prawdziwymi nowościami, zarówno politycznymi, jak i kulturalnymi. Oczekiwania były duże i uzasadnione, a skłaniały do nich wybory prezydenckie, ciekawe zestawienia, plany wydawnicze i emisyjne. I choć w efekcie to nowe okazało się już jednak znane, to i tak dostarczyło wielu emocji.

Pierwszy kwartał roku był filmowy. I nie chodzi tu tylko o polityczne zwroty akcji. Otóż w styczniu Czesi wybrali nowego – starego prezydenta; urząd głowy państwa ponownie objął Miloš Zeman, wygrywając w dwu turach z ośmioma pozostałymi kandydatami. I nie byłoby w tym wydarzeniu nic dziwnego, gdyby nie Tonda Blaník – kandydat nr 10. Fikcyjny.

Antonín Blaník (w tej roli wyśmienity Marek Daniel) to bohater serialu satyrycznego Kancelaria Blaník (Kancelář Blaník), który emitowany jest w telewizji internetowej Stream.cz. Wpływowy lobbysta prowadzi biuro, w którym, wydawałoby się, realizowane są najważniejsze działania ku wywindowaniu w sondażach danej grupy czy jednostki, są tam gaszone polityczne pożary i wywoływane kontrolowane intrygi. Oczywiście za sowitą opłatą. Tonda Blaník trzyma w szachu najważniejsze osoby w państwie, dysponuje ich prywatnymi numerami telefonów i zna słabości, stojąc na straży przede wszystkich własnych interesów. Na końcu każdego odcinka pojawiają się wycinki prasowe (czasami fikcyjne, ale często rzeczywiste!), które mają odzwierciedlić skuteczne poczynania całego zespołu Kancelarii w obronie bądź zdeklasowaniu danej osoby czy wydarzenia. Serial z pogranicza political fiction stał się na tyle popularny, że Tonda, pewny swej siły, postanowił kandydować na prezydenta. Pełnometrażowy film Prezydent Blaník w reżyserii Marka Najbrta wszedł do kin 1 lutego i w pierwszy weekend emisji zarobił dziewięć milionów koron. Opowiada o tym, jak to szara eminencja fikcyjnego świata czeskiej polityki postanowiła zmienić realia. Blaník prowadzi kampanię, zbiera podpisy, tworzy slogan wyborczy, ma grono oddanych wyznawców i wszystko niewątpliwie znalazłoby szczęśliwy koniec, gdyby asystent potencjalnego kandydata nie spóźnił się z oddaniem list z podpisami… Tym jednak Tonda się nie zraża: nadal pozostaje aktywny na politycznym polu. I to jest niewątpliwie największy atut filmu: spontaniczne pomieszanie fabuły życia ze scenariuszem. Aktorzy drugoplanowi (ośmiu prawdziwych, poważnych kandydatów) nie są reżyserowani, scenografia jest dana, prawdziwi są dziennikarze, a tylko Marek Daniel/Antonín Blaník ze swoimi asystentami (Halka Třešňáková, Michal Dalecký) są inscenizowani i pojawiają się na spotkaniach z prawdziwymi kandydatami, udzielają wywiadów, zbierają na stoiskach wyborczych konkretne podpisy (sic!), biorą czynny udział w tworzeniu historii politycznej Czech.

Zarówno koncept filmu (fikcyjno-dokumentalny), jak i pomysł na bohatera są czeskiej kulturze znane. W 2004 roku do kin (też polskich) trafił obraz z obszaru dokumentalnego reality show pt. Czeski sen, który swoim pomysłem zaskoczył i rozentuzjazmował publiczność. Sporo lat wcześniej Czesi poddali się bez reszty urokowi Járy Cimrmana, wymyślonego w 1966 roku przez Jiřího Šebánka i Zdeňka Svěráka geniusza, słowiańskiego Leonarda da Vinci: wynalazcy, pisarza, kompozytora, geografa itp., itd., który zawładnął czeską wyobraźnią społeczną do tego stopnia, że, choć nigdy się nie narodził, zdobył w 2005 roku tytuł Najpopularniejszego Czecha. Antonín Blaník stał się na tyle popularny, że prawie został kandydatem na prezydenta.

Taśmy z filmem Najbrta były jeszcze ciepłe, kiedy kierowano je to kin (26–27 stycznia odbywała się druga tura wyborów prezydenckich, zakończenie filmu uwzględnia ich wynik), inaczej rzecz się miała z filmem Tlumočník (Tłumacz), w reżyserii Martina Šulíka. O tym mówiło się w Czechach od początku roku. W obrazie występują utytułowani nestorzy dużego ekranu: Peter Simonischek oraz… Jiří Menzel, którzy w swych filmowych rolach starają się stawić czoło przeszłości, uporać się z nią i oswoić ją. Światowa premiera tej czesko-austriackiej koprodukcji miała miejsce na Berlinale, a połączona była z obchodami osiemdziesiątych urodzin czeskiego reżysera. Tam też Menzel dostał urodzinowy prezent: nagrodę specjalną Berlinale Kamera.

Przeszłość przyświecała też dwu retrospektywnym wystawom pokazanym w Pradze. Pierwsza poświęcona była twórczości jednego z najbardziej rozpoznawalnych w Czechach ilustratorów: Josefowi Ladzie (Sedmičky Josefa Lady, 15.11.2017–1.04.2018). W Tańczącym Domu w Pradze (Tančící dům) na czterech piętrach wystawiono ponad czterysta artefaktów: obrazy, rysunki, przedmioty osobiste i bliskie artyście, niektóre pokazane szerszej publiczności po raz pierwszy. Była to największa wystawa prac Josefa Lady w ostatnich dziesięciu latach; ale też nie ma się temu co dziwić: w 2017 roku minęła sto trzydziesta rocznica urodzin i sześćdziesiąta śmierci wielkiego miłośnika teatru, dzieci i przyrody. Drugą podobnie dużą ekspozycję można było obejrzeć w Miejskim Domu Reprezentacyjnym (Obecní dům). Wystawiono tam prace Kamila Lhotáka, artysty samouka, który mimo swej niepełnosprawności nie tylko nie porzucił snu o malarstwie, ale i czynnie uczestniczył w życiu kulturalnym. Był jednym z założycieli awangardowej Grupy 42 (Skupina 42), co ma odzwierciedlenie w jego pracach. Wystawiono ich sto dwadzieścia, niektóre po raz pierwszy.

Historycznego koła dotykają również dyskursy literackie. W styczniowym numerze miesięcznika literackiego Host (2018, nr 1) Jiří Kratochvil podzielił się z czytelnikami refleksją na temat przyszłości powieści. Otóż w najbliższym czasie dojdzie do wyraźnego podziału twórczości literackiej na dwa nierównomierne segmenty. Ten pierwszy powieli XIX-wieczny model „powieści w odcinkach”: będzie to literatura, która szybko zostanie przetransformowana na seriale (telewizyjne i internetowe). Ten drugi, zdecydowanie mniej popularny, odbiorców znajdzie w koneserach, bibliofilach, jednostkach, dla których książka, choć nieniosąca wymiernych korzyści, wyznaczy kierunek ku światu, gdzie „sztuka jest normą”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki podział już następuje. Popularność seriali telewizyjnych i internetowych w Czechach z miesiąca na miesiąc wzrasta: pojawiają się coraz bardziej zaskakujące propozycje fabularne, o których szeroko rozpisuje się krytyka (Pustina, Pustkowie, reż. Alice Nellis i Ivan Zachariáš, Wzteklina, Wściekłość, reż. Tomáš Bařina, wcześniejszy Kosmo reż. Jan Bártek czy wspomniana na początku Kancelář Blaník i in.). Jednym z nich jest dwudziestosześcioodcinkowy Dabing street w reżyserii znanego w Polsce z dużego ekranu Petra Zelenki, który jest, można powiedzieć, autorem totalnym dzieła: tekst komedii napisał dla potrzeb teatralnych i pierwotną sztukę wyreżyserował. Wielce udana produkcja miała swoją premierę na deskach teatru praskiej dzielnicy Dejvice (Dejvické divadlo) w 2012 roku, w Polsce zaś można ją było zobaczyć dwa lata później w Teatrze Śląskim w Katowicach. Dziś krytyka nie szczędzi zachwytów nad jej telewizyjną wersją (choć, puszczając perskie oko do czytelników, moglibyśmy zamienić ostatnie słowa na telewizyjną wariację).

Nowe korzysta ze starych metod. Technologia atrakcyjnie ubiera stare pomysły. Ale to nic złego. Bo o ile w czeskiej kulturze mamy do czynienia z historyczną nostalgią, to podąża za nią zdrowa ironia. A tylko taki zestaw, jak podkreśla Kratochvil, ocala od zastoju.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.