05/2020

Monika Válková Maciejewska

Czechy

Ernst Hans Gombrich, wybitny historyk sztuki, którego ważne dzieło pt. Sztuka i złudzenie wydało w tym roku czeskie wydawnictwo Argo, niejako tym właśnie aktem uwieczniając jubileusz stodziesiątych urodzin badacza, twierdził, że „sztuka nigdy nie jest nieprawdziwa” (Host 2020, nr 2). W sztuce ludzie mogą odnaleźć spokój, jest bowiem czymś pewnym, kotwicą, która zarzucona we wzburzonym morzu dziejów trzyma nas na powierzchni. I choć świata raczej nie zmieni, to może wpłynąć na jego percepcję. Wszak w kontemplacji sztuki główną rolę odgrywa nie wzrok, ale mózg, jak twierdzi Gombrich. Choć krytycy są coraz bardziej sceptyczni co do roli sztuki w życiu człowieka – rozczarowani jej bezsilnością przestali nadawać jej w XXI wieku aż tak duże znaczenie – to jednak zdarzają się czasami sytuacje, które stawiają do góry nogami wcześniejsze koncepcje. I dziś właśnie nastał ten moment: gdzieś na horyzoncie zaświeciło światełko w tunelu krytycyzmu. Otóż amerykański pisarz Michael Chabon, mimo że początkowo nie przypisywał sztuce żadnej siły nośnej, znalazł jej wartość w … jedności. Sztuka po prostu ma przypominać ludziom, że nigdy nie są sami. Na zgoła apokaliptyczne czasy, które nastały, to jedyne przesłanie, które pozbawia obojętności i przemawia globalną mocą. Jedność.

25 marca 2020 roku o godzinie 12.30 całe Czechy zaśpiewały wspólnie piosenkę Zdeňka Svěráka i Jaroslava Uhlířa Není nutno (z roku 1993).

Není nutno, není nutno,

aby bylo přímo veselo,

hlavně nesmí býti smutno,

natož aby se brečelo.

Chceš-li, trap se, že ti v kapse

zlaté mince nechřestí,

nemít žádné kamarády,

tomu já říkám neštěstí.

Niezbędne to nie jest wcale,

by wesoło było wkoło wciąż.

Jednak nie ma nam być smutno,

a płakanie mogą diabli wziąć.

Jeśli chcesz się trapić kasą,

tym, że złota w twej kieszeni brak,

to twój problem, ja wszak na to

mam przyjaciół – to jest szczęścia znak.

(luźne tłumaczenie wyżej podpisanej)


Kompozycja, w tekście lekka i głęboka zarazem, miała scalić naród w trudnym momencie walki o zdrowie z wirusem. Organizatorzy przekonywali, że tak jak we Włoszech śpiewano z balkonów, a w Polsce klaskano, tak w Czechach „nie wolno nie śpiewać”. Wszak co Czech, to muzykant, jak rzecze ludowe przysłowie. Inicjatorzy akcji wspierającej służby, akcji dziękczynnej za pełną wyrzeczeń pracę lekarzy, pielęgniarek i laborantów, strażaków i policjantów, wyszli z założenia, że drzemie w Czechach moc, że są w stanie wykrzesać falę kolektywnej energii. Takie śpiewanie to szczepionka przeciwko wirusowi smutku, to lek wzmacniający wspólnotę. Nieważne, że tylko w sposób symboliczny.

Wspólne śpiewanie to zresztą jedyna aktywność artystyczna (poziom artyzmu przedsięwzięcia warto zostawić do oceny samym artystom, niewątpliwie jednak w całości był wysoki, a już na pewno odniósł zamierzony skutek) absorbowana zbiorowo i na żywo. Reszta aktywności przeniosła się do internetu. Teatry, kina, galerie i sale koncertowe zapraszają do sieci (www.nechodven.cz lub www.kulturazije.cz). I o ile Czeskie Lwy mogły być jeszcze 7 marca wręczone do rąk własnych laureatów (nagrodę w kategorii najlepszy film dostał obraz Malowany ptak w reżyserii Václava Marhoula, a najlepszą studencką produkcją minionego roku okazała się Córka Darii Kashcheevej – oba filmy były nominowane do Oskara), a premierę w Berlinie zdążył też mieć Szarlatan – czeska wyczekiwana współprodukcja o Janie Mikolášku, znanym powojennym uzdrowicielu, w reżyserii Agnieszki Holland, o tyle inne festiwale musiały zostać przełożone. Tak stało się między innymi z najważniejszą czeską nagrodą literacką – Magnesią Literą. Pierwotnie wręczenie wyróżnień miało się odbyć w kwietniu, choć bez publiczności. W ostatniej chwili postanowiono jednak przełożyć uroczystość na jesień.

Choć taka decyzja jest zrozumiała, to trochę szkoda, ponieważ niewątpliwie plebiscyt ten jest niezwykle opiniotwórczy, wskazuje publikacje, po które warto sięgnąć. Jest dobrym przykładem współdziałania krytyków, wydawców, księgarzy, literaturoznawców i pisarzy oraz, również, publiczności (przyznawana nagroda czytelników). Być może teraz, w czasach wymuszonego spowolnienia, za taką rekomendacją poszłoby więcej czytelników. Czas sprzyja (choć czasami pozornie) skupieniu, więc prawdopodobnie i nagradzana literatura nie odstraszałaby (na przykład młodszego pokolenia) i miałaby wzięcie. Tymczasem teraz w Czechach panuje, jak podkreśla „Host”, tzw. szeptanda – nie krytyków się słucha, lecz blogerów książkowych i znajomych, wykorzystujących przestrzeń postów internetowych. Jednym słowem, czytelnik XXI wieku jest pod wpływem „opisów generowanych przez użytkowników”. Influencerzy, bookloversi są bardzo aktywni, co nie jest oczywiście niczym złym. Mają dużą moc, ale też dużą odpowiedzialność („with great power comes great responsibility”). Warto więc wymóc na blogerach, co podkreśla Ondřej Lipár w niezwykle ciekawym artykule Momentka ze sociálních sítí (Klatka z sieci, „Host”, 2020, nr 2), żeby rosnący w siłę odbiorca mógł na łamach „chmury” spotkać się z wprost proporcjonalnie rosnącą jakością recenzji i głębokością sądu.

Bo nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Podobnie jak zmienia się świat, zmienia się też literatura. Nie rości ona sobie, jak podkreślają ze smutkiem czescy krytycy, prawa do miana „wysokiej”. Wystarczy, że jest popularna (o co zadbają już media socjalne), ogólnie dostępna (też w rozmowach z pisarzami na portalach i na spotkaniach „na żywo”). A jeżeli ma być popularna, nie może być zbyt trudna w odbiorze. Jeżeli od czytelnika nie oczekuje się, że będzie miał potrzebę szukania w książkach innych, czasami ukrytych, znaczeń, to od literatury nie oczekuje się niczego oprócz zabawy. Sztukę słowa odarto ze społecznych, politycznych, obyczajowych, ojczyźnianych kostiumów, jedyną jej rolą jest ludyczność, jak konstatuje redaktor naczelny miesięcznika „Host” Miroslav Balaštík („Host”, 2020, nr 2). Literatura wróciła do fabuły, z mniejszym lub większym powodzeniem, i to dana fabuła tworzy jej główną wartość. Taka jest opinia krytyków o produkcji literackiej minionego roku. O ile ktoś się z nią nie zgadza, to nie pozostaje nic innego, jak albo zmienić literackie oczekiwania, albo wrócić do literackich korzeni. A ku temu akurat może się niebawem nadarzyć okazja.

Otóż pod koniec zeszłego roku wydarzyła się rzecz niebywale historycznie i literacko ważka: Milan Kundera ponownie po czterdziestu latach stał się obywatelem Republiki Czeskiej. Dokument potwierdzający obywatelstwo w ciszy i skupieniu w przestrzeniach własnego paryskiego mieszkania otrzymał pisarz z rąk ambasadora Czech we Francji, Petra Druláka, 28 listopada 2019 roku. Jak podkreślała w prasie żona literata, była to bardzo podniosła chwila, a sam akt ubiegania się o administracyjny powrót do rodzimej społeczności powodowany był przemyśleniami o przeszłości i przyszłości oraz bilansem życia (www.novinky.cz). Kundera, który skończył dziewięćdziesiąt lat, chciał tym samym podkreślić stałe, mimo wszystko, silne zakotwiczenie w czeskiej tożsamości. Taka zmiana sytuacji możliwa była też dzięki temu, że czescy czytelnicy nie pozostali obojętni na doniosły jubileusz pisarza, niezmiennie dopominając się, mimo że nie mają dostępu do najnowszej prozy literata w języku ojczystym, obecności Kundery w czeskiej przestrzeni literackiej, czytając go i pamiętając. Może więc teraz doczekają się zmiany decyzji pisarza i pozwolenia na przekłady jego najnowszych książek na język czeski. „Teraz już wyrosły nowe generacje, te będą już czytać zupełnie inaczej” – reasumuje Věra Kunderová (www.ct24.ceskatelevize.cz), podkreślając tym samym, że literatura przekazuje ponadczasowe wartości, które dla otwartego umysłu odbiorcy będą czytelne. Książki Kundery z pewnością wzbogaciłyby czeski rynek literacki, a już zapewne w zestawieniu z dzisiejszym nurtem (jednym?, wieloma?) byłyby czymś ożywczym.

Takiego ożywienia wszystkim teraz przecież brakuje. Miejsca spotkań, mam tu na myśli gospody, są zamknięte na cztery spusty. Nie ma mowy o wspólnym gromadzeniu się przy złotym trunku, choć o tym, że piwo zajmuje ważne miejsce w życiu Czechów, przypomina dzielnie rotunda nowo wybudowanego kościoła w Brnie. Na niej artysta Petr Kvíčala wyrzeźbił w betonie to, co dla pełnej i szczęśliwej egzystencji człowieka jest kluczowe, czyli symbole stworzenia świata, krzyż, dom, zwierzęta, ptaki oraz hulajnogę i kufel. Podobno patronka świątyni, Maria Restytuta Kafka, czeska zakonnica i pielęgniarka, męczennica chrześcijańska, którą aresztowano i ścięto w 1943 roku, lubiła piwo.

Nie samym jednak chlebem (i napojem) człowiek żyje, pocieszenie dla duszy jest równie istotne. Podobnie z symbolami. O ile stereotypowym wyznacznikiem diety Czecha jest piwo, o tyle duchowym, tożsamościowym, z pewnością będzie postać Szwejka. Często się do niej wraca, w różnych konfiguracjach. Tym razem nawiązanie jest międzynarodowe, we współpracy z niemieckimi twórcami teatralnymi. Dwujęzyczne przedstawienie Švejk / Schwejk, którego niemiecka premiera miała miejsce 21 lutego 2020 roku w Staatstheater Augsburg, a czeska, zaplanowana na 10 marca, przeniosła się do internetu, zadaje kluczowe pytania: „Kim i czym jest Szwejk? Co znaczy zarówno dla nas, jak i dla świata?”. Inscenizacja składa się z trzech części: pierwsza poświęcona jest Bertoltowi Brechtowi, autorowi sztuki Szwejk podczas II wojny światowej (Schweyk im Zweiten Weltkrieg, 1943), gdzie reżyser w korespondencji z kolegą po fachu zastanawia się nad powodami wystawienia w Niemczech tej sztuki; druga traktuje o życiu Jaroslava Haška; trzecia natomiast to przemyślenia, co to znaczy „być Szwejkiem” autorstwa Petry Hůlovej, bardzo cenionej i utytułowanej czeskiej pisarki młodego pokolenia.

Wygląda na to, że owo „szwejkowskie bycie” wciąż jest w Czechach dyskutowane. Biorą je na warsztat różni artyści, twórcy i badacze, niezależnie od Wielkiej Historii, która narody zazwyczaj dzieli, ale też czasami nieoczekiwanie łączy. Dziś sztukę Švejk / Schwejk przeczytamy prawdopodobnie inaczej, niż stałoby się to na początku roku, a i nic nie stoi na przeszkodzie, by bohater był „interpretowany jako protest przeciwko degradacji osoby ludzkiej”. Bo sama „czeska kultura zabawy/śmiechu” ma przecież niejedno oblicze: to nie tylko karnawalizacja i błazenada (o ile w ogóle), lecz także intymizacja i familiaryzacja, co podkreśla, znana czytelnikom „Twórczości”, profesor Krystyna Kardyni-Pelikánová w publikacji „Čechy krásné, Čechy mé” Czeska i polska literatura we wzajemnych interakcjach (2017).

Czesi, podobnie jak Szwejk, niewątpliwie z Wielkiej Historii chcą się śmiać, chcą ironizować, jednak Historia śmiech ten weryfikuje. Więc jak nie śmiechem, to śpiewem codzienność potraktujmy. Każdy znajduje swój sposób na trudny czas.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.