09/2020

Maciej Melecki

Człowiek K.
Arkadiusz Kremza (1975–2020)

W czwartek 23 kwietnia krótko po godzinie piętnastej zadzwonił do mnie Arek Kremza, zapowiadając swoje przyjście do Instytutu Mikołowskiego. Dzień wcześniej – o czym już wiedziałem – wrócił do Mikołowa wieczorem, wraz ze swą partnerką Magdą Kontek, z Jarosławia, jej rodzinnej miejscowości, gdzie od paru dni przebywał, angażując się w „nowy pomysł na życie” – jak zwykł mówić o swoich kolejnych, egzystencjalnych wyborach. Po parunastu minutach zamaszyście wszedł do naszej siedziby, zastając mnie przy komputerze. Momentalnie, w charakterystycznym dla niego ironicznym duchu, przystąpiliśmy do serii wymiany zdań na temat bieżących rzeczy, przywitawszy się uprzednio, z uśmiechem, łokciami. Aura dwu pandemii – koronowirusowej i pisowskiej – pochłonęła nas bez mała. Arek raz po raz zmieniał tematykę, skupiając się coraz mocniej na swoim przyszłym życiu – etapie, jaki zamierzał rozpocząć właśnie w Jarosławiu, gdzie chciał osiąść i zająć się uprawą warzyw, korzystając z okazji zaoferowanej mu przez los. Dopytywał się o dzieje naszych nagranych wierszy, które miały być wydane na płycie dołączonej do niedawno wydanej przez Ars Cameralis antologii poetyckiej Tropy Na Dziko. Mówiłem mu, że nic jeszcze nie wiem, kiedy zostanie płyta wydana, więc przez chwilę zaczęliśmy dywagować o tym, jak ta płyta może wzmocnić odbiór samej antologii.

Słuchałem snutych planów i kojarzyłem je z tym, co gnało go przez ostatnie trzy lata. Mieszkał i pracował w Tucznie, potem wrócił do Mikołowa i po paru miesiącach zakotwiczył się w Wetlinie, gdzie wraz z Magdą prowadził sklep z pamiątkami i artystycznymi wyrobami. Jesienią poprzedniego roku wrócił znów do Mikołowa. Jego natura i nieokiełznana energia nie pozwalała mu na stateczne funkcjonowanie – musiał być w drodze, nieustanie się przemieszczać, pobywać krótko w jednym miejscu i je opuszczać; wiecznie czymś się rozpraszać i generować sobie nowe cele. Nie była to dla mnie ucieczka. Raczej nieusuwalna potrzeba bycia w stanie permanentnej konfrontacji z czymś nowym, doznawania posmaku czegoś nieznanego i nieoczywistego, co dawało mu paliwo na nieokreśloną przyszłość.

Rozstaliśmy się po ponad godzinie. Poszedł do mieszczącej się naprzeciwko Instytutu Mikołowskiego muzycznej pracowni Tymka Biesa, spotkać się z jego braćmi. Na schodowej klatce powiedzieliśmy sobie zdawkowe: „No to nara”. Przepadliśmy dla siebie – tak jak przepadaliśmy wielokrotnie na długie, niekiedy wielomiesięczne okresy, kiedy nie było go w Mikołowie, a potem znowu, gdy tylko się w nim zjawiał, szybko następowało spotkanie. Mieliśmy za to stały telefoniczny kontakt, więc każdy z nas na bieżąco wiedział, co u kogo słychać. Było to – jak miało się okrutnie okazać – nasze ostatnie spotkanie. Wiem, że po spotkaniu się z braćmi Bies odwiedził swoją młodszą córkę i swojego wnuka, z którego był nad wyraz dumny. Następnego dnia zginął w wypadku samochodowym pod Oświęcimiem.

Łączyła nas prawie trzydziestoletnia znajomość, zapoczątkowana spotkaniami w mikołowskim Domu Kultury, gdzie miała swoją siedzibę poetycka grupa „Nowy Sezon” – prowadzona przez Wiesława Ciecieręgę. Był to okres narastającego wzmożenia zaaferowaniem tym wszystkim, co nowe. Nie inaczej było z poezją – nowe tytuły czasopism literackich, nowe tomiki poetów skupionych wokół głośnego już wówczas pisma „brulion”, fluktuacje nowych poetyk i dopływy świeżych języków, nierzadko ze strony tłumaczeń poetów angielskich i amerykańskich; konglomerat atrakcyjnych doznań i otwierających się wciąż nowych możliwości. Wszystko to chłonęliśmy niezwykle intensywnie. Arek, jeszcze jako uczeń mikołowskiego LO, zdobywał liczne nagrody na konkursach poetyckich i czekał na swój poetycki debiut. W 1994 roku wreszcie się to stało. Zadebiutował jako dziewiętnastolatek dwoma wierszami w „Na Dziko” – poetyckim dodatku do katowickich „Opcji” – czterostronicowym piśmie, w którym, jako redaktorzy, między innymi, ogłaszaliśmy co kwartał Debiuty Na Dziko. Jeszcze w tym samym roku jego wiersze znalazły się w antologii nowej poezji śląskiej Inny świt – ułożonej i zredagowanej przez Mariana Kisiela. To wszystko stało się zapowiedzią książkowego debiut Arka – tomu poetyckiego Bloki, wydanego w Tychach w 1997 roku. Od tamtej pory Arek opublikował kolejne osiem tomów wierszy – z czego ostatni, Człowiek O., niedawno, bo pod koniec lutego tego roku, ukazał nakładem Instytutu Mikołowskiego, którego był stałym autorem.

Każdy z nas ma swoją historię o kimś, z kim przyszło mu żyć w intensywnych relacjach, choć w różnych fazach – raz bliższych, raz dalszych. Każda opowieść o kimś takim będzie zaprawiona bardzo subiektywnymi wrażeniami i dość jednostronnymi opisami. Dopiero po złożeniu szeregu opowieści, pochodzących z różnych źródeł, w jedną wielką mozaikę będzie możliwe zbliżenie się do prawdy o danym człowieku, której w dłuższej perspektywie i tak się nie posiądzie. Szczególnie kiedy jest mowa o człowieku tak wielostronnym i różnorakim, jakim był Arek Kremza – jako kompan, ojciec i poeta. Jak mało który człowiek Arek jaskrawie żył po swojemu, na własnych zasadach wobec bezwzględnie dyktującego warunki świata, nie mając w sobie cienia wątpliwości, że pójście z nim na kompromis grozi utratą wolności. Nie chciał i nie mógł zarazem czynić ze swego życia – podległego tępym i bezwzględnym mechanizmom, które czynią z jednostki szary kaftan bezpieczeństwa – fałszywego, rozdwojonego stanu, w którym życie i twórczość nie zlewałyby się w jeden twór. Buntował się przez całe swe dorosłe życie przeciwko wtłaczaniu w ciasne, kanciaste ramy nie tylko swego istnienia, ale istnienia każdego – do czego namawiał, co podpowiadał i co, niekiedy gwałtownie, manifestował w rozmaitych odsłonach czy też danych momentach. To właśnie on jest autorem fenomenalnej parafrazy, w której zawarł kwintesencję małostkowości i głupoty ludzkiego postrzegania Innego, pomieszczonej w tytułowym wierszu swojego trzeciego tomu Brania: „Jak cię widzą, tak się mylą”. Sądzę, że – w jakiejś mierze – ową gorzką konstatację niezwykle twórczo rozwijał w swej poezji. Przechodziła ona – jak każda znakomita poezja – różne okresy i fazy, promieniując z tomu na tom treściami wypływającymi z bezpośrednich doznań, intelektualnych, ostrych i nierzadko wielce kąśliwych oznajmień odnośnie do turbulencji życiowych, jakie wywołuje w człowieku ślepy los – determinujący go niekiedy bardzo dotkliwie – stających się częstokroć poetyckim zarzewiem oraz tematycznym wektorem intelektualnych eksploracji. W jego wielopasmowej poezji, opar­tej często na poetyckim koncepcie, w starannie zakomponowanych tomach czy poematach, rozgrywa się nieustanny dramat wywołany konfliktowością natury świata i skazanego nań człowieka. Przybiera on językową formę poetyckich anonsów, nierzadko zaplecionych w postać wizji, skupionych w wielce czepliwych zbitkach słów, które – jak ma to miejsce w doskonałym przedostatnim tomie Stacje – ewokują surrealistyczne, poharatane mocno obrazy zatracenia i skrywanego bólu, ale też i lęku wywoływanego przeczuwaniem zbliżającego się końca czegoś, który to stan okazuje się dla autora tych wierszy wyzwaniem do podjęcia próby kolejnych przekroczeń i nieuniknionych naruszeń. Przebogata wyobraźnia poetycka Kremzy owocowała, ukazywanym z tomu na tom, jego własnym idiomem – rozpoznawalnym językiem, opartym na silnie wyczuwalnym kodzie, złożonym z różnorakich dopustów semantycznych, niekiedy sprzecznych lub pozornie wykluczających się, w którym wielce sugestywnie przemycał swoje doświadczenia życiowe z wielorodnych pól, poddając je wnikliwym, niekiedy cierpkim lub krytycznym ujęciom, dzięki czemu stwarzał szeroki wachlarz wzajem oddziałujących na siebie estetycznych napięć.

Poezja była czymś najistotniejszym dla niego – czymś, co nadawało sens jego życiu. Sam zaś był bardzo bujną osobowością, promieniującą życiową charyzmą. Jego sposób bycia, wypowiadania się, funkcjonowania – to wszystko było wiarygodne artystyczne, bez cienia zadęcia. Widać było, że to ktoś, kto patrzy szerzej, głębiej, wrażliwiej na rzeczy z pozoru banalne, mało istotne. Był poetą całym sobą – nie tylko w tym, jak pisał, ale też jak żył. Imponowało mi jego poczucie humoru zabarwione cierpką ironią. Do tego niesamowita bystrość umysłu, ogromna inteligencja, nieokiełznana wyobraźnia – a wszystko to znajdowało wielokształtne ujście w jego poezji. W swoich tomach przywiązywał wielką wagę do skrupulatnego rozkładania akcentów w przestrzeni samej kompozycji oraz do punktowej struktury tekstu. Wszystko musiało się zazębiać, wyłaniać jedno z drugiego, tworzyć dramaturgiczną spójność oraz aktywizujący układ odniesień. To go bardzo absorbowało. Czyni go to jednym z najważniejszych poetów współczesnych.

W obliczu jego tragicznej śmierci, dławiącej swą nagłością, na wiele rzeczy związanych bezpośrednio z nim samym patrzę teraz pod jeszcze bardziej szerokim, wyostrzającym je kątem. I wiem, że wyszedł z tej walki, jaką nieustannie toczymy z tym światem, ewidentnie zwycięsko. Jego niepokorność wobec świata okazała się niezbywalnym gwarantem bycia w nim jako tym Jedynym – konsekwentnym w swej wielopostaciowości, nieustępliwym w dociekaniu racji stojącej po jego stronie.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.