11/2019

Sebastian Walczak

Czy pisarze nagradzają nagrody?

I
Uznani i starzy pisarze podkreślają prestiż nagrody. To zdanie można czytać na dwa sposoby. Wiesław Myśliwski nagród, znakomitych książek i lat na karku ma wystarczająco dużo. Wikipedia podaje, że przyznana mu niedawno Poznańska Nagroda Literacka (w kategorii Nagroda im. Adama Mickiewicza) jest trzydziestą szóstą, jaką pisarz otrzymał, a bardzo możliwe, że kilka innych zagubiło się w pamięci kronikarzy.

Każdy chciałby otrzymać sześćdziesiąt tysięcy złotych. Być może laureat także zastanawia się, na co by wydał te pieniądze, gdyby je otrzymał pół wieku wcześniej. Bo przecież czego potrzeba mężczyźnie zbliżającemu się do dziewięćdziesiątych urodzin oprócz zdrowia, niesłabnącej sprawności intelektualnej oraz pociechy z wnuków? Czy wobec tego można powiedzieć, że Wiesławowi Myśliwskiemu nie jest potrzebna ta nagroda?

To jego osoba jest w pewnym sensie potrzebna nagrodzie. Uświetnia, konstytuuje, cementuje w świadomości czytelników. Nadaje jej rangę, projektuje jej przyszłość i miejsce w budżecie Urzędu Miasta Poznania. Nagrodę ustanawia nie tylko spisany regulamin. Niepisane prawa także. Bo tak jak pisarzom potrzebne są nagrody, tak pisarze są potrzebni nagrodom. Sam zainteresowany ma na swoim koncie kilka trofeów, także takich, które dopiero wkraczały na salony literackie. Powołaną w 2006 roku Nagrodę Literacką Miasta Gdynia Myśliwski firmował swoim nazwiskiem już w następnym roku niezaprzeczalnie świetnym Traktatem o łuskaniu fasoli. Zgoda, być może to zwykły zbieg okoliczności; w końcu dlaczego decyzję kapituły o wyróżnieniu znakomitego pisarza ma onieśmielać krótki staż ustanowionej nagrody. Historia powtórzyła się dziesięć lat później. Pisarz otrzymał jako pierwszy nagrodę „Człowieka Słowa 2017” na Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, który powstał dwa lata wcześniej. Oczywiście, można powiedzieć, że człowiek spod kieleckiej wsi, blisko Roztocza, no kto jak nie on? Liczba przypadków większa niż jeden składa się na spiskową teorię dziejów. Więc nagrody są jednak pisarzom potrzebne, także tym starym i uznanym. Nie są im niezbędne walizki pieniędzy, ale potwierdzenie, że to, co robią kolejne dziesiątki lat, skrobiąc piórem czy długopisem, stukając w klawisze najpierw maszyn do pisania, później komputerów (choć nie wszyscy posuwają się do tak skrajnej uległości w starciu z nowoczesną technologią), ma sens. Dla nich i dla czytelników. W 2015 roku Senat UAM zatwierdził decyzję o nadaniu blisko dziewięćdziesięcioczteroletniej Julii Hartwig tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. W uzasadnieniu tej decyzji „dziekan Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej Bogumiła Kaniewska podkreśliła fakt, że debiutująca jeszcze jako nastolatka Hartwig od siedmiu dekad tworzy poezję jednocześnie klasyczną, mądrą i szlachetną”. Pisarze chcą być docenieni nie tyle za konkretną pracę literacką, ile z szacunku dla ich długiego trwania w zawodzie, dla chęci przedłużenia gatunku „pisarza” jako zawodu, instytucji ginącej. Złośliwi powiedzą – wybrali najstarszą żyjącą.

II
Nagrody są spóźnione, ale starają się nadrobić stracony czas. Wielu pisarzy ma już najlepsze dzieła za sobą, wiele z nich obrósł kurz z kilku nawet dekad. Wydany w 1984 roku Stankiewicz Eustachego Rylskiego zwyciężył tylko jako debiut roku 1984 w tygodniku „Literatura”, chociaż minipowieść została przyjęta entuzjastycznie przez krytykę literacką. Dopiero dwadzieścia lat później znów będzie się mierzył z prozą. Wydanego w 2004 roku Człowieka w cieniu Rylski osadza w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, wplątując głównego bohatera w mitomański flirt z rosyjską mafią. Choć zgodnie chwali go „Gazeta Wyborcza” i otrzymuje Nagrodę Literacką imienia Józefa Mackiewicza, na tym się kończy pasmo sukcesów. Dopiero na wydany rok później Warunek spłynął deszcz nagród, a było ich aż jedenaście! Nominacje do Nagrody Literackiej Nike oraz – chyba jeszcze ważniejszej – Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”. Rylski wrócił ponownie, wykorzystał elementy, które tak dobrze przyjęto u początków jego twórczości: akcja powieści toczy się w XIX wieku i za naszą wschodnią granicą, w tle pobrzmiewają powstania i wojenne pożogi, a zamiast wsi spokojnej, wsi wesołej znajdujemy obrazy ubogiej prowincji. Rzecz ściśle porównywano z debiutem Rylskiego, dodając, że jest to równie znakomita powieść. A skoro oba dzieła łączy tak wiele, przy czym stosunek nagród wynosi jeden do jedenastu, może kilka z nich, choć wręczone oficjalnie za Warunek, są jednocześnie wyróżnieniem dla Stankiewicza, niesłusznie pominiętego dwadzieścia lat wcześniej. Publiczność pamięta tę książkę, a pisarze są jeszcze bardziej pamiętliwi. Złośliwi powiedzą: nie tylko inżynierowi Mamoniowi podobają się melodie, które już raz słyszał.


III
Są i tacy, którym się nagroda należy, choć moda na nich przeminęła. W 2012 roku Ocalenie Atlantydy wyróżniono Nagrodą Literacką Gdynia, było też nominowane do Nagrody Literackiej Nike. Zyta Oryszyn, pisarka zapomniana, była znana szerszej publiczności głównie z faktu, że w latach 1962–1972 była żoną Edwarda Stachury. Nigdy nie spotkała się z czytelnikami na swoim wieczorze autorskim. Pierwszego wywiadu udzieliła grubo ponad czterdzieści lat od debiutu, właśnie (a może tylko dlatego) po otrzymaniu nagrody. Wydawałoby się, że spośród całej piątki ma najmniejsze szanse ze wszystkich nominowanych. Niemedialna, mało wyrazista, eklektyczna w swoim pojmowaniu misji pisarza. W kategorii „proza” konkurowali z nią Szczepan Twardoch ze swoją Morfiną, cztery opowieści o śmierci połączone w tomie Grochów Andrzeja Stasiuka, ciekawy niby-dziennik nowoczesnego antykwariusza pod tytułem Opowieść mężczyzny, który zarabia śpiąc Jerzego Kędzierskiego oraz nieciekawy Kebab Meister Darka Foksa o losach oficera armii ukraińskiej i polskiej z czasów międzywojnia. Cóż Festiwal Literaturomanii zyskałby, nagradzając schorowaną starszą kobietę na wózku inwalidzkim? A jednak najlepszą okazała się ta najsłabsza. Przegrani mogą tłumaczyć sobie werdykt w różny sposób. Chociaż są młodzi, aktualnie pożądani i uwielbiani, tworzą dzieła równie dobre warsztatowo i artystycznie, większe szanse na uhonorowanie zawsze będzie miał „starzec” z dorobkiem niż debiutant w procederze lub utalentowany czeladnik. Wynika to nie tylko z sumarycznego podsumowania, że w przypadku doświadczonego pisarza jego poprzednie książki tworzą wartość dodaną do tej ostatniej wyróżniającej się. A może wygrała po prostu Literatura. Świat literacki uznaje i kultywuje tradycję poszanowania dla starszego pokolenia. Nie umyka ono ich uwadze mimo ograniczeń technicznych (np. związanych z procesem pisania na maszynie, dotarcia do czytelników za pomocą mediów społecznościowych) i nadal zaprasza do stołu, do kontynuowania międzypokoleniowego dialogu, dzielenia się doświadczeniem. Tak naprawdę przegrali spin doktorzy, agenci, specjaliści od public relations.

Często są to święta bez głównego gościa. Zycie Oryszyn udało się odebrać nagrodę osobiście, jednak wielu laureatów, mimo najszczerszych chęci, nie może wspólnie ze swoimi czytelnikami cieszyć się z sukcesu. Dwóch poetów Młodej Fali po latach połączyły ciężka choroba i Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius. Julian Kornhauser (2016) już nie chodzi o własnych siłach, miał ich jednak na tyle dużo, by po przebytym udarze mózgu odebrać statuetkę osobiście. Stanisław Barańczak (2009), zmagający się od lat z chorobą Parkinsona, nie mógł już nawet przemówić zza oceanu. Przypadek ten pokazuje, że podobnie jak przy wigilijnym stole zawsze znajdzie się miejsce dla Nieobecnego. To, że go nie ma pośród nas, nie znaczy, że pamięć o nim zaginęła. Czasami taka nieobecność, jak w dramatycznym przypadku autora Jednym tchem, jest bardziej wymowna niż obecność setki innych zwycięzców.

IV
Nagrody lubią się spóźniać, gdyż kapituły panicznie boją się wydawać pochopne wyroki. Może boją się, że te nie potwierdzą się w dalszym rozwoju kariery pisarskiej triumfatora. Szybciej reaguje publiczność, ta od razu wie, co jest dobre. Czytelnicy wybierają to, co w danej chwili uważają za słuszne. Na członkach jury, w porównaniu do tych pierwszych, ciąży obowiązek odpowiedzialności za swoje decyzje, które później mogą być szeroko komentowane in plus, in minus. W 2003 roku w finale Nagrody Nike czytelnicy wybrali Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, decyzją jury wygrał… Zachód słońca w Milanówku Jarosława Marka Rymkiewicza. Dziś jest to koronny dowód na to, że decyzje kapituł są wolne od innych niż literackie okoliczności towarzyszących pisarzowi lub dziełu, chociaż wydaje się, że powtórzenie tego wyboru piętnaście lat później byłoby jeszcze większą odwagą.

Statystycznie najmniejsze szanse na otrzymanie nagrody mają piękni dwudziestoletni. Umierający młodo, żyjący szybko. Dla nich szansą są wyróżnienia rozdawane do czasu ukończenia założonej granicy wieku. Tak jest w przypadku Nagrody-Stypendium im. Stanisława Barańczaka; może ją otrzymać jedynie twórca przed ukończeniem trzydziestego piątego roku życia. Kolejka do nagród jest zawsze długa, a to ograniczenie pozwala skutecznie wyłuskać z niej młodych, zdolnych. Podobnie jest z Nagrodą Kościelskich: tu twórca może ją odebrać jedynie przed czterdziestką. Stąd też historia literatury mogła odnotować chociażby triumf Jana Komolki za napisanie Ucieczki do nieba (1981). Poznaniak stawiał dopiero pierwsze kroki na rynku wydawniczym i w istocie była to jego pierwsza i ostatnia książka oraz pierwsza i ostatnia nagroda, jaką otrzymał. Fundacja Kościelskich z biegiem lat nagradza jednak coraz starszych pisarzy. Od schyłku lat osiemdziesiątych laury przyznawane są skąpiej, bo wyróżnia się już tylko jednego pisarza, a nie kilku, jak bywało drzewiej. W ostatnich latach jury ściga się z PESEL-em zwycięzców, gdyż wielu z nich dostaje nagrodę w roku ukończenia czterdziestych urodzin (Marcin Kurek: 2010 rok, Andrzej Franaszek: 2011, Maciej Płaza: 2016). Jak już powiedziałem, członkowie kapituły nie spieszą się z wyborem, nie chcą powtarzać błędów przeszłości. Taki popełniono chociażby w 1962 roku, kiedy zauważono twórczość dwudziestosiedmioletniego Andrzeja Brychta, dziś zapomnianego przez podręczniki historii literatury.

V
Wiesław Myśliwski otrzymał Nagrodę imienia Adama Mickiewicza za całokształt twórczości, to jasne. Dlaczego przyznano ją właśnie autorowi Widnokręgu? Czy był to rewanż za pewne wydarzenie sprzed pięćdziesięciu lat?

„Mieszkałem wtedy jeszcze w Słupsku. Na Sienkiewicza spotkał mnie Leszek Bakuła, kolega po piórze. Mówił, że jedzie do Warszawy, bo tam wydają tak zwane witryny poetyckie i są spore szanse na publikacje. To były takie zeszyty z rysunkami i wierszami dobrze się zapowiadających poetów i plastyków. Kilka razy mu już odmówili, przesuwali termin wydania, zwodzili; jechał, żeby to ostatecznie załatwić. – Daj mi też swój maszynopis, może ci jakąś recenzję zrobią, będziesz chociaż wiedział, co piszesz – powiedział. Wcisnąłem mu teczkę z plikiem wierszy. Zawiózł i po trzech dniach wrócił do Słupska. Długo nie było odpowiedzi ani do mnie, ani do Leszka. Czekaliśmy kilka miesięcy. Co jakiś czas dzwonił on do redakcji, potem do mnie. I tak w kółko. W końcu odpowiedź nadeszła: postanowili mnie wydrukować, Bakułę odrzucili. W tym czasie przyszło powołanie do wojska, zdążyłem zostać podporucznikiem saperów, a gdy wróciłem w skrzynce na listy leżało zawiadomienie z Ludowej Spółdzielni Wydawniczej z prośbą o pilny przyjazd. Jak każdy prowincjusz, ubrałem się stosownie do okazji. Kapelusz, czarny garnitur, krawat. W portierni na Placu Grzybowskim, gdzie mieściła się redakcja, zostałem skrzętnie spisany z dowodu osobistego i wpuszczony na górę. W jednym małym pokoju, przy dwóch biurkach siedziało dwóch facetów. Gładko uczesany Stefan Melkowski, późniejszy profesor historii literatury, oraz o bujnej czuprynie, patrzący lekko bykiem Wiesław Myśliwski. Tylko się przedstawiłem, a oni od razu z pretensjami: – Jak to tak?! tyle na pana czekaliśmy, co pan sobie wyobraża, inni też czekają w kolejce, a pan nas olewa! Tłumaczyłem, że wojsko mnie zatrzymało, ale nie chcieli wierzyć. To było w pełni uzasadnione, sam nie wiem, czy bym uwierzył, gdyby mi to opowiadał mały niepozorny chłopak w okularach. Gdy atmosfera się uspokoiła zaczęli mówić, że projekt książki im się podoba, otrzymała dwie pozytywne recenzje wewnętrzne, tylko tytuł. Jaki tytuł? Ja nie wiedziałem. Wypaliłem: to może Kształt fali. – No… może być. Nie byli zachwyceni, ale zaakceptowali. Melkowski więcej się czepiał, Myśliwski był o wiele łagodniejszy w ocenie. Jego recenzja w «Twórczości» bardzo mi pomogła, do dziś z dumą czytam, jak pisze: «Autor – to człowiek z pewnością utalentowany, ktoś, kto jest na najlepszej drodze do znalezienia samodzielnego, poetyckiego wyrazu dla swojej osobowości». Mam nadzieję, że przez te pięćdziesiąt lat się wyrobiłem” (Wypowiedź Jerzego Grupińskiego – wywiad przeprowadził Sebastian Walczak, 11.02.2019).

Dobrze, że Wiesław Myśliwski otrzymał tę nagrodę. Lepiej późno niż wcale.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.