03/2020

Małgorzata Walczak

DPS.
Deus Providebit Sempre

− Te pierogi są inne niż ostatnio, dużo gorsze. − (Są te same). − Za mało pieprzu i soli, w ogóle nie przyprawione. − Ślimak pieroga znika w nagich dziąsłach. Palce rozcapierzone celują w powietrze, tylko kciuk i wskazujący jakoś dają radę widelcowi i grawitacji. Artretyzm.

Pani Maria leży na swoim zdalnie sterowanym łóżku jak na lotniskowcu. Zdalnie steruje światem, telewizorem, wszystkimi pielęgniarkami i mną dwa razy w tygodniu.

− Teraz uwaga − mówi donośnie (głos starzeje się wolniej niż reszta) − jedziemy do góry, haha, jedziemy na dół, ale zabawa. − Kto by pomyślał, że mała dziewczynka jeszcze nie umarła i wydziera się od środka, jakby wpadła do studni i wszyscy o niej zapomnieli. Czasem wygląda też zza wyblakłych szyb oczu, wtedy ożywają na chwilę, jakby ktoś przetarł brudne okno wierzchem dłoni.

Kawałki ruskich pierogów znikają jak glisty w czerwonej jamie. Trzeba nakarmić tego nienasyconego nigdy potwora, ciało nieustannie domaga się zachodu. Usta otwierają się i zamykają. Ciamanie jest dobre jak każdy odgłos życia.

− Wie pani, wczoraj miałam sraczkę. − (Nie wiedziałam). − To po tej sałatce, co nam ją dali na kolację, wszyscy srali.

Oni są źli, to najeźdźcy z planety życie, to za przeproszeniem pracownicy życia, różowi i tłuści, zatrudnieni jednak przez śmierć. Chodzą wokół porzuconych kości, ledwo powleczonych skórą. Rano pachną powietrzem, a po południu zupą. Mówią po imieniu i za głośno. Nawet kiedy nie ma takiej potrzeby. Pani Maria na przykład słyszy uszami swojej małej mieszkanki. Po co krzyczeć do dziecka. Dziecko wszystko słyszy, chociaż nie wszystko rozumie. Ale nie ma już po co rozumieć, bo dorastania nie będzie.

− Ratunku − słychać raz po raz.

− Niech pani się nie przejmuje − (Przejmuję się trochę) − to jakiś nowy za ścianą.

− Pójdę jednak sprawdzić, pani Mario.

− Nieee. − Nie chce oddać uwagi ani na chwilę, zwłaszcza komuś nowemu. − Niech pani siedzi.

Idę. Za ścianą pusty pokój, nikogo. Wracam na lotniskowiec i kątem oka widzę w łazience opuszczone spodnie, z których wyrastają nogi.

Pan Stanisław, intronizowany dwie godziny temu, zapomniany król łazienki. Pielęgniarz Grzesiu ma dziś wyjątkowo dużo pracy, a ratunku, przeplatane kolędami w czerwcu, na nikim już nie robi wrażenia.

− Nic się nie stało − mówi król Stanisław i odjeżdżają z Grzesiem w lekkiej dwukółce. Macha mi na pożegnanie, dziękuje.

− Ależ proszę bardzo, cała przyjemność po mojej stronie.

− Widzi pani, jacy Oni są. − (Widzę). − Dobrze, że pani kazałam iść. − (Tak).

W jadalni, bawialni oglądane są kreskówki. Dzięki pani Emilii nieustannie trwa też Boże Narodzenie.

− Idioci − mówi pani Maria. − Widzi pani, (cóż) w lecie kolędy jadą.

Z kreskówek nikt się nie śmieje ani z kabaretów. Nikt nie odgaduje haseł z Familiady.

Prawdopodobnie nawet nikogo tam nie ma. Przechodzę jakby przez las, z którego uciekły wszystkie zwierzęta. Co nie znaczy, że jadalnia nie spełnia swojej funkcji. Na zielonych ceratach trzy razy dziennie odbywają się pikniki. Potem można palcem rysować kompotem małe rzeki.

− Nie babraj się, tylko jedz.

Na ścianach u pani Marii żadnego świętego obrazu, oprócz papieża na kalendarzu, ale odgrywa na nim poboczną rolę. Najważniejsze są cyfry dni, po których pani Maria żegluje na lotniskowcu. Pierwszy raz widzę starość bez pobożności.

− Widzi pani, dziś mam dzień sikania. (Widzę tylko pidżamę wypchaną pampersem).

− Co drugi dzień mi dają tabletki na odwodnienie. Sikam w dni parzyste – mówi, patrząc na kalendarz.

− Czy nie chciałaby się pani wyspowiadać? − przypomina mi się.

− A po co? W zeszłym roku byłam na Boże Narodzenie.

Koniec ewangelizacji.

Na ścianie dwa obrazy – kwiaty i Wenecja.

− Kupiłam przez Internet za dwieście złotych (Oni kupili). Nie żebym lubiła Wenecję czy coś, nie było innych.

Koniec wykładu ze sztuki.

− Te banany niech pani rozerwie i włoży do szafki. Trzy tylko, bo potem gniją. Muszę nimi dojadać, bo tu mało dają. Wczoraj była kiełbasa, w grubej skórce, kto to widział. Jakby nie te banany, to by człowiek z głodu zdechł albo srał po pachy. Koło kubusiów niech pani położy, widzi pani? (Zawsze to samo miejsce).

Rozpoczynamy litanię do wszystkich chorób.

− Jestem z rodziny bolibrzuchów, tak o nas mówili (haha), mój ojciec miał z żołądkiem, matka miała z żołądkiem i ja też mam z żołądkiem. Nadkwasota, wie pani. (Wiem).

− Co było dzisiaj na obiad?

Pytanie o dzisiaj jest zawsze za trudne. Pani Maria marszczy czoło.

− Hmm, nie pamiętam, ale mogę pani powiedzieć, co było dwadzieścia pięć lat temu. Haha.

Tak sobie rozmawiamy. Na łóżku obok pani Matylda wraca z chemicznego snu. Budzi się tylko ciało. Umysł nie dołączył i wyziera dalą z jasnych oczu.

− Chce pani bananka, pani Matyldziu?

− Ona nie chce, niech jej pani nie daje. (Daję).

Dłonie są ciepłe i delikatne. Mała małpka łapie bananka i memła dziąsłami. Włosy są jak puszek na głowie dziecka, lubi, kiedy się ją głaszcze po głowie. Na chwilę wszystko znowu ma sens.

− Ona jest złośliwa. Teraz już nic nie może zrobić, ale w zeszłym roku chciała mnie zabić koszem na śmieci. Tym tu. Wołałam ratunku tylko z pół godziny. Inaczej byłoby po mnie.

Rozbrojony winowajca odwraca się plecami. Znowu jesteśmy same w pokoju.

− Ona ma córkę, ale daleko. Była tu dwa lata temu. Ciastka zostawiła.

Pani Maria wygładza rękawy pidżamy, wygładza wszystko.

− Oni mi tyle rzeczy pogubili w praniu, w szafie mam nowiuśką pidżamę. Siostrzenica mi przywiozła. Turecka, sto procent bawełny, niech pani zobaczy. (Idę).

− Jest sto procent bawełny?

− Jest.

− A widzi pani, nie zakładam, bo mi znowu zgubią. Bo ja kąpana jestem raz w tygodniu i potem zawsze zakładam świeżą pidżamę. Ale tej mi szkoda. Tyle mebli zostawiłam, dobre meblościanki. Oni to pewnie wszystko posprzedawali. Tyle ubrań, bo ja się lubiłam ubrać. W technikum rolniczym byłam główną księgową. Wszystko w mieszkaniu zostało. Mieszkanie zostało. Za mało wzięłam. Trzydzieści pięć tysięcy. Mogłam czterdzieści.

Zbliża się siedemnasta, więc przenosimy się do Turcji. Ulubiony serial.

− To strasznie ładni ludzie są.

Ludzie kochają się w nim dramatycznie. Kobiety w pełnym makijażu ronią okrągłe łzy na gładkie policzki. Płaczą nad wysokimi brunetami o śnieżnobiałych zębach, którzy obejmują już identyczne kochanki. Kiczowata pocztówka z dalekiego kraju na odrapanej lodówce.

Czasem patrzę za okno. Na mur cmentarza. Na przystanku dps, między życiem a życiem, czeka szkolna wycieczka.

− Oglądam jeszcze Kryminalnych, wie pani, zawsze we wtorki. To jest matka tej tu (dalej jesteśmy w Turcji), a tamten to jej zaginiony przybrany brat. Ona nie wie, że to jej brat, i się w nim kocha.

− A matka wie? − pytam.

− Chyba wie, ale nie pamiętam. Właściwie nie wiem, czy to ta matka, czy nie ta. (Aha). We wtorki oglądam jeszcze Gliniarzy. Same zabójstwa. Ma pani ten program? (Mam). To niech pani sobie włączy, we wtorki. Bo ja to mam na trójce, a pani ma trójkę? (Mam).

A widziała pani występ Mazowsza, taki zespół (wiem, nie widziałam). Pięęęęknie śpiewali, przepięknie. Nasi byli, bo kadrowa załatwiła parę biletów i ci najlepsi pojechali, co jeszcze chodzą i trochę się orientują. Ja bym pojechała, ale jak. Od dziesięciu lat już leżę. Kiedyś miałam chodzik, tam stoi, ale już od dawna nie używam. Jeszcze zanim tu przyszłam, chodziłam chodzikiem, w domu, wie pani (tak). Ile razy się człowiek wywalił. Dałam sąsiadce klucz, żeby w razie czego mnie podnieśli.

Telefon miałam specjalnie nisko na półce, żeby się doczołgać. Ale raz leżałam dwa dni pod stołem w kuchni. I wtedy tu przyszłam. Ci sąsiedzi to byli dobrzy ludzie. On tylko pił, ale tak był bardzo dobry. Ja bym kiedyś do nich zadzwoniła, jakby pani była taka uprzejma, zapłacę za połączenie (nie trzeba). Tak? To świetnie, przed świętami zadzwonię z życzeniami. Ona mnie tu odwiedziła parę lat temu, każdy zajęty, ja to rozumiem.

Idzie już pani, a kiedy pani znowu przyjdzie? (A kiedy mam przyjść?) Najlepiej pojutrze, bo jutro przychodzą takie wolontariuszki. One tu czasami przychodzą (wiem), nie zawsze, ale czasami. Modlą się na jadalni z tymi tam i śpiewają piosenki religijne. Jedna mi przynosi mus z jabłek. Wie pani, jabłka tanie są. Dwa słoiki mi zawsze przynosi. Kiedyś mi przyniosła winogrona, bo jej mówiłam, że mi się strasznie chce winogron, ale że nie mogę skórek ani pestek. To wszystkie pestki wybrała i obrała skórki.

− Do widzenia, pani Mario.

− Do widzenia i dziękuję pani.

− Nie ma za co.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.