03/2020

Klaudia Rogowicz

Drzwi, drzwi, drzwi itd.

Agata pudrowała podbite oko, wracając z koncertu The Dumplings, została napadnięta przez dwóch typów śmierdzących berbeluchą. Zabrali sto złotych i bilet, do tego głupio się śmiali. Grupka wyrostków stojących naprzeciwko wcinała czipsy i szeptała coś do siebie.

− A mówią, że młode pokolenie jest takie liberalne! − pomyślała z goryczą.

Gdy idzie ulicą, nikt się za nią nie ogląda, nikt nie nazywa aniołem ani kopią Anji Rubik. Wszyscy albo dziwnie się patrzą, albo śmieją, co znakomitsi gieroje wyzwą od dżendera.

− Masz urodę, nadajesz się do modelingu − mówił jej chłopak po tym, jak wróciła z operacji w Tajlandii.

Była na okładce dwóch pism, a potem zaczął się hejt. A to ktoś namalował sprajem na drzwiach pedał, a zaraz potem jej yorka Dinksa otruli kiełbasą ze szkłem. Jej chłopak zniknął w katowickim Spiżu z jakąś dziewczyną, na fejsie napisał, że woli prawdziwą cipkę. Chciała się zabić, ale uratował ją telefon ze znanej gazety, szukali osób do wywiadu, odmówiła.

Telewizor grał w drugim pokoju, gruby polityk grzmiał, że trans to nie człowiek, a gej to nie mężczyzna, jego oponentka poprawiła czerwone włosy i zaczęła wytykać brak zahamowań w życiu prywatnym, pokazała screen ogłoszenia erotycznego, gdzie opisywał, że lubi spanking.

Gdy Agata poszła na Czarny Protest, w zawierciańskim piekiełku rozpoczął się festiwal nienawiści.

− Ty nawet kobietą nie jesteś, kto by Cię zgwałcił?! − napisał na Messengerze ksiądz z Myszkowa. (Potem wyszło, że miał konto na Grindrze).

Czarny Protest stał się dla niej żałobą po godności, której pozbawili jej ludzie.

Przypomniała sobie, że zapomniała o bułkach, założyła ulubioną bluzkę z Zary i szpilki z Ali Express.

− O, Michałku, co ty, na Halloween się przebrałeś?! Przecież jest dopiero lipiec! − stwierdziła sprzedająca w sklepie pani Basia.

− Halloween im w głowie mąci! Stąd ten dżender! − dodała starsza pani z wpiętym w bluzkę znaczkiem Radia Maryja.

Agata wybiegła z płaczem, usiadła na ławce, miała wrażenie, że ktoś się na nią patrzy. To był pan Wawrzyniec, zawsze jej się podobał, przypominał rotmistrza husarii. Jako nastolatka podkochiwała się w tych wszystkich nowożytnych dowódcach i mężach stanu.

− Oni to pedałów lali po łapach! − wołali ludzie z gimnazjum.

− Czy nie widzicie, debile, że mam na imię Agata?! − odgrażała się.

W szkole miała jedną koleżankę, ale potem ona wyjechała do ojca, który mieszkał w Newark. W liceum na szczęście nikt się z niej nie śmiał. Zaliczała swoje pierwsze razy, zarówno z kobietami, mężczyznami czy osobami trans. Na osiemnastkę zamówiła sobie prezent w postaci sesji u dominy, ale nie podobało jej się.

Na studiach poznała swojego byłego, niby ją akceptował, lecz czasem żalił się do kumpli.

Wawrzyniec wpatrywał się w nią z rozmarzeniem, zaczęli od small talku, by przejść przez Trybunał Konstytucyjny, reformę szkolnictwa, aż do filmu Tylko nie mów nikomu. Gdy skończyli na omawianiu wyniku wyborów do Europarlamentu, zaproponował jej przejażdżkę na Górę Zborów, przytaknęła.

Zachód słońca odbijał się w ich spojrzeniach, wzięła szpilki do ręki, raniła stopy o szyszki i sarnie bobki, pocałowali się na szczycie. W jaskini skrytej wśród ostańców spędzili najpiękniejsze chwile w życiu, nocą biegali nago, tańcząc na cześć księżyca. Odwiózł ją pod blok, gdy świtało.

Rozespana Agata z radością zaczęła dzień, choć niewyspana, miała wrażenie, że swoje trzydziestoczteroletnie życie zaczyna od zera. Zaniepokoiły ją ciągle przychodzące powiadomienia. Jej ręce drżały, wahała się przed naciśnięciem ikonki. Ciekawość dała za wygraną, to nie był nowy świt, ale bezczelnie otwarta Puszka Pandory.

„Tego dziwoląga trzeba spalić na stosie, Tranzystory na słupy, Ja jego na pal”, a u góry ledwie zamazane ich zdjęcie, autorka zamiast swojej podobizny umieściła awatara z dumnie prężącym się Sobieskim na tle biało-czerwonej flagi. „PROFESOR WAWRZYNIEC KOMINIARSKI Z I LO ZARAZIŁ SIĘ GEJOZĄ. OTO DOWÓD NA TO, DO CZEGO MOŻE DOPROWADZIĆ POPIERANIE KOD-U I KOALICJI OBYWATELSKIEJ!” − wył capslookowy tekst.

Agata zemdlała, nie pamiętała, jak długo leżała na ziemi, przewijały jej się dwa wyjścia − relanium i bilet Wizzairu. Wpatrywała się w sufit, flary pulsowały w oczach, drzwi otwierały się w stronę Raju™ i Raju na Ziemi. Oparła się o prawą rękę, analizowała ciąg Fibonacciego dywanu z Ikei.

Wawrzyniec miął w ręku kartkę, czytając maila z wypowiedzeniem. Otwierały się coraz to nowe drzwi, oboje nie otwierali żadnych, czekali…

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.