12/2020

Stanisław Chyczyński

Dyżur ciało‑nocny

Wyobraźcie sobie piękne, słoneczne popołudnie w wielkim mieście K., kiedy przedmioty wyglądają niczym rzeźbione nożem potężnym jak dwuręczny miecz. Ich bryły są wyjątkowo ostre, osobne, olśniewające konturem wyrazistym jak na niektórych obrazach Cranacha starszego. Zapewne w taki dzień z najwyższych wieżowców znakomicie widać Tatry. Tak o tym myślał Franciszek S., artysta rzeźbiarz, wracający do domu akurat przez planty pełne ludzi, którzy co jakiś czas zwracali uwagę na jego extrawagancki ubiór: rozchełstane traperki, spodnie polowe khaki, koszulkę młodzieżową z nadrukiem MOTORHEAD, lekką marynarkę z podwiniętymi rękawami, no i oczywiście – bordowy beret po matce. Długie, rozwiane włosy czyniły go trochę zniewieściałym. Był kawalerem w wieku Chrystusowym. Potężnie zbudowany (z ramionami muskularnymi, grubymi nadgarstkami) przypominał prowincjonalnego chłopa. Za wątpliwą ozdobę jego twarzy trzeba by uznać łagodny, acz nazbyt wyrośnięty organ węchu. Natomiast oczy – wielkie, rozmarzone, wręcz nieprzytomne, jakby stale zapatrzone w cienie światów alternatywnych, oczodoły mięsiste, okraszone ciemnymi grubymi brwiami – te oczy zawsze podobały się kobietom. Wydatna szczęka stanowiła doskonałą oprawę dla mocno zarysowanych ust. Jednak Franciszek S. myślał o sobie, że jest dość szpetny i pospolity, ot, ucywilizowany wiejski kundel… Ale nie miał na tym punkcie komplexów, znał swoją wartość jako człowiek twórczy, pełen zapału i energii, wprost – pasjonat. Jego wybujały indywidualizm przejawiał się licznymi dziwactwami, jakie szokowały stereotypowo myślących biznesmenów i ludzi sukcesu. Na przykład wcale często golił się krawieckimi nożyczkami, jadał ryż pałeczkami do perkusji, ziemniaki obierał imitacją romańskiej mizerykordii, na biurku trzymał czaszkę rysia (bez żuchwy) jako przycisk do papierów. Sąsiedzi nazywali artystę „oryginałem”.

Franciszek S. wracał właśnie do domu wściekły i rozgoryczony, napompowany agresją do granic wytrzymałości, miał ochotę bić przechodniów, kopać jęczących żebraków o zapijaczonych gębach, pluć pięknym i eleganckim paniusiom w oczy, którymi nazbyt śmiało omiatały jego cudacką sylwetkę. Był teraz chodzącym workiem dynamitu, rada parafialna plus komisja konkursowa odrzuciły bowiem jego awangardowy projekt pomnika św. Wojciecha, o czym powiadomił go młodziutki wikary z widocznym zakłopotaniem na twarzy Adonisa. „Sztuka jest sprawą wielkich, maluczkich stać tylko na sztuczki” – zostawił biednego kapłana z tą dwuznaczną parafrazą, odwrócił się bez ukłonu i wybiegł z plebanii. „Dlaczego mi to uczyniłeś, Boże???” – wołał w myślach raz po raz niczym furiat skrępowany pasami bezpieczeństwa. Szedł wielkimi krokami, a ręce musiał siłą trzymać przy sobie…

Spotkał ją pierwszy raz – leżącą w bramie, kompletnie pijaniuteńką, ubraną w obszerny niemodny prochowiec. Po tradycyjnych pończochach poznał od razu, że jest profesjonalistką. Cuchnęło od niej moczem, rzeczywiście – prawą stronę miała zalaną, na płaszczu widniała duża ciemnobeżowa plama. Pochylił się nad leżącą, zaglądając spojrzeniem w różne jej zakamarki – w enklawę damskiej abnegacji.

– Co pani tu robi? – zapytał głośno, podnosząc do światła jej wynędzniałą twarz.

– Spierdalaj! – wybełkotała kobieta, patrząc przed siebie zamglonym wzrokiem. Franciszkowi zrobiło się niedobrze, poczuł dziwny ból gdzieś powyżej splotu słonecznego.

Kiedy taszczył ją po drewnianych schodach na górę (pracownię miał na poddaszu), wyszedł cieć, specjalizujący się w bacznej obserwacji. Właśnie nieznajoma, przewieszona przez ramię barczystego mężczyzny, zaczęła zwracać pochłoniętą rzeczywistość, wielkie „pawie oka” spadały na drewniane stopnie. Było mu cholernie wstyd.

– Panie Franku, to kurwa, niechże ją pan zostawi!

– Biedna jest, trzeba jej pomóc – wysapał, taszcząc ją dalej. Tam w dole wyobrażał sobie nalaną twarz gospodarza domu, na której zawisł szczerbaty uśmiech gminnej ironii. „A kto to posprząta?! Samarytanin się znalazł, psiakrew!” – usłyszał za plecami komentarz ciecia, który nierzadko mówił sam do siebie. Drzwi do mieszkania otworzył z klucza, położył bełkoczącą panienkę na dywanie, z ulgą wycierał sobie facjatę, skutecznie zalaną potem. Wszak wniesienie „cielska” na czwarte piętro okrutnie go zmęczyło. Zasapał się wzorowo, co go niemile zaskoczyło, gdyż przypisywał sobie kondycję buldożera. Odpoczywał długą chwilę, deliberował, a później nie bez odrazy zajął się śpiącą na dywanie.

Kiedy się obudziła, była wykąpana, ubrana w męskie łachy i przykryta włochatym kocem. Franciszek siedział na wprost, patrząc badawczo. Miała zniszczone, ale bujne, falujące rude włosy, duże zielone, bezczelne oczy, obmacujące jego postać bez cienia żenady. (Wzrok jeszcze trochę mętny!) Nos delikatnie orli, proporcjonalny, zmysłowe, bezbłędnie wykrojone wargi i wystające kości policzkowe. „Bosko ciosana głowa” – skonstatował niemo Franciszek. Kraciasta, trywialna piżama skrywała wielkie, jędrne, gruszkowate piersi. Ich bogactwo obejrzał dokładnie, korzystając z okazji zabiegów higienicznych. „Wstyd to najbardziej ludzkie uczucie!” – pomyślał przed momentem. Powietrze tężało od idiotycznego milczenia, więc nie zwlekając, zapytał:

– Jak masz na imię?

– Roxana.

Usłyszawszy zaskakującą odpowiedź, roześmiał się z powodu kretyńskiego zbiegu okoliczności. Oto bowiem melodyjny hicior Policjantów, pioseneczka Roxanne zawsze rozczulała go do łez. Kiedy lider kapeli przeciągał w refrenie owo zawołanie „Roooxaaanne”, jemu chciało się wyć niczym postrzelonemu wilkowi do Luny w pełni. Dlaczego? Osobista zagadka. „No, cóż, zdarzają się takie irracjonalne reakcje” – kwitował w myślach swoje spodziewane wzruszenie. Jednak inteligentna nieznajoma wyczuła od razu, że coś tu nie gra, szybko więc objaśniła Franciszka, że to tylko jej zawodowa xywa, ale niech tak zostanie.

– Zrobię ci mocnej herbaty – zaproponował uczynny gospodarz. Gość rozchylił wargi w półuśmiechu. Kiedy Franciszek oddalał się w stronę kuchni, usłyszał za sobą:

– Byłam z tobą? Nic nie pamiętam, film mi się urwał…

– Nie, znalazłem cię w bramie.

Był powściągliwy. Kobieta podziękowała mu szerokim uśmiechem, a Franciszka przebiegł dreszcz, znajdując kres w okolicach pięt. Poczuł się jak rażony piorunem – dziewczyna była w jego typie, przed kwadransem zaczął podziwiać jej urodę. Na przykład te ostro zarysowane brwi – bez śladu modnej, powszechnej depilacji. (Od dłuższego czasu Franio głowił się nad problemem, dlaczego najpiękniejsze kobiety chcą „być dla wszystkich”?). Teraz próbował ukryć zainteresowanie jej wyglądem pod maską zimnej, cynicznej obojętności, ale ona dostrzegła to w jego rozmarzonych źrenicach i poczuła przypływ życiodajnej nadziei. Zaczęła się do Franciszka przymilać – pośrednio, nienachalnie, za pomocą nikłych impulsów na obrzeżach samczej percepcji. Talent do kokieterii ma każda kobieta.

– Mogę zostać na noc?

Pytanie było wypowiedziane z premedytowaną nieśmiałością, zaprawione autentyczną obawą przed zdemaskowaniem. Uśmiechnęła się najzalotniej, jak tylko umiała, obnażając równe, mocne, pożółkłe od papierosów zęby. Odwróciwszy leciuteńko głowę, zerknęła na swego wybawcę z pokusą godną utalentowanej aktorki. Franciszek, wietrząc nieszczęście w tej przygodzie, nie podskoczył z radości pod sufit, chociaż przybłęda niezwykle mu się podobała fizycznie. Niepokój potęgowało jakoby prorocze zdarzenie, którego doświadczył wczoraj przed pójściem na plebanię. Oto – kiedy sprzątał ze stołu – wyleciał mu z ręki ulubiony spodeczek po babci. Franciszek patrzył bezradnie, jak kolorowy krążek z porcelany spada na podłogę i rozpryskuje się na wszystkie strony. Przypominało mu się to w zwolnionym tempie. Ostrzeżenie, przestroga, omen. Artysta interesował się teologią i podobne incydenty zaliczał do metafizycznych sygnałów, wymykających się zasadnej racjonalizacji. Ludzie, którym nieobce są elementarne doświadczenia religijne, wiedzą, o co chodzi.

Patrzył niepewnie na pytającą twarz nieznajomej, jakby z rezerwą dotykając wzrokiem jej drobnych blizn, opuchlizny pod oczami i rozmazanego tuszu do rzęs. Ona wyczuła jego wewnętrzne rozterki, tedy przerywając nieznośną, ogromniejącą ciszę, rzuciła z przekonaniem:

– Dobra, ojciec, jeśli nie chcesz, daj mi na bełta, a pójdę sobie!

– Nie, na razie zjemy porządne śniadanie, potem zobaczymy…

Franciszka wprawdzie ucieszyła (w skrytości ducha) ta naprędce sklecona, wymijająca odpowiedź, ale brak natychmiastowej, męskiej decyzji już zwiastował jego przegraną. „Chce mnie lepiej poznać, wybadać!” – pomyślała zmęczona kobieta, zapalając znalezionego papierosa. – „Ale będziesz mój…”

[…]

[ciąg dalszy można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.