11/2019

Andrzejewski, Miłosz Waligórski Piotr

Gać, między dawnymi i młodszymi lata

W kuchni pod sufitem wisi roztoczysty dzwon. To zapach unosi się nad palnikiem, który poczmistrz przez słabość do Konopnickiej nazywa fajerką. Tania gotuje pielmienie i barszcz ukraiński. Trzeba przyznać, że robi to z wdziękiem. W kilku ruchach pierożki zamienia w kamiuszczki, a zupę w Morze Martwe – wszystko dzięki soli. Wonności wodzą za nos i do stołu przyciągają wygłodniałego małżonka.

Źródłem sukcesu jest farsz sporządzany według przepisu jej ojca, kucharza samego Leonida Breżniewa. W dzieciństwie Tania podglądała, jak pichci, i zapamiętywała recepty. A Spirydon, bo tak papa miał na imię, nie stronił od eksperymentów. Pracował w słynnej willi nad jeziorem Issyk-kul, do której pierwszy sekretarz prawie nie zaglądał. Mógł więc swoje recepty udziwniać, dostosowując je do własnego widzimisię.

Jego coraz fikuśniejsze propozycje testowali wyłącznie najbliżsi, a kiedy od ruskiego dzwonu w willi zjawiał się Leonid Iljicz, na widok i na smak serwowanych dań włosy stawały mu dęba, a język kołowaciał, jakby ktoś właśnie zapytał go o sytuację w Polsce.

– Toć to wygląda jak przyprószone trupkami wierchy, a smakuje… jak foie gras z wątróbek tzw. polskich komunistów! Wot, karpatka na spirycie! Fu! – gromił Spirydona, lecz uraczony przez niego standardową porcją fast foodu, który dostarczano im specjalnym helikopterem prosto z Alaski, potulniał jak baranek zmieniony w potrawkę.

Ten ukraiński car Wszechrusi i okolic panicznie bał się bowiem otrucia i tak naprawdę jadał w zasadzie tylko odgrzewane hamburgery oraz hot-dogi. W ten sposób władca z podwładnym osiągali wzorcową dla demokracji ludowej równowagę. Spirydon miał święty spokój, a satrapa pełen brzuch i głowę wolną od zmartwień. Wilk był syty, owca cała, a potomstwo przyuczone do zawodu. Oto owoc dojrzałego socjalizmu: jabłko, co spada bliziutko jabłoni. Plus dwie szczypty soli.

– Puk! – to renkloda obija się o drewno. Tania dalekosiężnym rzutem trafia w brakującą klepkę poczmistrza, który w spodniach uprasowanych na kant i w laczkach na bose nogi zgarbiony nad stołem pokornie czeka na przydział posiłku. Nie rusza się, nie oddycha, jakby dosłownie wziął sobie do serca hasło wymalowane białą olejnicą na bocznej ścianie poczty: „Ruch to stara kurwa”. Żona żywo krząta się przy garkach, owoc turla się po deskach podłogi.

Wyrwany z niemyślenia listonosz półprzytomnie wodzi za nim wzrokiem, dopełza do ściany, wdrapuje się po niej na wysokość komina, gdzie stoją przykryte rynki z gorącym, dopiero co zdjętym z fajerki jedzeniem. „Ech, Konopnicka, suwalska krajanka; ta w moim wieku już dawno żyła sobie sama, z dala od wyrodnych bachorów, a miała ich przecież trzy razy więcej niż ja. Uciec, uciec, kiedy mi się uda?”, wzdycha w drodze z półsnu, którą zaraz skraca seria komend:

– Zrób dzieciom śniadanie! Roznieś po pokojach! Tu jest tacka! No już, raz-raz!

– A pielmienie, barszcz, rynki?

– To będzie na obiad. Teraz wymyśl coś innego. Ja na 14:15 idę do urologa.

– Przecież w Gaci nie ma urologa.

– W Gaci nie ma, ale w „Gaci” jest. To ten warszawiak, narrator z pierwszego rozdziału. Dzisiaj odegra rolę urologa. I demistyfikatora mymłona. – Ostatnie zdanie Tania wypowiada szeptem, który słyszą tylko osoby trzecie, czyli czytelnicy.

– Aha.

Żona opuszcza mieszkanie, a listonosz najpierw kładzie się na stole twarzą do drewna, a potem, doszedłszy do siebie, wstaje i łapie się przez ubranie za brodawkę: stymuluje w sobie rodzicielskość. Kontrolowany przypływ miłości pozwala mu wziąć się za kaszankę. Człapie od mopsożelaznego pieca do lodówki i z powrotem. Tak kilka razy. Marzenia rozbijają się o kant spodni. Roiły mu się dalekie podróże, a wskoczył w laczki ojca, który śniąc o alpinizmie, wspinał się najwyżej pod sufit pokoju.

„Najpierw trzeba poznać samego siebie, a dopiero później ruszyć do innych ludzi – pociesza się bez przekonania. – Nie wiem, gdzie trzustka, a ciągnie mnie w świat, / palcem na mapie tropię Baleary, / tymczasem w głowie czeka Angkor Wat. / Tak, tak”, uśmiecha się jambicznie, kiedy nagłym wspomnieniem wraca do niego dziadek Jacek. „Ciekawe, jak on by się zachował w takiej sytuacji. Pewnie nie kiwnąłby palcem, co najwyżej po to, żeby wykręcić numer najbliższej pizzerii i zamówić jedzenie do domu. A ja co? Ja jestem nowa generacja tatów!”, zagrzewa się, by we wcale a wcale niewymuszonym akcie ojcowskiej czułości podejść do kuchenki i z przylepionym uśmiechem wykonać zadanie, które, gdyby nie żona, z pewnością sam by na siebie nałożył.

Tak więc: w kaszankę wbija jajka, dla kurażu posypuje je liśćmi bobkowymi – boi się, że dziecki go zgromią – masłem smaruje dwie solidne pajdy chleba, najpierw pierwszą, wolno i dokładnie, potem drugą, szybko i powierzchownie, nalewa do kubeczków zielonej herbaty, słodzi, przez stres lub nieuwagę miesza ją łyżeczką do butów, dwa razy w lewo, dwa razy w prawo, dwa razy w prawo, dwa razy w lewo, aż do zupełnego rozpuszczenia i kompletnego rozproszenia uwagi. Ruchy ma, rzecz jasna, kocie, a na jego twarzy nie odmalowuje się monotonia. Jest wcieleniem euforii. Selbstverständlich!

Posiłek stawia na rzeczonej tacce i chybotliwym krokiem, dzwoniąc naczyniami i zębami, udaje się do dziecięcego pokoiku Jagody, piętnastoletniej córeczki nazwanej tak przez matkę na cześć wielkiego Gienricha Grigoriewicza. Rzadko do niej zachodzi, albowiem zdobna intarsjami ze Stalinem jagodowszczyzna – jak domownicy mówią na tę izdebkę – prawie zawsze jest zamknięta na plastikową kłódeczkę, a na klamce wisi karteczka: „Ty, który wchodzisz, popadasz w niełaskę”.

Tym razem jednak drzwi stoją przed nim otworem. Zatrzymuje się na progu. Z wysokich półek patrzą nań żelazne statuetki Feliksa – nagrody za celujące wyniki w nauce. Tacka drży mocniej, z kubeczka ulewa się troszeczkę czaju. Poczmistrz nie chce przeszkadzać, ale zachęcony wyobrażeniem tego, co spotkałoby go w kuchni, gdyby wrócił z pełnymi rękami i nie daj Boże jakimś cudem spotkał tam Tanię, postanawia swoją misję doprowadzić do końca. Córki stąd nie widać. Siedzi gdzieś w głębi pomieszczenia zastawionego piętrami gumowych tablic.

Tak, ta piętnastoletnia uczennica gackiego gimnazjum im. Ludwika Braille’a, primus inter pares i świadectwo z paskiem, Jagoda Listowna z klasy 2B, chcąc uczcić dwusetną rocznicę śmierci patrona swojej szkoły, postanowiła przeczytać dzieła zebrane Józefa Ignacego Kraszewskiego w alfabecie dla niewidomych. Nie żeby miała problemy ze wzrokiem, bynajmniej. Po prostu, sama uważając się za wybrankę losu i pomazankę natury (stąd chleb z grubą warstwą starannie nałożonego masła, ojciec zna ją na wylot), pragnie w ten sposób uświetnić jubileusz innego piętnastoletniego geniusza. W tym wieku Braille dokonał bowiem swojego okrycia, a że zmarł w 1852 roku, Jagódka ma czas do 2052, by przebrnąć przez sześćset powieści Stachanowa polskiego romantyzmu.

Głęboko wierzy w sukces, ponieważ ilość, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, zawsze z czasem przechodzi w jakość. Obliczyła, że dopnie swego – przez czterdzieści lat przerzuci tonę tekstu – dziennie pochłaniając nie więcej niż dziesięć stron. Czyta rano od szóstej do siódmej, niespiesznie wodząc opuszkiem najmniejszego palca po trójwymiarowych znakach i głośno akcentując każde słowo. Potem przyjmuje gości. Ekipy telewizyjne i radiowe, osobistości świata kultury i sztuki, celebrytów, dyrektorów instytucji państwowych i pozarządowych, wycieczki z zakładów pracy itd.

Spiętrzone złogi gumowych tablic tworzą zwałowisko, przez które do środka pokoju biegnie wydrążony labirynt. Tam, głęboko, poczmistrz woli się nie zapuszczać. Stoi więc w progu i nawołuje: – Jagódko, śniadanko! Jagódko, śniadanko! – a Jagódka wynurza swą mądrą główkę z gąszczu nawarstwionych płytek o wypukłych punktach i karcąco odpowiada: – Ojcze, nie teraz, przecież mam tu TVP KulturĘ! – I rzeczywiście, zza góry brajlowskich hieroglifów wystaje czubek fikuśnego kapelusza pani redaktorki. Jak mógł tego nie zauważyć!

Jagódka właśnie deklamuje do kamery fragmenty Waligóry. Obiektyw robi zbliżenie na jej słodkie usteczka, to znów na sunący po gumoleum paluszek. Po występie czas na wywiad, oczywiście na tle maszyny do pisania, wszak taki przydomek nosi autor. Dziewczyna zapewnia, że to dopiero początek akcji, po lekturze całego zestawu w wydaniu BN-u weźmie się za krytyki i prace historycznoliterackie, szczególnie te autorstwa pani doktor Magdaleny Rudkowskiej, której myśli od dawna rozświetlają mroki tego pokoiku – w tym momencie podnosi się i wyciągniętą ręką toczy krąg wokół własnej osi. W ślad za nią idzie kamera, obraz wiruje jak w reportażu o karuzeli. TVP Kultura! Dżingiel, dżingiel, reklamy niszowych publikacji IBL PAN, Agnieszka Bąbel na tle leksykonu Lalki, Ryszard Koziołek pośród ciał noblisty… i już po reklamach. A nie, jednak jeszcze reklama, chociaż taka inna, z pretensjami do dobroczynności, coś pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem. Trzecia droga trzeciego sektora. Z gąszczu przepięknie zaprojektowanych logotypów wyłania się smutna mina kibica, który niemal płaczliwie mówi do kamery: „Nim napiszesz słowo, pamiętaj: bezruch to młoda dziewica!”. Dżingiel, dżingiel, dżingiel!

– Duch nowoczesności – ciągnie po przerwie Jagoda – oraz idee krytyki postkolonialnej muszą wreszcie przeniknąć nie tylko do naszej refleksji na temat romantyzmu, lecz także głębiej, do świadomości suwerena. Ludzie dla własnego dobra powinni wytrącać się z kolein, zbaczać z utartych ścieżek, podkopywać stereotypy. Najpierw jednak muszą te stereotypy poznać. Dlatego, wahając się między Brzozowskim, Kraszewskim, Sienkiewiczem a Miłoszem, Andrzejewskim, zdecydowałam się na tego drugiego. Bo ma najfajniejsze nazwisko.

Zachwycona redaktorka kwituje to zdanie reżyserskim gestem „cięcie”, z klaśnięciem składa dłonie i już poza wizją ściska młodą oblubienicę postfilologii, wychwalając ją pod niebiosa. Wtedy okazuje się, że w pokoju jest jeszcze jedna postać, szara eminencja, pan Gauden albo pan Jaworski, dokładnie nie widać, bo czasy są niepewne i nie wiadomo, kogo wyboldować, a kogo wymazać, komu zapalić z łokcia, a komu odpalić łokciową podziękę.

Dotychczas schowany w rumowisku tomiszcz przy pożegnaniu robi krok w przód i rzuca dowcipnie: – Jagodowszczyzna przypomina mi berezowszczyznę henrykowską, he, he, hi, hi, tyle w niej ścieżek, labirynty i w ogóle… – Wszyscy zgodnie śmieją się z tej błyskotliwości, najgłośniej oczywiście pani dziennikarka. O co chodzi? – nikt nie pyta. Ekipa opuszcza pokój, nieledwie potrącając ojca z tacą w ręku, co jest aluzją do pewnego epizodu z drugiego rozdziału niniejszej @powieści.

– Nie może być tak – cedzi z wysuniętą dolną szczęką głos nadrzędny, obejmujący wszystko, co polskie, zza mównicy wysokiej jak dubajskie wieżowce – że ktoś sobie napisze ponad dwieście co najmniej przeciętnych powieści i sobie umrze! Co my mamy z tym zrobić? Tego ani nie można przeczytać ani zignorować, i nie ma na to naszej zgody! Dlatego zdecydowałem się pod-pi-sać dekret obcinający dorobek Kraszewskiego do dwudziestu losowo wybranych pozycji! Z tej okazji zaprosiłem do studia uwielbianego przez wszystkich Polaków – wszystkich, powtarzam, wszystkich! – pana Lotto vel pana Sreberko, który zaraz swą szczerozłotą łopatą wrzuci do maszyny losującej dzieła autora Pałacu i folwarku: obrazów naszych czasów. C’mon, dig us out of this shit for $29.99, panie Ryszardzie!

Podczas gdy głos nadrzędny i obejmujący mówi, co mówi, tata, czyli poczmistrz, powtarza „śniadanko”. Kaszanka i jajka dawno już odębiały, z herbaty została ledwie połowa, masło wsiąkło w chleb, a on „śniadanko” powtarza prawie szeptem. Lecz Jagódka nie słyszy. Zadowolona z siebie kuca przy piątym kilogramie Kraszewskiego i znów znika z oczu ojca i reszty trzeciego świata, czyli czytelników. Poczmistrz odpuszcza. „Spróbuję szczęścia obok, u syna”, myśli, przypominając sobie, jak ma na imię ten chłopiec, który mieszka po sąsiedzku.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.