12/2019

Adam Komorowski

Hiszpania

Są dwa rodzaje czasopism literackich. Jedne szukają jakiegoś ładu i próbują budować hierarchie. W Hiszpanii są to „Revista de Occi­dente” i „Letras Libres”. Druga grupa poddaje się władzy chaosu, rezygnując z roszczeń do hierarchizowania czegokolwiek. Kolejne numery przypominają almanachy, dawne kalendarze, gdzie kryterium druku była elementarna czytelność tekstu. To „Barcarola” i „Litoral”. W przypadku tych pierwszych czytelnik wie, których autorów zastanie. Liczy się wspólnota ideowa lub pokoleniowa. W drugich drukują wszyscy. Czytelnik wie, że nie będzie tam polityki, zwłaszcza tzw. polityki historycznej. Grafomanów w nich sporo, ale więcej niespodzianek. Te pierwsze mają redakcje w Madrycie, te drugie na prowincji, „Barcarola” w Albacete, „Litoral” w Maladze. Wqasssssssssssssssss – wskoczył, w tej chwili, na klawiaturę kot i takie słowo (?) dopisał, zostawiam, bowiem „zmyślniejsze od nas zwierzęta zostawiają ślady” (R.M. Rilke).

Litoral w przeglądzie nie pisałem. Pismo założyli w 1926 roku w Maladze Manuel Altolaguirre i Manuel Prados. Do wojny domowej była to trybuna bliskiej surrealizmowi hiszpańskiej awangardy. Vicente Aleixandre, Federico García Lorca, Luis Cernuda, Rafael Alberti i José Maria Hinojosa pochodzili z południa Hiszpanii, byli Andaluzyjczykami. W odróżnieniu od kosmopolityzmu surrealistów francuskich ich poezja ma wyraźny, nieraz ostentacyjnie, jak u Lorki, zaakcentowany adres. I jest to Andaluzja. O tym uwikłaniu hiszpańskiej poetyckiej awangardy w Andaluzję ciekawie pisze Justyna Ziarkowska w Ucieczce do głębi. O surrealizmie w literaturze hiszpańskiej przed 1936.

Po wojnie domowej redaktorzy „Litoral” znaleźli się na emigracji. Wydawanie wznowiono w 1968 roku. Od lat wydawane są numery tematyczne (np. ciało, humor, pociągi, woda, wyspy, drzewo czy sztuka latania). Większość numeru to przedruki tekstów związanych z tematem znanych autorów. Tekstów nowych jest niewiele. O surrealistycznej tradycji przypomina jedynie staranna szata graficzna, ale w stylistyce bliższa Rafałowi Olbińskiemu czy Henrykowi Wańkowi aniżeli Salvadorowi Dalí, bliskiemu współpracownikowi dawnego „Litoral”.

„Litoral” jest półrocznikiem. Temat pierwszego tegorocznego numeru to „Samochód. Poezja i sztuka na kołach”. Obok wypisów z Ma­ri­nettiego, Apollinaire’a, Drieu de la Ro­chelle’a czy Paza i kilkudziesięciu pisarzy hiszpańskich, którym zdarzył się namysł nad samochodem, potknąłem się o esej Juanmy Ruiz Krótka historia samochodu na srebrnym ekranie. Tekst zaciekawił mnie nie tylko dlatego, że lubię samochodowe filmy. Autorka wspomina księcia Louisa Zborowskiego, jednego z moich idoli w szczenięcych latach. Jakkolwiek Zborowskiemu nie udało się przejechać samochodem Sahary ani zwyciężyć żadnego z licznych rajdów, w których startował, to skonstruowany przez niego (przy współpracy C. Gallopa) bolid „chitty” wypromował sylwetkę samochodu wyścigowego, która jest jednym z emblematów „szalonych” lat dwudziestych XX wieku. Fakt, że Bond mógł jeździć astonem martinem też mu zawdzięczamy, bowiem uratował firmę przed bankructwem. Był jednym z bogatszych ludzi (dzięki małżeństwu z Margaret Astor) tamtych czasów.

Jako chłopcy z Markiem Sobańskim, zamiast się uczyć, spędzaliśmy czas zagłębieni w stare przedwojenne roczniki IKC-a i „The Illu­stra­ted London News”. Romans i małżeństwo Edwarda VIII z panią Simpson, pojedynki bokserskie Dempseya i bolidy Zborowskiego (Marek twierdził, że Sobańscy są z nim spokrewnieni) przeżywaliśmy jako coś aktualnego. Śmiertelny wypadek Zborowskiego, na torze Monza w 1924 roku (tym razem za kierownicą mercedesa), był dla nas przeżyciem bardziej traumatycznym aniżeli śmierć Stalina.

Piszę o tym, ponieważ związki polskości z samochodem nam umykają. Czytając Ruiz uświadomiłem sobie, że w dwóch najważniejszych amerykańskich filmach „samochodowych”, Vanishing Point (Znikający punkt) i Gran Torino, protagonistami są osobnicy polskiego pochodzenia, na dodatek obydwaj noszą nazwisko Kowalski. Barry Newman jako Kowalski z wyzwaniem rzuconym regułom ruchu drogowego w Znikającym punkcie, Clint Eastwood jako Kowalski ksenofob o gołębim sercu z Gran Torino to dwa wektory stereotypu Polaka. Trzeci Kowalski z samochodami nie ma nic wspólnego, to bohater Tramwaju zwanego pożądaniem Tennessee Williamsa. W wersji filmowej dramatu Marlon Brando, jako Polak, imponuje zasobami pierwotnej seksualności, ale jest ofiarą erotyzmu Blanche i jej siostry. Na aktorów wcielających się w role Polaków trudno utyskiwać. Stereotyp Polaka, którego wyznacznikami są niezdolność podporządkowania się dyscyplinie, ksenofobia i potencja seksualna, nie powinien być powodem wielkiego zmartwienia. Tym bardziej że stereotyp Polki jest dużo bardziej sympatyczny.

Numer otwiera wiersz Luisa Garcíi Montero Przebudzenie nomady. Cytuję ostatnie wersy: „Słońce, które widzi wszystko, mnie rozumie / A kiedy rankiem rusza samochód / dysząc jak napalony zwierzak, / mają dla mnie uśmiech / marcowe światło, / potłuczone szkło, / pokorna samotność horyzontu”. Pochodzący z Granady poeta, prozaik i eseista pisze sporo. Jego narracyjne wiersze, tzw. poezja doświadczenia, mają swoich wielbicieli (należał do nich Octavio Paz). Aż dziwne, że w Polsce, gdzie Hiszpanów tłumaczy się sporo, nie jest znany. Być może mieszanka codzienności i wyniosłego egotyzmu nie jest na naszą wełnę. W jego wierszach samochód (niekiedy motor) jest rekwizytem niezbędnym (Automoviles, Afirmacion). Powracające w jego poezji motywy drogi i podróży zostały organicznie związane z samochodem. W poezji polskiej jeszcze do tego nie doszliśmy i może dobrze. Mam do samochodowych fascynacji ambiwalentny stosunek. Bardziej przekonuje mnie incipit wiersza Nowy Świat Stanisława Barańczaka: „Jedyny problem – znaleźć miejsce do parkowania”. Czy Lusterko samochodu, też uprawiającego poezję narracyjną, Adama Zagajewskiego: „W lusterku samochodu zobaczyłem / nagle bryłę katedry w Beauvais; / wielkie rzeczy mieszkają w małych / przez chwilę”.

Pozycję Garcíi Montero wzmacnia fakt, że jest jednym z najbardziej widocznych intelektualistów lewicy. Z ramienia „Izquierda Unida” kandydował na burmistrza Madrytu. Zważywszy jego związki z Granadą, nie mogło się to stołecznym wyborcom zbyt podobać. Ale, po przejęciu władzy przez socjalistów, został w 2018 roku dyrektorem Instytutu Cervantesa, zastępując kojarzonego z prawicą Juana Manuela Boneta. Żoną Boneta jest Polka. Natomiast żoną Garcíi Montero i matką trójki jego dzieci Almudena Grandes, najciekawsza i najbardziej radykalna z hiszpańskich feministycznych pisarek. Po polsku ukazały się trzy jej powieści: Lulu, Pacjenci doktora Garcii, Pocałunki składane na chlebie. Wobec jej powieściowego debiutu Lulu (1983) osławiona Historia O Pauline Reage (Dominique Aure) może wydać się książką dla grzecznych dziewczynek, a Pięćdziesiąt twarzy Greya E.L. James tym, czym jest, czyli pornograficzną szmirą. Najdziwniejsze, że Lulu nie spotkała się w Polsce z żadnym zainteresowaniem. Magda Potok poświęciła jej sporo uwagi w monografii Malestar. La narrativa de mujeres en la Espańa contemporanea (Złe samopoczucie. Proza kobiet w Hiszpanii współczesnej, Poznań 2010), ale to książka wydana po hiszpańsku. Być może nas bardziej interesują kobiece fantasmagorie erotyczne aniżeli realistyczna próba opisu kobiecej seksualności. Małżeństwo Grandes i Garcíi Montero, ona jako stała felietonistka „El Pais” i on, jako dyrektor Instytutu Cervantesa (w Hiszpanii stanowisko o większej mocy sprawczej aniżeli ministra kultury), zajmuje pozycję hegemoniczną w kulturze hiszpańskiej.

Wracając do samochodów można stwierdzić, po lekturze „Litoral”, że w literaturze polskiej samochodów mało, trudno wskazać na intymne z nimi związki. Kowalscy ze Znikającego punktuGran Torino są pod tym względem wyjątkami. U Marka Hłaski w Sowie, córce piekarza czarny citröen jest demonicznym symbolem UB. U Juliana Kornhausera pojawiają się „samochody z czerwonego sukna” (Próba). Można zaryzykować twierdzenie, że czas, kiedy samochody w Polsce mieli tylko „oni”, czyli władza, ustanowił barierę emocjonalną. Nie od dziś niezliczona liczba Polek i Polaków pozostaje w intymnym związku ze swoimi samochodami, zanudzając nas opowieściami o ich zaletach i wadach, ale do literatury to nie przenika. Poza serią przygodowych powieści dla młodzieży o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego trudno się czegoś doszukać. Sobiesław Zasada pisał sporo, ale adresował swoje książki do określonej grupy; kierowców i miłośników rajdów samochodowych. W materii dowartościowania samochodu w literaturze polskiej pionierem samochodowej intymistyki jest Andrzej Stasiuk (Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Osiołkiem). Nie przypuszczam, by nawet on zgodził się z Lorenzo Savalem, który we wprowadzeniu do zredagowanego przez siebie numeru pisze: „Minął ponad wiek, odkąd zaczęły jeździć pierwsze samochody, jakie dziś znamy. Od tego czasu ta maszyna przekształciła się w przykładny przedmiot pożądania istoty ludzkiej, w karoserię naszych najlepszych marzeń, ponieważ, jak powiedział Gilo Dorfles: «samochód zawsze był obdarzony przywilejem bycia przedmiotem w który się ubieramy, stroimy. Jest, w sumie, integralną częścią naszego społecznego ja, niemal w takim samy stopniu, jak nasze ubranie, czy nasza skóra»”.

Savala, przy swoim entuzjazmie, znalazł miejsce dla wrogów samochodu (W.H. Auden) i sceptyków, jak Fernando Pessoa. Ten drugi, już w latach trzydziestych zeszłego wieku, kiedy korki były rzadkością, choć na uliczkach starej Lizbony musiały się zdarzać, pisał: „Samochód, który jeszcze do niedawna zdawał się obdarzać mnie wolnością, stał się teraz rzeczą, w której jestem zamknięty”.

Polscy pisarze są grupą zawodową, w której nieposiadających samochodu jest najwięcej. Niektórzy, jak Jerzy Pilch, z nieposiadania prawa jazdy uczynili powód do chwały. Sam pozbyłem się samochodu kilkanaście lat temu. Przemieszczając się często autobusem na trasie Zakopane – Kraków mogę spokojnie czytać, nie przejmować się korkami i mieć problem Barańczaka z głowy. Czasy, kiedy pociąg z Zakopanego do Krakowa docierał w dwie godziny, a „LuxTorpeda” do Warszawy w pięć, zdają się należeć do bezpowrotnej przeszłości.

Czasopisma jak „Litoral” są idealnym towarzyszem podróży. Pod warunkiem, że nie musimy sami prowadzić samochodu. Czytanie w podróży różni się od lektury stacjonarnej, to nigdy nie jest close reading. Ten tekst dowodem.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.