01/2020

Adam Komorowski

Hiszpania

W Cortezach, hiszpańskim parlamencie, gdzie trudno o większość w jakiejkolwiek sprawie, tym razem to się udało. Rok 2020, stulecie śmierci, ogłoszono rokiem Benito Péreza Galdósa. Babelia, literacki dodatek do El Pais z 2 listopada, poświęca Galdosowi, uważanemu za największego, obok Cervantesa, pisarza Hiszpanii. Niby największy, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio w „Babelii” potknąłem się o jego nazwisko. Uważany jest za pisarza dla niezbyt umysłowo rozgarniętych. Taką gębę dorobili mu młodsi od niego pisarze z „pokolenia ’98”, głównie Pío Baroja i Ramón María del Valle-Inclán. Almudena Grandes i Antonio Muñoz Mo­lina wspominają, że krępowali się przyznać, że go czytują i podziwiają.

Benito Pérez Galdós (1843–1920) był rówieśnikiem Henryka Sienkiewicza (1848–1914), miał jednak mniej szczęścia. Antysienkiewiczowska kampania Stanisława Brzozowskiego niewiele Sienkiewiczowi zaszkodziła. W Polsce można było mieć do Sienkiewicza zastrzeżenia, ale przyznanie się do lektury Trylogii nie oznaczało przypisania do „Polski zdziecinniałej”. Galdós swój cykl powieści historycznych Epizody narodowe też pisał „ku pokrzepieniu serc”. Opisy zmagań Hiszpanów z Napoleonem i Francuzami (Polacy, jako sojusznicy Francuzów, nawet w tomie Saragossa, pojawiają się jedynie epizodycznie) są mniej apologetyczne i heroiczne aniżeli u Sienkiewicza, ale pisarze „pokolenia ’98” optymistyczną wizję historii Hiszpanii uważali za szkodliwą. W cyklu powieści historycznych Rue­do Iberico Valle-Inclána, w zamierzeniu mającym być odpowiedzią na Episodios na­cio­na­les, dzieje Hiszpanii są jedną wielką katastrofą kraju, którym rządzą na przemian szaleńcy i głupki.

Pozycji Sienkiewicza, zwłaszcza w kręgach intelektualistów, broniła sława międzynarodowa i Nobel. Mamy do czynienia z pewnym paradoksem, okazuje się, że pisarzowi z literatur peryferyjnych jest niekiedy łatwiej znaleźć drogę do zagranicznych czytelników. Marcel Schwob w dzienniku Podróż na Samoa 23 października 1901 roku opisał rozmowę współpasażerów statku, którym płynie, by zakpić z ich intelektualnych pretensji. Przerzucają się tytułami: Quo Vadis, Ogniem i mieczem, książek autora, którego nazwisko niemiłosiernie przekręcają na Sicossie. Ale nie tylko nazwisko Sienkiewicza, Flaubertowi tytuł Salambo: „Ah Sa­len­beau», c’est fort! Mais Sicossie ca n’est pas a com­parer”. Przy popisywaniu się lekturami zalecana jest ostrożność, zawsze jakiś Schwob może się przysłuchiwać.

Rzecz w czym innym: taka rozmowa Francuzów na statku przepływającym w 1901 roku przez Kanał Sueski byłaby o Galdosie niemożliwa. Polacy („Des gens admirables ces Polonais”) z Par les Fer, par les Feu walczą z barbarzyńcami, niemal dzikusami. Natomiast bohaterowie Epizodów narodowych toczą heroiczną walkę z Francuzami, ciemnota przeciw postępowi. Tak to czytali nie tylko obcy, lecz także spora część radykalnych hiszpańskich intelektualistów. Z projektem regeneracji cywilizacyjnie zapóźnionego kraju było im z Galdósem nie po drodze. Potrzeba było nieco czasu, by dostrzec krytyczne aspekty w jego twórczości. Katolicka konserwa i tradycjonaliści widzieli je zawsze, blokując przez wiele lat przyjęcie pisarza do Akademii Hiszpańskiej. Oficjalna polityka kulturalna reżymu Franco deklarowała jego wielkość, ale lektury jego dzieł, zwłaszcza powieści psychologiczno-obyczajowych, nie zalecała. Dowartościowanie pisarstwa Galdósa przyszło z najbardziej niespodziewanej strony.

Dokonali tego emigranci po wojnie domowej. Dla politycznej emigracji lektura Galdósa była jak powrót do domu, była ukojeniem nostalgii. Świat przedstawiony, zwłaszcza Madryt, powieści obyczajowych jest niemal namacalny. Max Aub i Luis Cernuda głosili jego wielkość. Czytaniem Galdósa można się było chwalić. Ale emigrantem, który najbardziej wpłynął na zmianę perspektywy, odkrył w pisarzu popularnym wielkiego artystę, był Luis Buñuel. Ekranizacje Nazarina, Tristany (ze wspaniała rolą Catherine Deneuve, polski przekład tej powieści ukazał się w 2011 roku) i Halmy (tytuł filmu Vi­ri­dia­na), uważanych za dzieła pomniejsze, w porównaniu z monumentalnymi Epizodami narodowymi, wskazały, że pisarz, któremu zarzucano brak psychologicznej przenikliwości w budowaniu postaci (a jest ich w jego powieściach około ośmiu tysięcy), nie jest jedynie zręcznym konstruktorem fabuł wciągających mniej wymagającego czytelnika. Krytyczne wydanie przez Ricardo Gullóna (na Puerto Rico) powieści Miau, poprzedzone dwustustronicowym wstępem i jego monografia Galdós; novelista moderno (1960), wypromowały zapomnianą powieść z 1888 roku o stołecznym biurokracie, którego dopadło bezrobocie. Osobiście uważam Miau za najlepszą powieść Galdósa (podobnie uważał Buñuel).

Jest to bardzo osobliwe studium bezrobocia. Bohater powieści jest postacią antypatyczną, jak antypatyczne jest środowisko stołecznych biurokratów. Praca, którą wykonywał, była pozbawiona wszelkiego sensu, to nie jest bezrobotny tkacz. Galdós opisuje sytuację społecznej degradacji człowieka skażonego rolą w bezsensownym aparacie, który tworzy pozór niezbędności. Aura zabiegów o przywrócenie do pracy w biurze jest bliska Franza Kafki. Ale świat Kafki jest światem podejrzeń, domniemanej i zinterioryzowanej winy. U Galdósa mamy świat w którym największą katastrofą jest odkrycie własnej zbędności. Jest to katastrofa, szczególnie wtedy gdy nasza dotychczasowa niezbędność była tylko pozorem, biurokratycznym etatem. W powieściach obyczajowych Galdósa nic tak nie degraduje i nie uzależnia człowieka, jak potrzeba potwierdzenia własnej niezbędności. Dlatego obiektem jego krytyki jest nie tylko biurokracja czy filantropia (Miserikordia), lecz także rodzina i opacznie rozumiana miłość.

Kazimierz Sabik, w niezastąpionej Recepcji hiszpańskiej prozy fabularnej w Polsce w latach 1781–1918, napisał: „Spośród wszystkich powieściopisarzy hiszpańskich XIX w. najwyżej cenionym przez krytykę polską jest B. Perez Gal­dos”. Ale ta recepcja, wyjątkowa jak na kraj, gdzie przekładów z hiszpańskiego ukazywało się niewiele, wpisuje się w pewien paradygmat. Pozytywiści drukują w odcinkach w „Ateneum” (1879–1880) Glorię. To powieść obyczajowa, obraz religianctwa i zacofania hiszpańskiej prowincji, anglofilia i heterodoksyjna sympatia wobec protestantyzmu. Jezuicki „Przegląd Powszechny” odpowiada drukiem Nazarina (1897), Wydziedziczonej (Desheredada, 1897) i Torquemady i św. Piotra (1897), opowieści o bezwzględności w kapitalistycznym świecie, w którym liczy się tylko zysk i pieniądz. Tak to z wielkimi pisarzami bywa, wszyscy znajdują u nich, co chcą. W formie książkowej ukazały się Doña Perfecta (1876) i Marianela (1878). Tylko antynapoleońskie Episodios nacionales nie wzbudziły w XIX wieku zainteresowania Polaków (w odróżnieniu od Rosjan i Anglików). Na tym nie koniec. Edward Porębowicz i Zdzisław Milner, bliscy „pokoleniu ’98”, wypowiadali się o twórczości Galdósa sceptycznie, jeśli nie (Milner) lekceważąco. Od końca XIX w. następuje w recepcji Galdósa przerwa. Przypomniano sobie o nim po wojnie; w 1952 roku partyjna „Książka i Wiedza” wydała w masowym nakładzie (pięćdziesiąt tysięcy) Doñę Perfectę, w nowym przekładzie Edwarda Martuszewskiego. To nie przypadek, Doña Perfecta to najbardziej zjadliwy w hiszpańskiej literaturze portret hipokryzji katolickiej dewotki. To dobra powieść, ale nowy przekład marny.

Tak się złożyło, że Galdós znalazł w PRL oddane wielbicielki i tłumaczki wybitne; Zofię Szleyen i Kalinę Wojciechowską. Dzięki nim mamy, od 1957 roku, przekłady kilku tomów Episodios nacionales: Bitwa pod Arapilami (pod tym tytułem ukazały się Cadiz, Juan Martin El EmpencinadoBatalla de los Arapiles) oraz Saragossa, w sumie około tysiąca dwustu stron. Do tego Szleyen dodała przekłady Złotej fontannyMiserikordii. Mamy też przekład Sombra (Zjawy) i Tristany.

W zasadzie można się polską recepcją zadowolić, ale to niewielka część jego twórczości. Galdós był równie płodny, jak nasz Józef Ignacy Kraszewski. Gdy oślepł, dyktował. Najdziwniejsze, że pomimo nakładów i przekładów, podobnie jak Balzac i Kraszewski, był w ciągłych kłopotach finansowych. Od nędzy uchroniła go przyznana mu przez państwo pensja organizatora uroczystości jubileuszu Cervantesa. Była to jedna z tych biurokratycznych fikcji (niewidomy organizator uroczystości państwowych!), które uważał za skazę hiszpańskiego życia. Dla młodych była to zdrada republikańskich ideałów. Tak się złożyło, że jego największy krytyk Valle-Inclán też nie odmówił na starość państwowej synekury rzekomego opiekuna zabytków.

Galdós się rewaloryzuje zatytułował swój tekst Javier Rodríguez Marcos w „Babelii”. Ta rewaloryzacja przebiega na dwóch poziomach. Pierwszy to odpowiedź na pytanie, jak można pisać tyle, co Galdós czy Kraszewski, znajdując jednocześnie czas na romanse, przyjaźnie, politykę i podróże? Żaden z nich nie był sybarytą zamkniętym w pracowni, a napisali tyle, że przeczytanie wszystkiego zdaje się być poza zasięgiem zwykłych śmiertelników. Oczywiście znać ślady pośpiechu, niekiedy Homer przyśnie i umarły ożyje, bo autor zapomniał, że zmarł kilka rozdziałów wcześniej. Ale jednocześnie krytyka podkreśla, że dzięki temu pośpiechowi język powieści pozostawał bardzo bliski żywej mowy. Garbancero, tak określił Galdósa Valle-Inclán. Po hiszpańsku to człowiek nieokrzesany, prymityw. Sam był wirtuozem literackiej hiszpańszczyzny, ale kiedy dziś czytamy Valle­‑Inclána, czujemy sztuczność, podobnie jak u wielu pisarzy Młodej Polski. Brak nadmiernej dbałości o styl, talent w połączeniu z spontanicznością ma swoje zalety.

Sprawa druga to przypisanie Galdósa. Tak, podziwiał Dickensa, przełożył na hiszpański Klub Pickwicka. Ale co mają z Dickensem wspólnego Episodios nacionales? „Hiszpański Balzac” to megalomania francuskich hispanistów. Galdós sprawia wrażenie, że czytał wszystko, ale wpływ miało na niego to, co widział. Realista? To skąd Widmo. Twórca prozy psychologicznej? Raczej behawiorysta avant la lettre, to pisarz wszystkożerny, często sam nie wie, co pisze we władzy demona. W Tormento opowiada o romansie księdza z nastoletnią sierotą, z sympatią i empatią zarówno wobec księdza, jak i dziewczyny. Potem jest zaskoczony, że katolicy i postępowcy są oburzeni, ponieważ on się nie oburza i nie potępia.

Coś podobnego przydarzyło się Kraszewskiemu. Miał z „Tygodnika Illustrowanego” w 1878 roku zamówienie na napisanie powieści, która będzie przestrzegać przed szkodliwością emancypacji kobiet. Oczywiście zamówienie przyjął i napisał Szaloną. W redakcji się przerazili i powieści nie wydrukowali. Kraszewski tak się zakochał w swojej bohaterce, która odrzuca oświadczyny hrabiego Ewarysta („by nie zanudzić się na śmierć, jako matrona otoczona dziatwą, w jakimś dworze na zapadłej wsi”) i prowadząc chaotyczne życie erotyczne, ląduje na barykadach Komuny Paryskiej, że napisał powieść będącą pierwszym w naszej części Europy manifestem feminizmu. Problem w tym, że Kraszewski, podobnie jak Galdós, napisał tyle powieści, że trzeba czasu, by nasze feministki to odkryły. Galdósowi wśród hiszpańskich feministek poszło lepiej, doceniła go Almudena Grandes.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.