01/2020

Aleksandra Keller

Homo germanicus

– Nie jesteśmy tutaj po to, aby nauczać, doktorze Koenig. Jesteśmy tu, aby tworzyć. Myślę, że rozumie pan, co to oznacza.

– Doktryna daje w tej kwestii dość jasną wykładnię. – Koenig starał się unikać konfrontacji. – Nie zamierzam jej deprecjonować czy też podważać. Zresztą, w tych warunkach takie działanie nie miałoby najmniejszego sensu. Zastanawia mnie jednak zagadnienie metody.

– A konkretnie?

– Chciałbym zrozumieć, dlaczego sposób realizowania przyjętych założeń musi uciekać się do tak… – szukał właściwego słowa.

– …drastycznych środków? Czy właśnie to miał pan na myśli?

– Niekoniecznie. Wolałbym nie rozważać teraz zasadności użytych słów. Te są zawsze mniej lub bardziej adekwatne. Tak więc roztrząsanie ciężaru ich znaczeń odwraca naszą uwagę od istoty problemu. Przyzna pan, że słowo, którego pan użył, niesie negatywne konotacje. Bo cóż kryje się za tą drastycznością środków? A mnie chodzi raczej o kwestie moralnego osądu rzeczy. Osądu możliwie najbliższego obiektywizmowi.

Gert w milczeniu wpatrywał się w witraż nad chórem z przedstawieniem zmartwychwstałego Chrystusa. Nie ufał Koenigowi, choć okazywał mu szacunek ze względu na rzetelność i dyskrecję, z jakimi pełnił swoje obowiązki. Lubił odwiedzać go w gabinecie podczas rutynowych wizyt. Wiedział, że stary doktor skrupulatnie prowadzi ewidencję, więc sam nie musiał poświęcać jej zbyt wiele uwagi. Zdecydowanie bardziej wolał poświęcić ten czas na dyskusje, na które nie mógł pozwolić sobie w swoim biurze. A Koenig był doskonałym rozmówcą – błyskotliwym i wszechstronnie wykształconym. Lecz jego słowa wskazywały na to, że najwyraźniej zaczął tracić pewność. I ta świadomość sprawiła, że odczuł teraz coś w rodzaju lekkiego ukłucia rozczarowania.

– Chciałbym wiedzieć, kapitanie Hagen, dlaczego te środki, choć znam doktrynę i zgadzam się z jej wytycznymi, drażnią mój spokój i skłaniają do zadania sobie pytania o sens. Przyzna pan, że to niebezpieczny dla nas wszystkich przejaw czegoś, co mógłbym nazwać zwątpieniem.

– A wątpi pan?

– Realizuję założenia.

– Więc w czym tkwi problem?

– Jeśli ja… jeśli mnie niepokoją pytania, czyż te same pytania nie dręczą, być może z większą mocą, także innych? Jeśli ja pojmuję niebezpieczeństwo, jakie tkwi w pytaniu o zasadność, czy pojmują to niebezpieczeństwo także ci, o których wiemy, że pojmować nie powinni?

– Kogo ma pan na myśli, doktorze?

– Przecież obaj wiemy, o kogo chodzi. Nie przyszliśmy tu, aby dyskutować o hierarchii społecznej. – Koenig zdawał się być z każdym kolejnym słowem coraz wyraźniej poruszony. Uniki Gerta budziły w nim rozdrażnienie, którego starał się nie okazywać podczas takich rozmów. Pomimo konfidencjonalnej atmosfery, jaką jego gość chciał wzbudzać podczas wizyt w ambulatorium, Koenig zawsze trzymał się na baczności i zachowywał rezerwę.

– Doktorze Koenig, pańskie pytania wprawiają mnie w zakłopotanie. Ci, którzy nie pojmują, nie zadają pytań, nie wiedzą bowiem nawet, o co mogliby pytać. A skoro odnalezienie odpowiedzi sprawia kłopot także i panu, człowiekowi o tak szerokich horyzontach myślowych, jakże może pan oczekiwać ode mnie wyjaśnienia zagadnień, które są poza wszelką jurysdykcją, bo same w sobie są prawem?

– To, że jesteśmy jego wykładowcami, raczej nie zwalnia nas z pytania o sens tego prawa.

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że ci, którzy formułowali podobne twierdzenia, musieli milczeć? – Spojrzenia Gerta i Koeniga skrzyżowały się na ułamek sekundy.

– Przypuszczam, że nie bez przyczyny użył pan czasu przeszłego, kapitanie Hagen.

Przez twarz Gerta przebiegł leciutki skurcz. Przez chwilę zapomniał o sobie. Pochłaniało go teraz studiowanie wnętrza prezbiterium. To, jak i wieńcząca je absyda, były ciemne i pozbawione strzelistych okien. Wypełniał je szary, nagi mur. Gdyby nie rozproszone światło o błękitnej barwie, jakie sączyło się do środka przez witraż na frontowej ścianie, świątynia tonęłaby w mroku. Lecz właśnie ta gra ciemności i światła sprawiała, że cała konstrukcja ołtarza objawiała swój symboliczny sens. Światło bladą pręgą znaczyło sobie drogę wzdłuż kolumn podtrzymujących sklepienie aż do Grupy Ukrzyżowania na belce spinającej łuk tęczowy i zatrzymywało się na ślepej absydzie w powiększeniu krzyża z rozpostartych ramion Chrystusa. Jego olbrzymi cień odbity płaską plamą na sinej ścianie zdawał się obejmować i błogosławić stojących u jego stóp Marię i Jana. W miejscu serca zaś umieszczono tabernakulum gorejące czerwonym płomykiem wiecznej lampki.

– Doktorze, proszę spojrzeć. – Skinieniem głowy spróbował skłonić Koeniga, by ten podążył za jego wzrokiem i także przyjrzał się uważniej temu, co tak go zaciekawiło. – Oto efektowny przykład tego, jak nasze przekonania czy też wyobrażenia korespondują z wątpliwościami. Oto widzi pan figurę Ukrzyżowanego. Przede wszystkim to kawałek drewna uformowany w pewien określony kształt. Dopiero potem zostaje mu nadane imię i związana z tym symbolika. Na końcu widzi pan cień figury rzucony na ścianę, powiększony i załamany pod wpływem nierówności na murze. Otóż w promieniu światła tkwi idea czy też doktryna. Ten kawałek drewna to materia, czyli język złożony z pojęć. Sama figura, a więc forma, to prawo. A ów cień jest pańskim pytaniem o jego zasadność czy też moralność. Lecz cień nie jest czymś doskonałym i samoistnym. Jego istnienie zależy od wiązki promieni świetlnych. Ponadto cień nigdy nie oddaje rzeczywistości. Zawsze jest zniekształcony. Czyż cień na ścianie jest tym samym Chrystusem, którego rzeźbę widzi pan na belce?

– Nie.

– I tak też jest z pańskimi wątpliwościami. Są za duże i zdeformowane, by uznać ich słuszność.

Koenig siedział w ławce skulony. Był zbyt słusznej postury, by móc wygodnie usiąść na wąskim siedzisku kościelnej ławy. Na pulpicie przed sobą miał egzemplarz Biblii Lutra, którą odważył się przekartkować bez określonego celu, zanim Hagen do niego dołączył. Jego wiara nie była naznaczona gorliwością, o ile w ogóle mógł myśleć o sobie jako o człowieku wierzącym w cokolwiek poza medyczną diagnozą. Poza tym kwestię jego wyznania regulowała ustawa, a sam wybór był prosty – protestantyzm albo katolicyzm. Jawny ateizm czy też sprzyjanie regułom starej religii były zakazane. O ile stara religia była tępiona ze względów ideologicznych, o tyle ateizm niósł za sobą zagrożenia znacznie poważniejsze – czynił wyłom w teorii społecznego ładu. Nie należało dopuszczać do kwestionowania istnienia Boga, więc Kościół jako jedna z nielicznych instytucji cieszył się jakąś namiastką autonomii. I sprzyjał systemowi choćby dla zachowania okruchów tej niezależności. Dlatego miejsce spotkania, jakie wyznaczył mu Hagen, było oczywiste – tylko tutaj mogli rozmawiać bez obawy, że ich słowa zostaną usłyszane przez kogoś nieodpowiedniego i zrozumiane w sposób, jakiego obaj chcieli uniknąć. Obaj wiedzieli przecież, jak działa ten system. Przymierze Państwa z Kościołem stanowiło doskonałą strukturę kontroli nad obywatelami. Już sama obecność w jakimkolwiek przybytku modlitwy była odbierana jako wyraz obywatelskiego zaangażowania w sprawy państwa.

– A jeśli światło zgaśnie? – zapytał. Gert milczał. – Przecież światło czasem gaśnie, kapitanie Hagen. – Koenig wydawał się nieugięty. – Gdyby nie światło, nie byłoby cienia. Gdyby nie ta idea i to prawo, nie miałbym wątpliwości. Zresztą nie tylko ja. Więc musi być coś jeszcze. Coś jeszcze – dodał z naciskiem. – To światło.

Gert drgnął, a jego twarz przybrała ten znajomy wyraz podejrzliwości, który wyostrzał rysy i przenikał chłodem. Koenig znał tę twarz i zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko. Lecz już nie chciał się cofać.

– Zostawiliśmy wam kościoły i pozwoliliśmy wam wierzyć nie po to, byście teraz to wszystko zburzyli. Daliśmy wam nowy porządek, bez tych wszystkich intelektualnych i etycznych utrapień, które są cechą istot słabych. Daliśmy wam siłę wyzbytą tej nieznośnej niepewności wobec świata, która jako jedyna jest zdolna ten mizerny świat kształtować. Wreszcie odnowiliśmy waszego ducha i wasze ciało, pozwalając im przenikać wszystko i mieć nad wszystkim władzę. A pan raczy to odrzucać i nazywać to czymś wątpliwym, powołując się na jakąś niedorzeczną moralność! – Gert cedził przez zaciśnięte zęby, z trudem hamując narastającą w nim wściekłość. – Czy chce pan, doktorze Koenig, by wszystko to, co jest teraz pańskim udziałem, przestało istnieć?

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.