03/2020

Miłosz Waligórski

Hungaricana

Bez przesady.


Śmierć to skandal? Gdzie tam! Tam, czyli gdzie? Może na Wyspach Szczęśliwych lub na Wyspach Kanaryjskich, może w wyraju, szeolu, Walhalli albo w krainie Nibelungów czy w krainie wiecznych łowów… Ale nie tu. Tu – na łamach prasy sprzed stu pięćdziesięciu lat, którą bez ślinienia palca wertuję z czerwonymi pieczęciami na policzkach – jest to rzecz powszednia. Jak mroczek na słońcu, aport nocy.

Umarły więc: faksymilia, reprinty, stare dzienniki – ale dzięki cyfryzacji dostały szansę na życie po życiu. Odrodziły się w nowej szacie z metką „hungaricana.hu”. To e-biblioteka. Doskonała do buszówki, pierwszy i ostatni dowód wielkości Węgier, innych nie trzeba. Wąsaty Madziarze, zasłoń kurtyną miłosierdzia przewiny Béli Kuna, puść w niepamięć komitaty Ung i Zemplén! Zakarpacie stracone? Czniaj to! Masz Hungaricanę.

Bo mówi się, że czas działa na korzyść fotografii, że za jego sprawą każde zdjęcie, nawet to najbardziej zamazane, nabiera urody dzieła sztuki. A przecież w gazetach z drugiej połowy XIX wieku, gdzie jest tylko tekst i ornamentalne inicjały, dzieje się to samo. Każdy wyraz odsłania swoje dno, wabi obietnicą powrotu do przeszłości. Depesze, anonse, pitawal. Nieproszony stąpam po uśpionym elizjum.

Zaczytuję się. Ruchem myszki wybudzam gasnący ekran. Lektura historii, które uległy przedawnieniu, jeszcze zanim wydarzyły się na dobre, sieje zamęt wśród ich bohaterów. Z pożółkłych stron www wstają zbrodniarze i zbrodniarki, doliniarze i rajfurki, drobni rabusie i tłuste nierządnice. Artykułuję głoski imion, wywołuję z niebytu ludzi. Przez chwilę widzę ich zdziwione twarze. Potem wracają, skąd przyszli.

Klikam na tygodnik „Evangelikus Egyház és Iskola”. Numer z 16 kwietnia 1887 roku. Pismo, jak na organ Kościoła protestanckiego przystało, pozbawione jest fajerwerków. Zero ilustracji, trochę moralizatorstwa, wskazówki przed konfirmacją, nudny jak zwiędła lukrecja esej Głos w sprawie pieśni naszego Kościoła. I ogłoszenia drobne, dobite przez czas. Bardziej martwe są chyba tylko nekrologi.

M. Osztroluczky, E. Gosztonyi, V. Kostyál, M. Buda. Teraz rodzą się i umierają po raz drugi. Jak Łazarz. Po co to robię? Z poczucia obowiązku. Odprawiam dziady on-line, bo przeszłość upomina się o moją niby wieczną teraźniejszość. Rzucam kładkę w ciemność, a tam ktoś ją łapie i wychodzimy sobie naprzeciw. Razem robimy historię, ze zmarłymi. W końcu to funkcja duszy, pardon, paradygmatu naszej kultury.

Zamiera mi tętno, potem ożywa, ale nie jest – i już nie będzie – tak żwawe, jak kiedyś. Co się stało? Nie do wiary, a jednak. Krzywa Gaussa musnęła zero. Nie udzielając wsparcia przypadkowi, trafiłem na ślad: „Pastor w Maškovej, który z powodu choroby psychicznej przerwał posługę kapłańską, zmarł w Łuczeńcu, gdzie spędził ostatnie lata życia. Majątek w wysokości 1200 forintów będzie zgodnie z jego wolą przekazany parafii w Tomášovcach”.

To Koloman Banšell (1850–1887), poeta, pastor i polemik, który, żyjąc we współczesnej Polsce, nie dostałby ani grosza subwencji z MKiDN. Słowak gorszego sortu, ojkofob, pachołek Budapesztu… Tak wyglądałaby redystrybucja jadu, gdyby filipiki „ojców” narodu powstawały dzisiaj. W odgórnie zadekretowanej przez nich wizji kultury dla Banšella nie było bowiem miejsca. Czym zawinił?

Atakował postulowaną przez konserwatystów formę słowacką. Z pozycji liberalnych krytykował intersubiektywny model literatury (choćby w wierszu Len ma ľúb, gdzie w imię miłości rezygnuje ze zbawienia), kult ludu (w odpowiedzi na Nehaňte ľud môj Sládkoviča napisał Nechváľte ľud môj, przekonując, że patriotyzm to nie samochwalba, ale zdolność do autorefleksji), nacjonalizm i religianctwo.

Znał języki: łacinę, słowacki, węgierski, niemiecki, francuski. Był Kosmosłowakiem i oryginałem. W pewnym sensie młody starzec, rapsod łabędzich pieśni (Ešte jedna labutia pieseň), kochał się w kobietach dwukrotnie starszych od siebie (Atalanta, Šuhaj ako z iskry). Jako pastor udzielał ślubów parom „w drugim stopniu szwagrostwa”, za co nie uszedł gniewu swojego Kościoła. Żył niespokojnie, w wiecznym ruchu.

Uczył się w Bańskiej Szczawnicy, Revúcy, Preszowie, Bazylei. Parafie w Maškovej, Gerendásu, Sámsonháza, Veľkim Lomie obejmował i porzucał. Nigdzie nie zagrzał posady. Pracował w Budapeszcie, szczęśliwie, bo kochał metropolie, lecz szybko stamtąd wyjechał… na wieś. Miał kilka pseudonimów: Maškovský, Mejulim, Peketelný. Romantyk, realista, modernista. Gdyby urodził się we Francji, za kolegów miałby Rimbauda czy Lautréamonta.

Już w latach siedemdziesiątych zdradzał objawy nerwicy. Czuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg. Cierpiał na manie prześladowcze, nawiedzało go widmo choroby dwubiegunowej. Popadł w obłęd. Wiem o tym z Hungaricany, z raportu Diecezji Bańskiej Węgierskiego Kościoła Ewangelickiego. A że głos Banšella nie wybrzmiał do końca – czyżby badacze słowaccy nie czytali węgierskich źródeł? – ofiarowuję mu tu ten kawałek pełni:

„Do pierwszych ataków szału doszło w Turczańskim Świętym Marcinie [podczas obchodów dziesięciolecia Towarzystwa Kobiet Słowackich „Živena“]. Banšell zaczepił na ulicy nieznajomą dziewczynę, prosząc ją o rękę. Później, w drodze do domu, wysiadł w Kremnicy i w aptece zażądał cyjanku potasu. Aptekarz wezwał pomoc. Banšella pod eskortą odwieziono do Łuczeńca, a stamtąd do Maškovej.

Tam chciał wskoczyć do studni, lecz powstrzymano go. Potem próbował podciąć sobie gardło, stracił dużo krwi. W peszteńskim szpitalu św. Rocha, dokąd został niezwłocznie przewieziony, wieszał się dwa razy – bezskutecznie, gdyż zapobiegli temu pielęgniarze. Na początku września 1879 roku ulokowano go w państwowym zakładzie psychiatrycznym w Budzie”.

Rada diecezji wydaliła Banšella ze stanu kapłańskiego. Po wyjściu ze szpitala zamieszkał w Łuczeńcu. Przez lata borykał się z szaleństwem. Dzięki determinacji ojca otrzymał zasiłek z funduszu dla sierot i z fundacji Székácsa: sto forintów miesięcznie (dzisiaj byłoby to z osiemdziesiąt euro). Ostatecznie popełnił samobójstwo. Według Słowaków 27 marca, a według Węgrów 13 lutego 1887 roku.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.