02/2018

Grażyna Obrąpalska

Inne życie albo Iwaszkiewicz nieprzebrany

Do pisania biografii potrzebna jest cierpliwość, empatia, ale też dystans. Biograf winien być i przyjacielem, i wrogiem, i obiektywnym obserwatorem.

W wypadku biografii Jarosława Iwaszkiewicza przed jej autorem jeżą się bodaj większe przeszkody. Wejście w jego skórę jest właściwie niemożliwe, a chodzenie śladami niełatwe.

Radosław Romaniuk życiem i twórczością Jarosława Iwaszkiewicza zajmuje się od kilkunastu już lat. Zacząwszy od doktoratu, poprzez kilka książek edytorskich, w tym tak ważnych, jak trzy tomy Dzienników (z Agnieszką i Robertem Papieskimi), Listy do córek (z Anną Romaniuk), do wydanego w 2012 roku, doskonale przyjętego, pierwszego tomu biografii Iwaszkiewicza − lista publikacji jest znacznie dłuższa. Biograf Iwaszkiewicza bez wątpienia ma doskonałą znajomość tematu.

Drugi tom biografii Jarosława Iwaszkiewicza to znakomicie udokumentowana, zdyscyplinowana chronologicznie, starannie skonstruowana i świetnie napisana opowieść połączona z doskonałą analizą literacką. Jej epickość dobrze komponuje się z szerokością tematu.

Radosław Romaniuk poradził sobie także z niezbędną w tym wypadku sztuką eliminacji – mówimy bowiem o Jarosławie Iwaszkiewiczu, uprawiającym bodaj wszystkie gatunki literackie: poezję, powieść, opowiadanie, dramat, esej, dzienniki, zbiory korespondencji, przekłady. Dochodzi do tego życie literackie, życie działacza, życie rodzinne, życie w listach; Jarosław Iwaszkiewicz miał około trzy tysiące korespondentów.

Czekają jeszcze na wydanie zespoły listów: powojenne do żony 1, niezwykle interesujące listy do Jerzego Lisowskiego2 (w 1950 roku Iwaszkiewicz zdradza apetyt na Nobla), do Szymona Piotrowskiego, Jerzego Mycielskiego. Lista jest długa. Cegiełek do wiedzy o jednym z najwybitniejszych pisarzy dwudziestego wieku ciągle przybywa.

Narracja ostatniego rozdziału pierwszego tomu Innego życia przenosi płynnie do podobnie zbudowanej drugiej części biografii. Początek roku 1939, jak wyczerpująco pisze Romaniuk, przynosi pewne uspokojenie w życiu Iwaszkiewiczów. Anna Iwaszkiewiczowa podniosła się z choroby, sprawy materialne zostały uporządkowane, zamożność odbudowana. Jarosław Iwaszkiewicz podróżuje, pisze. Jednak w powietrzu wisi wojna, trwają przygotowania do niej − gromadzenie żywności, przystosowanie domu. Iwaszkiewicz podejmuje niefortunną decyzję o przewiezieniu cennych obrazów, kosztowności, rękopisów, w tym jedynego istniejącego egzemplarza powieści Karola Szymanowskiego Efebos do mieszkania na Kredytowej, które − wyprzedzając fakty − zostaje zbombardowane. W ostatnią niedzielę sierpnia na Stawisku spotykają się Czesław Miłosz, Antoni Sobański, Jerzy Andrzejewski, Stanisław Baliński, Wanda Telakowska. Spotkanie kończy się tańcami. Za cztery dni wybucha wojna.

Drugi tom biografii rozpoczyna się z okresem wojennym. Z wrześniem 1939 roku cała rzeczywistość − materialna, emocjonalna − przeistacza się, hierarchia ważności zmienia się na zawsze.

Jarosław staje się Leonem Iwaszkiewiczem, ogrodnikiem. To imię nadane mu na chrzcie.

Wrzesień, pośród innych wydarzeń, to niezwykle dramatyczna wędrówka dziewczynek − Marii i Teresy. Rodzice sądzą, że poza Stawiskiem będą bezpieczniejsze. Zaczęta 7 września, kończy się w drugiej połowie października. Przesuwające się granice spowodowały, że dziewczynki znalazły się w Rosji. Most na Bugu oddzielał je od Polski, już pod niemiecką okupacją. Rodzinna gromadka musiała opuszczać kolejne schronienia. Dziewczynki przeżyły głód, miały ciała pokryte wrzodami, Teresa była tak osłabiona, że nie mogła chodzić. Przeżyły niewątpliwie dzięki determinacji znającej rosyjski najstarszej siostrze Jarosława, Helenie. Ten epizod Radosław Romaniuk przedstawił nieco mniej dramatycznie. Iwaszkiewiczowie podążają ich tropem, nie spotkawszy córek, wracają znacznie przed nimi na Stawisko, już zajęte przez Niemców.

Rozległy dom rozrasta się, jest już nie tylko rodzinną siedzibą, ale Stawiskiem heroicznym, funkcjonującym jako schronienie dla dziesiątków przyjaciół i obcych.

Jest Stawisko popowstaniowe, tragiczne, znaczone śmierciami członków najbliższej rodziny, przyjaciół, znajomych, pod którego dachem leczą rany fizyczne i psychiczne uciekinierzy z Warszawy. Jest Stawisko bohaterskie − ratujące od śmierci licznych Polaków narodowości żydowskiej.

Zacytowanie przez biografa w kontekście absolutnie heroicznej postawy Iwaszkiewiczów, ich rodziny, przyjaciół, pracowników, stwierdzenia Jana Tomasza Grossa, że „popularniejszym zachowaniem w polskim społeczeństwie […] było tropienie i wskazywanie ukrywających się Żydów, a więc i Polaków, którzy dawali im schronienie, nie zaś niesienie prześladowanym Żydom pomocy” wydaje mi się tutaj nie na miejscu. Iwaszkiewiczowie, w których przedwojennej korespondencji nie brakuje antysemickich wypowiedzi, wraz z okupacją wkroczyli do innego świata. Szczególnie Anna Iwaszkiewiczowa, której, jak przypominała Marysia, mąż zazdrościł odwagi, to ona bowiem prowadziła rozmowy z Niemcami, załatwiała fałszywe dokumenty w miejscowych urzędach, jeździła do getta, zawożąc złote monety właścicielom działek w Podkowie Leśnej. Pracownicy Stawiska, sąsiedzi, rodzina, przyjaciele tworzyli długi łańcuch, którego wszystkich ogniw nie znamy do końca.

Jest koniec wojny. Na Stawisko przychodzi cała procesja ocalonych. Jeden z nich mówi: „Przyszedłem ucałować kraj szaty pańskiej żony”.

Anna Iwaszkiewiczowa wspominała wojnę jako moralnie najczystszy okres w ich życiu. Wojna trwała długo. W jednym z najciekawszych opowiadań, Wzlot, Iwaszkiewicz pisze o głęboko zdemoralizowanych i zmarnowanych życiach pokolenia dzieci wojny, która je zniszczyła. Walka o byt rugowała zasady moralne, kształtując osobowości oddzielone od świata pancerzem cynizmu, bezwzględności i okrucieństwa. Rozległa, demoralizująca przestrzeń obszaru przyzwolenia na to została stworzona przez Niemców. To oni obudzili bestie. Porządek moralny został zakłócony.

W biograficznej narracji, o czym słusznie pamięta Romaniuk, nie opuszcza nas ani na chwilę Iwaszkiewicz−pisarz. To niezmiernie ważny element, najistotniejsza rola życiowa i powołanie. Wojna trwa, Iwaszkiewicz pisze. W marcu 1944 roku kończy Matkę Joannę od Aniołów. Opowiadanie powstaje, jak celnie podkreśla autor biografii, „w poprzek rzeczywistości”.

To ostatnie ukończone w czasie wojny opowiadanie staje się wielkim aktem wiary w literaturę, w jej możliwości subiektywnego zbawienia. Literaturę, która nie jest tym razem sztuką ucieczki od rzeczywistości, lecz konfrontacją z własną traumą i lękiem.


Jest koniec wojny. Rosjanie wkraczają do Brwinowa. Tego samego dnia Iwaszkiewicz zamyka się w tymczasowym gabineciku i pisze. Mieszkająca na Stawisku Pola Gojawiczyńska jest oburzona. „Właściwie mówiąc – powiada − ciebie nic nie obchodzi oprócz twojego pisania”.
Pisanie to najważniejsze zadanie, nigdy nie zawodząca funkcja mózgu Jarosława Iwaszkiewicza. Wie to sam pisarz. W trzecim tomie Dzienników czytamy:

Co jest dla mnie ważne, co jest istotą moich pobytów w Sandomierzu, to to, że mogę zanurzyć się bez reszty w moim przyrodzonym żywiole − literaturze, to znaczy w czytaniu i pisaniu. Tu dopiero widzę, jak wszystko inne: działalność społeczna, redakcja, teatr – jest mi obce i narzucone. Nawet rodzina jest elementem mniej istotnym i zastanawiam się chwilami, czy ja ich za mało kocham − skoro w życiu moim odgrywają raczej drugorzędną rolę. I tutaj przychodzi ta łatwość pisania, obfitość pomysłów, spokój fizyczny w stawianiu liter − bez pośpiechu.


Podkreśla to, co bardzo ważne, autor biografii:


twórczość literacka była dla Iwaszkiewicza fenomenem z planu instynktu życiowego i aktywność ta zawsze będzie niezależna od światopoglądu pisarza, od tego, czy uważa, że ona ma sens wielki czy mały.


Pod koniec życia Anny Jarosław Iwaszkiewicz zapisuje w Dziennikach:

I w pewnej chwili w tym czarnym chaosie otwiera się mała jasna celka i mogę pisać. Wiersz, felieton, dziennik. Zadziwiające i – właściwie mówiąc − oburzające.


Pisze także już po śmierci Anny, do ostatniej chwili przytomnego mózgu.

Nie jest łatwo pisać o Iwaszkiewiczu politycznym. Ten element biografii został szczegółowo udokumentowany przez Marka Radziwona w książce Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie (W.A.B., Warszawa 2010). To bardzo interesująca książka, którą powinno się przeczytać. Tyle że biografia rozrasta się, żyje, pojawiają się nowe fakty, zmienia się ton. Jej ocena jest przefiltrowana przez aktualną świadomość polityczną. Teraźniejszość zmienia sądy i perspektywy.

Jak pisze Romaniuk w kontekście dotyczącym recepcji twórczości Jarosława Iwaszkiewicza:

[Pisarz] nie mając wątpliwości, że nie dostosuje się do wszechogarniającej tendencji, zostanie zepchnięty na boczny tor, a po pewnym czasie, gdy po raz kolejny zmieni się system kolejnictwa, zostanie tam odnaleziony.


Można to stwierdzenie także odnieść do kontekstu politycznego działalności Iwaszkiewicza. Nie wiemy, kiedy zmieni się system kolejnictwa. Aby nie utonąć w poprawności politycznej à rebours, trzeba pamiętać o tym, co Iwaszkiewicz zrobił dla literatury polskiej. Nie podpisywał listów protestacyjnych, ale w czasie jego prezesury żaden pisarz nie został usunięty z ZLP. Walczył o przydziały papieru, o wysokość nakładów, prestiż literatury. Od objęcia fotelu redaktora naczelnego „Twórczości” w 1955 roku, o czym obszernie pisze Romaniuk, publikowano w miesięczniku, między innymi, Dąbrowską, Stryjkowskiego, Hłaskę, Różewicza, Herberta. „Twórczość” dała po raz pierwszy polskiemu czytelnikowi Sartre’a, Joyce’a, Musila, Borgesa. „Twórczość” wspierała także pisarzy będących na indeksie. Piszący pod pseudonimami, nie tracili środków na życie.

Fenomenem były także pisane od 1954 roku, publikowane na łamach „Życia Warszawy” Rozmowy o książkach. Ostatni felieton ukazał się w grudniu 1979 roku. Prawie tysiąc felietonów czyta się z wielką przyjemnością. Ciągle oddychają, przypominają dawno zapomnianych i mniejszych, bo kto pamięta o Helenie Boguszewskiej, której napisane w 1934 roku Całe życie Sabiny zachwyciło Iwaszkiewicza. O oddaniu należytego miejsca Rozmowom o książkach Romaniuk nie zapomina.

Bardzo ładny rozdział poświęca Radosław Romaniuk pieskom, ważnym mieszkańcom Stawiska. Towarzysze spacerów, obdarzeni miłością − szczególnie Tropek − odwdzięczały się bezinteresownym uczuciem. Pojawiają się tak często w zapisach dziennikowych, listach, że przypadła im nieśmiertelność. Ostatnie − Migdał, jego matka Aza, przybłęda Reksio − były, jak pisał Iwaszkiewicz, tylko zwyczajnymi pieskami.

W rodzinie Iwaszkiewiczów mówiło się, że pies ma zawsze rację. Nawet jak kogoś pogryzł, zastanawiano się, co to za człowiek, że go pies pogryzł.

A gdzie koty? Upominam się tu o Czarusia i Kubździę – także ważnych mieszkańców Stawiska. Czaruś był faworytem Jadwigi Iwaszkiewiczówny i prowadził szczęśliwe życie, wylegując się na fotelach. Jego ulubionym przysmakiem było żółtko polane śmietanką. Kubździa często rodziła dzieci pod łazienkową wanną i uchodziła za marną matkę.

Autor biografii poświęca sporo uwagi ludziom Stawiska.

Jednym z nich jest bez wątpienia Wiesław Kępiński. Trafienie na Stawisko było wielkim szczęściem w życiu piętnastoletniego chłopca. Rodzice Wiesia i jego dwaj bracia stali się ofiarami rzezi polskiej ludności cywilnej na warszawskiej Woli. Wiesio, ranny, cudem przeżył „czarną sobotę” 5 sierpnia 1944 roku. Iwaszkiewicz pokochał chłopca i włożył wiele trudu w jego edukację, pomagał w lekcjach, podsuwał książki do czytania. Nie był bezkrytyczny mimo głębokiego przywiązania do Wiesia, chociaż sam nie bez winy − przywożone z podróży kosztowne prezenty, koszule, krawaty, którymi młody człowiek imponował kolegom, zmieniły wychowanka. Kontrast z życiem na Woli, z siostrą żyjącą w wielkim ubóstwie był ogromny. Odbyło się to kosztem nauki i młody człowiek został powołany do wojska. Po założeniu przez Wiesia rodziny związek emocjonalny z Iwaszkiewiczem nie maleje.

Uczucie i uwaga, którymi darzy przybranego syna, zrodziły nieuniknione napięcia w tkance rodzinnej − odbywało się to, jak twierdziła Anna Iwaszkiewiczowa, kosztem moralnym i materialnym wnuków. Związek z Jerzym Błeszyńskim także okazał się bardzo trudny do zaakceptowania przez Wiesława. Zazdrość o miejsce w uczuciach była nie do uniknięcia.

Dokumentuje to zespół listów Iwaszkiewicz−Kępiński Męczymy się obaj w opracowaniu Agnieszki i Roberta Papieskich (PIW, Warszawa 2014). To fascynująca lektura i nieocenione źródło, jeszcze jedna twarz pisarza. Iwaszkiewicz z tych listów to pedagog, gospodarz drobiazgowo opisujący stawiskowską rzeczywistość, zdający relacje z licznych podróży. Wiesław Kępiński pełnił istotną rolę w życiu pisarza aż do jego końca.

Związek z Jerzym Błeszyńskim, dobrze znany, został opisany przez Radosława Romaniuka z uwagą i taktem.

Czytając liczne wzmianki w Dziennikach i listy do Błeszyńskiego z uczuciem pewnej niewygody można pomyśleć o rodzinach, dzieciach, bliskich partnerów Iwaszkiewicza. Czy i w jakim stopniu, wydajemy ich na żer, przewracamy im życie, chociaż, z absolutnym egocentryzmem, zrobił to po raz pierwszy pisarz? Na ile, przez niewątpliwie korzystającego ze swojej pozycji, zamożnego Iwaszkiewicza życia Kuświków, Błeszyńskich, Zielińskich i tych mniejszych zostały na zawsze przeorane?

Co ciekawe, poza Miłoszem, ci więksi zostali najczęściej pozostawieni w spokoju. Niech pozostaną czyści, napisał w Dziennikach.
Można się zastanawiać, czy i na ile dzieło Iwaszkiewicza nie zostało przysypane w czytelniczej percepcji przez skandalizujące publikacje, zawsze łatwy czytelniczy lep. Praca Radosława Romaniuka pomaga, co bardzo ważne, spojrzeć na Iwaszkiewicza, bez unikania drażliwych tematów, jak na jednego z najlepszych polskich twórców XX wieku.

Wracając do ludzi Stawiska − rola Szymona Piotrowskiego (1933−1995), wyczerpująco opisana w biografii, była w życiu Iwaszkiewicza niezwykle istotna.

Pełniący wiele ról − kierowcy, sekretarza, plenipotenta, zarządcy majątku − pochodzący z Brwinowa Szymon był obdarzony nieograniczonym zaufaniem. Zajmował się praktycznie wszystkim: organizacją podróży, kalendarzem zajęć, relacjonowaniem posiedzeń ZLP, na których Iwaszkiewicza nie było, odbieraniem poczty. Jak wspominali byli pracownicy ZLP, oszczędzał nerwy szefa, wyrzucając anonimy. Tyle że w celu ich znalezienia trzeba pocztę dokładnie sprawdzić i, być może, podejrzane listy otworzyć.

Według Romaniuka Iwaszkiewicz obarczał Piotrowskiego ponad miarę i ten nie był w stanie uporać się z psychicznym i fizycznym ciężarem, uciekając w alkohol. Problemem Szymona było coś innego − rzeczywiście był obarczony ciężarami nie do udźwignięcia, ale wyłącznie z własnej woli. Nie chciał się dzielić z nikim. Jako dzierżawca Stawiska doprowadził je do powolnego upadku. Nie miał na to czasu ani umiejętności. Jak pisze jego pracodawca, był ze wszystkimi na noże. Dostrzegali to członkowie rodziny, usiłujący od czasu do czasu interweniować, uważający Piotrowskiego za demona i złego ducha Iwaszkiewicza, ale nie miało to żadnego wpływu na jego decyzje. W trzecim tomie Dzienników Iwaszkiewicza czytamy:

Wszystko w gospodarstwie jest nieudolnie zaprzepaszczone, a on, mimo wielokrotnych rozmów na ten temat, nic sobie z tego nie robi. Wielu ludzi (Stach Włodek, Staś Kępiński, Wiesio Kępiński i inni) zwracali mi uwagę na stan gospodarstwa, ale ja im odpowiadam: wy nic nie rozumiecie, gospodarstwo to mucha, dla mnie ważny jest sam Szymek, jest mi potrzebny do życia, jako podpora, jako konfident, jako pomocnik w sprawach bieżących, on się orientuje w sprawach Związku, jak Sejmu, redakcji, interesów […].


Jeśli można, przytoczę cytat z Dzienników dotyczący Szymka, w którym się pojawiam:


Bardzo to drogi i kochany człowiek […] ale skryty, zazdrosny i trudny w pożyciu, że nie daj Boże. Teraz go strasznie niecierpliwi, że Grażynka nabiera znaczenia koło mnie i ciągle strasznie ją podgryza. Nikogo nie znosi koło mnie i czasami łapię się na tym, że powtarzam jego słowa i sądy. Cóż dziwnego, że Hanię to irytuje.


W innym miejscu, w 1976 roku zapisuje:


Stach [Włodek, pierwszy mąż Marii Iwaszkiewicz] śmiał mi powiedzieć wczoraj, że Hania czuje się upokorzona w domu moim postępowaniem i moim stosunkiem do Szymka. Byłem wstrząśnięty. Oczywiście powtarza to, co mówi Hania, ale żeby Hania odczuwała podobne rzeczy i w podobny sposób.


Iwaszkiewicz miał także nieskończoną cierpliwość dla alkoholowych niedyspozycji sekretarza.

Piotrowski, jak się okazało po śmierci pisarza, planował swoją przyszłość umiejętnie. Niedokładne ustalenia testamentu spowodowały, że przejął na własność, będąc ponaddziesięcioletnim dzierżawcą, wielohektarowe grunty rolne Stawiska. Ziemia Lilpopów przypadła Szymonowi Piotrowskiemu.

Nie zgadzam się także z przedstawioną w biografii interpretacją związku między Iwaszkiewiczem a sekretarzem − nie był on erotyczny. Iwaszkiewicz pisze, że Piotrowski nie był jego kochankiem, a plotki brwinowskie nie są dowodem w sprawie, pojawiały się zawsze, kiedy u jego boku pojawiał się mężczyzna.

Radosław Romaniuk przytacza, jako jeden z dowodów, cytat z trzeciego tomu Dzienników:

Potem w nocy wróciliśmy z Szymkiem do domu − i jeszcze był un chant d’amour [metaforycznie − stosunek miłosny], który wykonałem z taką radością. To ta moja Ulryka von Leventzow [ostatnia miłość Goethego, młodsza od niego o pięćdziesiąt pięć lat]. Strasznie się dziwię sam sobie. On taki młodziutki.


W tym czasie partnerem erotycznym pisarza był siedemnastoletni Tadeusz Zieliński, zatrudniony na Stawisku jako pomoc, odwiedzający Iwaszkiewicza w nocy. Zapisy dokumentujące związek pojawiają się w tym roku kilkakrotnie. Szymon Piotrowski miał trzydzieści sześć lat.

Pisząc o próbach rozwiązania przyszłości Stawiska, Romaniuk wspomina o rozmowach prowadzonych z Muzeum Literatury. Nie skończyło się to na rozmowach − regularne porządkowanie archiwum rozpoczęło się w roku 1977.

Najmniej opisany jest przez Romaniuka Iwaszkiewicz rodzinny, ale to bardzo trudne zadanie.

Dziennikach i listach Iwaszkiewicz wiecznie narzeka. Na życie, na nieczułość rodziny, na przyjaciół, na żonę, która oddaliła się od niego. Często jego oceny są zdumiewająco powierzchowne i niesprawiedliwe. Narzeka, że Anna nadmiernie zajmuje się wnukami, które bardzo kochała. Niezmiernie rzadko rozsiane są inne sądy:

Moje osamotnienie, któremu sam ostatecznie jestem winien, mój stosunek do wnuków jest ohydny, do córek niedobry (Dzienniki, t. 3).


Także:


Dużo i intensywnie myślałem w kościele o moich córkach […] Smutno mi zawsze, kiedy o nich myślę, […] I tak się zawsze sam siebie pytam, czy ja im czego nie zabieram, czy ja im czego nie przesłaniam? […] mnie jakoś wobec nich i wstyd, no i trudno, i nie mogę przebić tej szklanej ściany, która nas dzieli (Dzienniki, t. 2).


W bardzo interesującym wstępie do listów Iwaszkiewicz−Kępiński Robert Papieski pisze: „W Jadwini (opowiadaniu) żona zarzuca mężowi, posłowi Pancyrowi, że wszyscy bliscy mają z jego winy puste życie. «Zamrażasz cudze życia» − puentuje. W tym zdaniu Iwaszkiewicz wiele powiedział o sobie samym. Jako artysta karmił się ciepłem innych. I może jeszcze ważniejsze: w zetknięciu z nim ludzie doświadczali utraty części swojej autonomii swoich losów na rzecz jego losu − centralnego”.

W innym miejscu trzeciego tomu Dzienników czytamy:

Zresztą moje dzienniki to zdawanie sprawy z kolejnych nastrojów, które czasami bawi swoimi kontrastami i świadczy o wielkim braku równowagi. Mimo to życie moje płynie bardzo zrównoważone, pomiędzy dwiema moimi staruszkami, które potrafią być nieznośne, i dwoma psami, które potwornie śmierdzą, a miłują spać jak najbliżej mojego łóżka.


Najważniejszą osobą w życiu pisarza była niewątpliwie żona, Anna Iwaszkiewiczowa. Nie zapomina o tym na moment autor biografii.

Oto jeden z najpiękniejszych cytatów z Dzienników:

Dziś poszedłem do kościoła św. Anny, patronki Hani. Modliłem się właściwie do Hani, prosząc ją o wybaczenie wszystkich moich grzechów. Nikt nie wie, nawet ona − może najbardziej ona − jak bardzo ją kocham, cenię i szanuję. Właśnie z daleka, z tego kościoła w Palermo, tak dobrze widziałem, jaka jest wartość tej kobiety. Jaka jest jej mądrość, inteligencja, siła charakteru. Z daleka znikają wszystkie cechy niecierpliwiące, fobie, mycie rąk (i pilnowanie mycia), nie widać nieporządku […], a widać właśnie te rzeczy istotne i które stanowią o moim do niej stosunku.
[…] nigdy nie byłem jej wart, nawet w tych czasach [czasach choroby], które wspominaliśmy teraz w Paryżu z Irenką Łempicką.


Inaczej niż Radosław Romaniuk oceniam też kilka ostatnich lat Anny Iwaszkiewiczowej. Według biografa pogorszenie pamięci i intelektualnego funkcjonowania zaczęło się już na kilka lat przed śmiercią pani Anny. W 1977 roku przeszła ona dwie bardzo poważne operacje i pogorszyło to znacznie jej stan zdrowia. Fatalnie leczona, stan polskiej geriatrii był bowiem zatrważający, cierpiała fizycznie. Ale pani Anna była intelektualnie czynna prawie do końca życia. Bardzo wyraźne zmiany zaczęły się kilka miesięcy przed jej śmiercią, od końca maja 1979 roku. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią tłumaczyła prozę poetycką belgijskiego pisarza Eugène Savitzkaya Mentir (Kłamać) dla „Literatury na Świecie”.

Ostre stany lękowe trwały w sumie trzy, cztery miesiące, ale całkowitego kontaktu ze światem do końca nie straciła. Anna Iwaszkiewiczowa zmarła 23 grudnia 1979 roku.

Tomasz Burek stawia bardzo ważne pytanie: kim byłby Jarosław bez Anny? „I czy bez krytycznej, napominającej, «mentorskiej», w wielu miejscach entuzjastycznej, a zawsze uważnej i współtwórczej obecności Anny byłby Jarosław Iwaszkiewicz tym pisarzem, jakiego znamy?” (Tomasz Burek Inna i ta sama [w:] Anna Iwaszkiewiczowa w setną rocznicę urodzin, Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, Podkowa Leśna 1997). To temat wymagający należnego mu rozwinięcia.

Bardzo dobrze udokumentowany przez Radosława Romaniuka ostatni pobyt Jarosława Iwaszkiewicza we Francji, już po śmierci żony, zakończył się ponuro. Umieszczony został w podparyskim Sailly w pokoju nad barem, bez telefonu, w niedogrzanym hoteliku należącym do kuzynki Józefa Czapskiego. Do pokoju prowadziły wąskie schody. Po kilku dniach nieprzerwanego deszczu, zaatakowany przez reumatyzm, nie mógł poruszać się. Aż do wyjazdu do Francji poruszał się o lasce, ale chodził i sam pokonywał schody Stawiska.

W połowie lutego Jarosław Iwaszkiewicz wraca do Polski, przywieziony przez zaalarmowanego Szymona Piotrowskiego. Umiera 2 marca 1980 roku w warszawskim szpitalu Ministerstwa Zdrowia.

W drugim tomie Innego życia jego biograf patrzy na Iwaszkiewicza chłodniejszym okiem, z większym dystansem. Nie pojawiają się sądy wartościujące, takie jak „z godnością znosił restrykcje rodziny” (Lilpopów) czy „przeciwko Iwaszkiewiczowi zastosowano wszelkie możliwe szykany” (odnoszące się do okresu po wybuchu choroby Anny, kiedy powstała Rada Rodzinna, uniemożliwiająca mu korzystanie z majątku żony), które zdarzały się w pierwszym tomie biografii.

Wielkimi zaletami Innego życia są świetne analizy literackie, którym powinno się poświęcić osobne, obszerne omówienie. Zdyscyplinowana narracja książki tworzy szkielet, bez którego tak obszerny temat byłby trudny do podtrzymania. Należy także podkreślić − tak ważną − samą przyjemność czytania.

Na włożoną przez autora wieloletnią pracę patrzę z podziwem i szacunkiem. Książkę – jak każdą biografię − czeka, już za drzwiami, nieustanny proces weryfikacji, zmian, poprawek, ewentualnej detronizacji, samodestrukcji czy nawet zapomnienia. To prawie syzyfowa praca, pełna wyrzeczeń, trwająca lata, rzadko odpowiednio wynagradzana.

Radosław Romaniuk wywiązał się ze swojego niełatwego zadania doskonale.

Radosław Romaniuk: Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza, tom 2. „Iskry”, Warszawa 2017, s. 758.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.