07-08/2020

Kazimierz Orłoś

Jacek

Wiele lat po powstaniu, kiedy mieszkaliśmy na Wierzbnie, spotykałem starą kobietę. Mogła mieć siedemdziesiąt lat. Chodziła lekko utykając, z laską lub parasolem – postawna, zawsze na czarno ubrana, siwe włosy, szal, beret lekko przekrzywiony. Uchwyt torby na produkty, którą niosła, trzymała w dużej ręce, jak dłoń męska.

Mijałem ją na naszej lub na pobliskich ulicach, zwykle śpiesząc się, czasem nawet biegłem do autobusu, aby zdążyć na zajęcia na uczelni. Byłem studentem drugiego, potem trzeciego roku Prawa. Ta kobieta stawała na mój widok i patrzyła na mnie, jak uznałem, dość natarczywie. Wsparta na lasce, odprowadzała mnie wzrokiem. Póki jej nie minąłem.

Nie znałem jej. Nie była na pewno znajomą rodziców ani kogokolwiek z naszych krewnych. Zupełnie obca. Skąd to zainteresowanie moją osobą? Przechodziłem obok w milczeniu, bez słowa, udając, że nic się nie dzieje, chociaż jej zachowanie zaczęło mnie irytować po pewnym czasie. Kiedyś, pamiętam, obejrzałem się – jeszcze stała, patrząc za mną.

Nigdy nie zatrzymałem się. Nigdy nie spytałem: „Dlaczego pani patrzy na mnie? O co chodzi?”. Nie mówiąc już, że nigdy nie ukłoniłem się, nie uśmiechnąłem. A przecież mogłem to zrobić. Nie kosztowałoby wiele. Zawsze przechodziłem obok w milczeniu, udając obojętność. Dopiero po kilku miesiącach lub roku nawet – na wiosnę lub jesienią, dziś już nie pamiętam – gdy ją mijałem, usłyszałem pytanie: – Jacek? – Spytała cicho, ale wyraźnie.

Nie odpowiedziałem. Być może jedynie przecząco potrząsnąłem głową. Nie zatrzymałem się, nie obejrzałem. Nie wiem nawet, czy myślałem tamtego dnia o tym pytaniu. Dziś, po latach, rozumiem, że przypominałem jej Jacka – zapewne syna lub wnuka. Byłem podobny – być może wyjątkowo podobny. Czy zginął w powstaniu? Nie wrócił po wojnie z obozu, z zesłania, z frontu na zachodzie lub wschodzie? Czekała na niego, łudząc się, że wróci, że gdzieś żyje, być może obok. Nawet ja mogłem być Jackiem.

Potem już tylko kilka razy spotykałem ją na ulicy. Przestała się przyglądać. Nie stawała, nie obejrzała ani razu. Przechodziliśmy obok siebie w milczeniu.

2020/1960


OD AUTORA

Zbierając dla Wydawnictwa Literackiego opowiadania, które nigdy nie znalazły się w żadnej mojej, poprzednio wydanej książce, znalazłem kilka nigdy i nigdzie nieopubli­kowanych. Takimi są Pałac KulturyJacek. Pisałem je w latach pierwszych moich prób literackich, kontaktu z „Twórczością” i debiutu w roku 1961. Dziś uznałem, że warte są przypomnienia i opublikowania. Oczywiście po stylistycznych korektach, skrótach i nieznacznych zmianach.

Warszawa – Mazury, kwiecień 2020


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.