07-08/2020

Kazimierz Brakoniecki

Jak nie zostałem Miłoszem II

Nie zostałem, ale chciałem. Skoro papieże mogą nosić imiona po swoich poprzednikach, to czemu poeci nie mogliby po swoich mistrzach? Nie tylko ja zresztą chciałem po powrocie ze studiów na Warmię do jeziornego Olsztyna (namiastka Wilna i Wileńszczyzny) zostać Miłoszem II, ponieważ o wiele wcześniej, a na pewno po 1956 roku, takie marzenia roiły się w głowach młodych poetów UMK w Toruniu czy w samej Warszawie, jak mi opowiadał poeta i redaktor „Nowego Wyrazu” Krzysztof Karasek. Mit wileńskich Żagarów z pierwszej połowy lat trzydziestych minionego stulecia, legenda o zaangażowanym w przebudowę (czytaj: kapitalistycznej) rzeczywistości „młodego idącego Wilna”, mit o utalentowanej generacji katastrofistów, reprezentujących wizyjną II Awangardę rozpalał nie tylko moją wyobraźnię, łaknącą dynamitu poetyckiego i skrystalizowanego światopoglądu, lecz wielu poetów z różnych okresów realnego i nierealnego PRL.

Pod koniec lat siedemdziesiśtych XX wieku na pewno nie mogłem tego samotnie i efektownie uczynić w prowincjonalnym Olsztynie, który czasami odwiedzał jeden z najlepszych i najmłodszych Żagarystów, a mianowicie Aleksander Rymkiewicz, teraz także całkiem dobry i wieloletni piewca warmińsko-mazurskiego pejzażu w zastępstwie tego utraconego na wschodzie, który tylko wymownie spojrzał na mnie spod przystojnego jeszcze i siwego łba, gdy raz go zaczepiłem przy poplamionym stoliku w DŚT, mówiąc że magisterkę w Warszawie obroniłem o poezji międzywojennej Czesława Miłosza, jego kolegi z dawnych lat wileńskich. Poza tym imię Miłosza nosił już nasz trzyletni syn, który lubił się przebierać w kolejarską czapkę i zaczepiał gości teściowej: „Mów do mnie Czesław, jestem poetą jak tatuś”.

W tym samym smutnym czasie, opromienionym chwałą polskiego papieża i sławą literackiego Nobla, debiutowałem tomem wierszy Zrosty w wydawnictwie „Pojezierze”, doskakując w ostatniej chwili do uznanych poetek i poetów nowych roczników, głównie mieszkających w Trójmieście, jak Zbigniew Joachimiak, Anna Czekanowicz, Władysław Zawistowski, Aleksander Jurewicz, Krystyna Lars, którym wmówiono, że reprezentują Nową Prywatność i nie mają nic wspólnego z zaangażowaną politycznie i kulturową Nową Falą, ze Stanisławem Barańczakiem na czele. Wiadomo, że sprawę „pokoleniową” zmanipulowano. Nasi starsi bracia w poezji, jak sam Barańczak czy Adam Zagajewski, Julian Kornhauser, Stanisław Stabro, przyznawali się do wspólnego przeżycia pokoleniowego symbolizowanego wydarzeniami i reperkusjami marca ’68 czy nawet grudnia ’70, nam zostawiając – ponoć decydujące o naszej strukturze psychicznej – „liberalne” początki epoki Edwarda Gierka. Jednak jeżeli chodzi o nasze integrujące przeżycie wspólnotowe (lub jego brak), ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych, a szczególnie w pierwszej ich połowie, to nie było ono ani takie jednoznacznie nijakie, ani jednowymiarowe politycznie czy kulturowo. Przykładowo Antoni Pawlak (mój rocznik, 1952) stopniowo coraz bardziej orbitował w stronę zaangażowanych w krytykę systemu peerelowskiego twórców Nowej Fali, pozostawiając rówieśników i przyjaciół z Gdańska, którzy uprawiali poetykę bardziej indywidualistyczną i polifoniczną artystycznie. Teraz to wiemy, że podziały były i umowne, i odgórne, a stan wojenny doprowadził do dalszego rozbicia tej i tamtej niby jednolitej formacji. Ja sam poetycko wyrastałem z powolnego uświadamiania sobie mocy poszczególnych kryzysów politycznych w latach siedemdziesiątych, ale dopiero klęska „Solidarności” ukazała mi w pełni moją bezsiłę indywidualną i społeczną wobec autorytarnego państwa.

Wydaje mi się, że przynajmniej krakowska grupa poetycka „Teraz” najbardziej spełniała zasady ideowo-poetyckie poruszane w pierwszych numerach „Żagarów”, kiedy w wileńskim organie młodych i zaangażowanych społecznie twórców dominowała krytyczna i emocjonalna treść programowa głoszona dobitnie przez (jeszcze wtedy) lewicowego katolika Henryka Dembińskiego, którego oskarżano o to, że głosi „bolszewizm katolicki”: „Pełne odrodzenie religii musi się łączyć z zupełnym zburzeniem kapitalizmu”. Młodzi rewizjoniści z Krakowa czy Poznania mogliby to przeświadczenie tak po swojemu wyrazić: „Pełne odrodzenie marksizmu musi łączyć się z zupełnym zburzeniem PRL-u”. Tamten zarzut doprowadził do przerwania ukazywania się „Żagarów” jako dodatku do wileńskiego „Słowa” Stanisława Cata-Mackiewicza.

Nie zostałem Miłoszem II również dlatego, że rewolucja Solidarności trwała krótko, że konformistyczny i peryferyjny z natury swojej Olsztyn nie był pogranicznym, wielokulturowym, wielonarodowym romantycznym Wilnem, że nie miałem dwudziestu lat, lecz prawie trzydzieści, że nadszedł dewastujący nadzieję stan wojenny, że rozsypały się moje marzenia na założenie pisma, na stworzenie na Warmii i Mazurach poetyckiej szkoły jezior, której pierwszą i najważniejszą inspiracją byłaby najbliższa geograficznie i historycznie tradycja rozmiłowanego w krajobrazie rodzimym pokolenia Żagarów. Dopiero po dziesięciu latach dostałem szansę wykreowania autorskiej i ideowej platformy literacko-kulturowej, kiedy pod koniec 1990 roku założyliśmy w Olsztynie Wspólnotę Kulturową „Borussia”. Założony rok później periodyk o tej samej nazwie nie miał nic wspólnego z ideami przebudowy społecznej głoszonymi przez aktywistów „Żagarów”, a bardziej z paryską „Kulturą” oraz warszawską „Res Publiką” jako wzorcowymi czasopismami ideowej demokracji. Tworzona przez nasz borussiański krąg poezja nie czerpała z katastrofizmu, symbolizmu, wizjonerstwa, ale mimo wszystko skwapliwie uprawiała – co świadomie wspierałem jako poeta i redaktor pierwszych, oryginalnych zeszytów – autentycznie przeżywany regionalizm, pograniczność, umiłowanie krajobrazu rodzimego, tożsamość kresową (rodziców czy dziadów), co w dużym stopniu stygmatyzowało naszą zmianę pokoleniową na dawnych Ziemiach Odzyskanych (u mnie nieco spóźnioną).

Uważałem, że w ten sposób pismo i krąg „Borussii” kontynuują w sposób kreacyjny i oryginalny, aczkolwiek całkowicie nienaśladowczy (bo jak?), nurt nowatorskiego, etycznego, otwartego na inne kultury i narodowości regionalizmu Kresów (tym razem we wcieleniu prusko-warmińsko-mazurskim). Takie moje rozbudzone fascynacje poezjowaniem pokolenia Drugiej Awangardy – a więc nie tylko tej wileńskiej – oraz relacjami na styku lokalne‒uniwersalne doprowadziły z biegiem lat do pojęcia Atlantydy Północy wynikłej z fascynacji Rodzinną Europą Miłosza, a następnie do koncepcji światologii czy związanej z nią geopoetyki, którą zaczerpnąłem z filozofii i praktyki poetyckiej szkockiego twórcy mieszkającego w Bretanii, Kennetha White’a. Geopoetyka, światologia – to w wielkim skrócie głębinowe, świadome, empatyczne otwarcie na świat dookolny, fizyczny, miejscowy i planetarny, w którym człowiek jest jedną z istot partycypujących etycznie i kreacyjnie w doświadczaniu istnienia i chronienia żywej Realności.

Wszystkie te i podobne skojarzenia powróciły do mnie, kiedy otworzyłem od dawna przeze mnie oczekiwany tom Biblioteki Narodowej Ossolineum zatytułowany Żagary. Antologia poezji (Wrocław 2019, opracowanie Jarosław Fazan i Krzysztof Zajas). W bogatym wstępie Tadeusz Bujnicki opowiada genezę i historię grupy, która nie chciała być grupą, ale została nią w pamięci pokoleń, i to nie wyłącznie dlatego, że debiutował w niej przyszły laureat Nagrody Nobla. W części drugiej dysponujemy antologią tekstów poetyckich autorstwa Teodora Bujnickiego (1907–1944), Jerzego Zagórskiego (1907–1984), Czesława Miłosza (1911–2004), Jerzego Putramenta (1910–1986). Aleksandra Rymkiewicza (1913–1983) oraz tych rzeczywiście pomniejszych jak Anatol Mikułko (1910–1955), Józef Maśliński (1910–2002), Leon Szreder (1911–1943), Jan Huszcza (1917–1986), Mieczysław Kotlicki (1907–1992).

To obcowanie z wierszami bardzo młodych ludzi, autentycznie mniej lub bardziej utalentowanych, nie doprowadziło, co w moim przypadku byłoby szalenie trudne, do – jak sobie założyli autorzy opracowania – do „nowego odczytania poezji żagarystów”, ponieważ spędziłem wiele lat na czytaniu ich wierszy, artykułów, polemik, ponieważ hierarchia poetów po tej nowej lekturze nie uległa dla mnie zmianie (Miłosz i Zagórski jako równi sobie twórcy!). Niewątpliwie dzięki tej potrzebnej i cennej publikacji zgrupowano wszystkie najbardziej reprezentatywne utwory większych i mniejszych żagarystów, co pomogło rzeczywiście ujrzeć wszystkie wątki źródłowe, tematyczne, kluczowe dla tej (mimo wszystko) różnorodnej poezji, w której można odnaleźć charakterystyczne wpływy i inspiracje, począwszy od futuryzmu, nadrealizmu, awangardy peiperowsko-przybosiowskiej po skamandryckie strofy, młodopolski sentymentalizm, czechowiczowską śpiewność. Nie wszyscy byli zdeklarowanymi i patetycznymi katastrofistami, zawziętymi prorokami apokalipsy (i oczyszczenia świata), ale na pewno wszystkich urzekła przełomowa i dramatyczna chwila dziejowa, niepoznawalna wieczność kosmiczna, ujmujący wileński, kresowy krajobraz (tzw. przymierze z ziemią) oraz samo romantyczne, wielokulturowe Wilno z cieniem wielkiego Adama.

Wiersze publikowane w „Żagarach”, poza kilkoma Miłosza i Zagórskiego, nie wniosły, jak mi się wydaje, jakiegoś wyjątkowo nowatorskiego stylu w poezji (nawet tej najmłodszej, symbolizowanej takimi świetnymi nazwiskami wschodzącymi, jak Sebyła, Łobodowski, Piętak, Czuchnowski). Chyba że zaakcentujemy jej mocną ekspresję katastroficzną, prorocki ton, osobliwą etyczność. Natomiast lewicowa publicystyka Dembińskiego czy wczesnego Miłosza tak: ona rzeczywiście szokowała mieszczan. Ten ostatni tak pisał, zachwalając wartości utylitarno-dydaktyczne proponowanej sztuki: „artysta kieruje hodowlą ludzi”.

O poezji żagarystów napisano całe strony, więc rezygnuję ze swojego omówienia. Chciałbym jednak podkreślić wcześniejsze moje podejrzenia, że niezwykle ciekawym pod względem formalnym i treściowym pozostaje ten przedwojenny Jerzy Zagórski (nigdy nie był już lepszy!), który świetnie poruszał się w materiale groteski i fantastyki, nadrealizmów i narracji epickiej, monologu osobistego i refleksyjno-reporterskiego. Jego poemat Przyjście wroga (1934) to jakby dalszy ciąg – może mniej wyrafinowany, ale przecież zaskakujący, inteligentnie zanurzony w widmowych realiach epoki dwudziestolecia – futurystycznego poematu prozą Aleksandra Wata JA z jednej strony i JA z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka (1919). Na końcu tej szalonej drogi może stoi nam współczesny, ekshibicjonistyczno-intelektualny monolog dziecięcia wieku Karola Samsela Autodafé.

Czesław Miłosz startuje wysoko, jak na przyszłego laureata Nobla przystało, ale zmienny to on był: od zaangażowanych społecznie i gniewnych artykułów programowych i podobnie lewackich wierszy przeszedł prawie natychmiast do neoklasycystyczno-ekspresjonistycznej poezji personalistyczno-chrześcijańsko-komicznej (pod wpływem poety i mistyka Oskara Miłosza). Jego sposób opisu realności nazwałem kiedyś dla siebie poezją konkretu metafizycznego, co bardzo mi się przydało w kreacji własnej po-etyki doświadczenia metafizycznego. Wiesław Paweł Szymański taką poezję, jak i innych twórców II Awangardy, nazwał chyba trafnie neosymbolizmem.

Miłosz w jednym z pomniejszych wierszy posłużył się sformułowaniem: „jesteśmy przeklęte pokolenie”. W dużym stopniu to prawda, Bujnicki został nieszczęśliwie zastrzelony przez AK za zdradę, Dembiński przez Niemców, Miłosz po wojnie wstąpił w odpowiednie szeregi, ale w końcu emigrował, Szreder popełnił samobójstwo w armii Andersa, no ale taki Putrament całkiem dobrze sobie żył w literacko-komunistycznej nomenklaturze PRL, jak i inny ideolog Stefan Jędrychowski. Ale oni lewicowali od młodości i nie zmienili swoich przekonań, dostosowując się chętnie do peerelowskich realiów.

Nadal nie wiem, dlaczego Miłosz przez lata odmawiał reedycji debiutu Poemat o czasie zastygłym, są w nim naprawdę poruszające i „słuszne” utwory o niezatartej mocy przypowieści, elipsy i syntezy historiozoficznej.

Zaskoczył mnie swoimi zgrabnymi lirykami pejzażowymi o Białorusi Jerzy Putrament (pisane w manierze „akmeistycznej”?), a Aleksander Rymkiewicz znów uwiódł kosmicznym, lirycznym, symbolicznym Tropicielem (1935/36), który na pewno musiał uważnie czytać z korzyścią dla siebie poeta spełnionej apokalipsy Tadeusz Gajcy.

Nigdy nie widziałem „na żywo” litewskiego niedźwiedzia Czesława Miłosza, wolałem pozostać jako nieznany admirator z Prus Królewskich z dala od jego grzmiącej litewsko-perkunowskiej Obecności. Kiedyś zapytał mnie raz spotkany prof. Jan Błoński, co sadzę o Czesławie Miłoszu, to odpowiedziałem, że najwybitniejszym poetą polskim XX wieku jest Bolesław Leśmian, ale Miłosz stał się na zawsze największym moim przeżyciem poetyckim w okresie studenckim, czego świadkiem bywał subtelny Piotr Matywiecki, poeta i ówczesny bibliotekarz uniwersytecki, od którego odbierałem w czytelni zamówione czasopisma wileńskie i nieustająco Trzy zimy.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.