02/2020

Grażyna Obrąpalska

Jarosław Iwaszkiewicz – szukając innych tropów

Jaki był Jarosław Iwaszkiewicz – zastanawiam się od lat. Zaczęło się w końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy porządkując jego wielkie archiwum, czytałam niepublikowane listy, dzienniki, zapiski. Życie wylewało się z kartek, ale wokół trwało normalne życie. Ja, wtedy dwudziestoparoletnia, byłam świadkiem końca pewnej fazy Stawiska.

Ale dom funkcjonował, żyli jeszcze wszyscy jego mieszkańcy: najmłodsza z sióstr Iwaszkiewiczówien, pani Jadwinia, Anna Iwaszkiewiczowa, Jarosław Iwaszkiewicz, psy Migdał, Reksio i Aza, koty Czaruś i Kubździa. Pomieszkiwali wnuk Maciej Włodek z żoną i malutką Ludwiką. Kręcili się, aż do wyprowadzki w roku 1979, Władysław Kuświk z żoną Zofią. W malutkim pokoiku za jadalnią mieszkała Zofia Dzięcioł, wieloletnia gospodyni, osoba niezbędna do funkcjonowania ciała i duszy wielkiego domu. Schody trzeszczały, psy szczekały, z kuchni dochodziły smakowite zapachy, bo Zosia gotowała doskonale. Telefon dzwonił często. Pani Anna chodziła bardzo szybko, tak jak jej ojciec, Stanisław Wilhelm Lilpop, bez którego Stawiska by nie było. W mieszkaniu na górze, przebudowanym w latach pięćdziesiątych przez wracającą po kilkuletnim pobycie w Kanadzie młodszą córkę Teresę z mężem, wybitnym malarzem Eugeniuszem Markowskim, i córką Magdaleną, mieszkał teraz Szymon Piotrowski z rodziną. Na górę prowadziła oddzielna klatka schodowa, ale połączenie z głównym domem było łatwe. Drzwi obok łazienki na pierwszym piętrze otwierały się i wkraczał Szymon Piotrowski, dla funkcjonowania Jarosława Iwaszkiewicza niezbędny. Władza sprawowana przez Szymona była ogromna, nie do wykonania przez jedną osobę. Nie pomagały mu też cechy charakteru – zazdrość o wpływy innych, nieumiejętność dzielenia się władzą. Moje, nie takie już krótkie życie, nauczyło mnie, że tylko ta jedna cecha oddziela życie udane od nieudanego. Umiejętność delegowania, brak lęków przed dzieleniem się obowiązkami.

Minęło ponad trzydzieści lat od śmierci mieszkańców Stawiska, także zwierząt. Czytając to, co wydano, nie obciążona grzechem niedyskrecji, posługując się wyłącznie cytatami, łowiąc czasami pojedyncze zdania, rzadko pojawiające się stwierdzenia, postaram się pokazać jeszcze innego Jarosława Iwaszkiewicza.

On, wiecznie narzekający, z silnym poczuciem niedowartościowania „niedopieszczony pieszczoch” (Jerzy Pilch).

Dziennik, 14 stycznia 1973: „Zresztą moje dzienniki to zdawanie sprawy z kolejnych nastrojów, które czasami bawi swoimi kontrastami i świadczy o wielkim braku równowagi. Mimo to życie moje płynie bardzo zrównoważone, pomiędzy dwiema moimi staruszkami, które potrafią być nieznośne, i dwoma moimi psami, które potwornie śmierdzą, a miłują spać jak najbliżej mojego łóżka”.

Dziennik, 31 sierpnia 1958: „Zastanawiam się znowu nad tym, na czym polega urok umysłowości Zygmunta [Mycielskiego]. To nie jest umysł olśniewający wiedzą czy wiadomościami, jakimś paradoksalnym przedstawieniem świata i jego zagadnień, nie jest to także umysł filozoficzny, specjalnie uczony. Myślę, że cechą zasadniczą jego jest mądrość (a co za tym nieuchronnie idzie – dobroć). Obcowanie z tym umysłem czy bezpośrednie, czy poprzez listy jest czymś pocieszającym, umacniającym w człowieczeństwie, czymś ważnym – i ma to dla mnie specjalne znaczenie jako przeciwstawienie mojej histerii, mojemu niepokojowi i mojemu ekshibicjonizmowi”.

Zygmunt Mycielski w swoim dzienniku pod datą 23 lutego 1951 roku zapisał: „[Iwaszkiewicz] Należy do czasów, w których autor stał w centrum swego dzieła, nawet jeżeli potrafił to przezwyciężyć. Jak Gide czy Proust: erotyzm jako sprężyna centralna, bardziej czy mniej zamaskowana. «Ja» jak u Verlaine’a czy Baudelaire’a”.

Rodzina
Dziennik, 12 listopada 1962 roku: „Dużo i intensywnie myślałem w kościele o moich córkach […] Smutno mi zawsze, kiedy o nich myślę, wydają mi się nie bardzo szczęśliwe i jakieś takie pomylone w losie, żal mi ich […] I tak się zawsze sam siebie pytam, czy ja im czego nie zabieram, czy ja im czego nie przysłaniam? Te ich dobre humory zbyt często wydają mi się nadrabianiem miną – a tak się nic, nic o nich nie wie. Hania zajęta wnukami – mało myśli o córkach, a mnie jakoś wobec nich i wstyd, no i trudno, i nie mogę przebić tej szklanej ściany, która nas dzieli. Bo ja je bardzo kocham, a tak wygląda, jakbym myślał tylko o sobie i Hani”.

Dziennik, 9 września 1979 roku: „Wnuki tylko straszne. Dlaczego ja mam tak okropnych zięciów i takie straszne wnuki? Chwilami wydają się jak ulepieni z obcej gliny”.

Dziennik, 8 kwietnia 1972 roku: „Moje osamotnienie, któremu sam ostatecznie jestem winien, mój stosunek do wnuków jest ohydny, do córek niedobry”.

Z listów do Czesława Miłosza, 8 kwietnia 1948 roku: „Wnuki mam niestety bardzo hałaśliwe, choć bardzo milutkie i zadziwiająco mądre. Maciuś, mając trzy lata, zna już niektóre litery i umie liczyć do piętnastu. Mała też bardzo ładnie się umysłowo rozwija, choć fizycznie jest brzydulka. Bardzo miły jest mój zięć, bardzo kocha dzieci i one go kochają, i przepadają po prostu za ojcem, on je myje, hoduje i wyprowadza na spacery”;

16 sierpnia 1949 roku: „Robisz fantastyczną reklamę moim córkom – doszły mnie echa z Ameryki, ja ich urody nie widzę, są najwyżej dorodne”. (Miłosz napisał: „Twoje córki są tak urodziwe, że się robi słabo, kiedy się na nie patrzy. Powiedz Marysi, że ją wielbię”);

7 września 1975 roku: „Nie bardzo mi imponujesz wiekiem swoich synów – bo mój wnuk [Maciej Włodek] już ma 30 lat, od pięciu lat jest żonaty, jest mgr. geologii itd. Wnuczka moja młodsza [Magdalena Markowska] skończyła świetnie Akademię Sztuk Pięknych i zapisała się na wydział teologiczny na Bielanach, na filozofię! Bardzo mnie to zdziwiło – ale chyba nasze wnuki są od tego, żeby nas dziwić”.

Konstanty Jeleński do Jarosława Iwaszkiewicza, 6 lutego 1977 roku: „Bardzo się dla Was cieszę, że wróciła Anusia! [Włodek] Urok, inteligencja «naturalna», uroda (również naturalna), dobroć tej dziewczyny – wszystko to ogromnie ujmujące i bardzo miło wspominam ostatnie z nią tu śniadanie”.

W notatkach 1939–1945 czytam, 18 stycznia 1945 roku: „[…] poprzez pocięty przez Niemców las widać szosę, którą od strony Grodziska, to znaczy z zachodu, w stronę Brwinowa jadą rosyjskie czołgi ozdobione czerwonymi chorągiewkami. Jest godzina jedenasta minut dwadzieścia. […]

Ulga jest tak wielka, że natychmiast przychodzi fala pisania. Zamykam się w malutkiej ubieralni Hani, która mi teraz służy za gabinet, i od jednego zamachu kończę cały rozdział mojej książki o Sycylii, którego od dłuższego czasu nie mogłem pokonać. Zaraz po skończeniu melduję o tym Poli [Gojawiczyńskiej]. Jest na mnie oburzona.

– Właściwie mówiąc – powiada – ciebie nic nie obchodzi oprócz twojego pisania.

Odpowiadam jej:

– Czyż tak nie powinno być?”

Dziennik, Sandomierz, 26 maja 1955 roku: „Co jest dla mnie ważne, co jest istotą moich pobytów w Sandomierzu, to to, że mogę zanurzyć się bez reszty w moim przyrodzonym żywiole – w literaturze, to znaczy w czytaniu i pisaniu. Tu dopiero widzę, jak wszystko inne: działalność społeczna, redakcja, teatr – jest mi obce i narzucone. Nawet rodzina jest elementem mniej istotnym i zastanawiam się chwilami, czy ja ich za mało nie kocham – skoro w życiu moim odgrywają raczej drugorzędną rolę. I tutaj przychodzi ta łatwość pisania, obfitość pomysłów, spokój fizyczny w stawianiu liter – bez pośpiechu”.

Dziennik, 3 listopada 1979 roku: „Nie umiem opisać stanu, w jakim się znajduję. Zupełnie koszmarny sen. Z jednej strony okropny stan Hani, prawie zupełnie nieprzytomnej, z drugiej sprawa «Twórczości», gdzie zdecydowałem się podać do dymisji, nie mogąc się zgodzić z wyzyskiwaniem mnie na kształt parawanu […] I w pewnej chwili w tym czarnym chaosie otwiera się mała jasna celka i mogę pisać. Wiersz, felieton, dziennik. Zadziwiające i – właściwie mówiąc – oburzające. Że jeszcze mogę”.

Iwaszkiewicz-mizogin
Jan Walc, Mefisto z kwiatem glicynii, „Kultura niezależna” 1989, nr 48, Warszawa: „Nie znalazłszy w sobie miłości, stara się przez całe lata dowodzić, że ona w ogóle nie istnieje, postrzegając wygwieżdżone niebo nad sobą, ale w sobie nie czując moralnego prawa, stara się dowodzić, że nie istnieje moralność; wiedząc, że jego długoletnia walka z ludzką nadzieją musi wypłacić mu się zapomnieniem. Jedyne dla siebie pocieszenie, uspokojenie, ową sérénité odnajduje – stojąc już nad grobem – w nazywaniu świata nicością, bo nie chce się zgodzić, aby ktokolwiek dostał więcej od niego. Biedny stary lis wobec wiecznie zielonego winogrona literatury”.

Dziennik, 31 sierpnia 1969 roku: „Z uczuć wygasło we mnie tylko uczucie zazdrości. To dobrze, mniej upokorzenia. Łatwiej znieść okropne rzeczy, które dzieją się koło mnie. Moim zdaniem wina jest zawsze po stronie kobiety: jest to zawsze stworzenie przebiegłe, chytre i kłamliwe i lubiące wystawić mężczyznę w jak najgorszym świetle”.

Dziennik, 8 stycznia 1960 roku: „Tołstoj uczył, «jak żyć». Ja nie tylko nie uczę, ale nawet sam nie wiem, «jak żyć». Jakoś tam żyję, ale to przecież nie jest życie. Jakaś miska soczewicy gdzieś się tu chowa. Alem jako żywo niczego nie sprzedawał. Nigdy nie miałem moralnego poczucia odpowiedzialności za własne życie. Na tym polega sekret mojej płytkości”.

Z listów do Wiesława Kępińskiego, 28 grudnia 1952 roku: „Ja dlatego tak przywiązałem się do Ciebie, że byłeś wyłącznie moim dzieckiem i że nikt mi się do Ciebie nie wtrącał. Do moich córek nigdy nie miałem dostępu, tak jak nie mam do wnuków – a ty byłeś całkowicie na moim wychowaniu. Wychowałem Cię źle, to prawda, ale mi nikt w tym nie przeszkadzał”;

8 grudnia 1952 roku: „Maciek zresztą jako dobry brat czytał przed chwilą Anusi jakąś książkę. Obiecałem mu, że przed świętami zabiorę go do Warszawy na sprawunki i nie może się uspokoić, że «go takie szczęście spotka», i nie może się doczekać, ale oczywiście może to nastąpić dopiero po moim powrocie z Wiednia”.

List do córki, Teresy Iwaszkiewiczówny, 4 września 1948 roku: „Moje dziecko najdroższe i najmilsze! Możesz sobie wyobrazić chyba, jak wielką przykrością dla mnie była wiadomość, że odczułaś bardzo moją nieobecność przy twojej operacji i że wzięłaś to za brak czułości z mojej strony. Chyba wywietrzały Ci już z głowy dziecinne twoje imaginacje, że jesteś niekochaną córką, i wiesz dobrze, jak bardzo Cię kocham i jak zawsze mi ciężko, że nie możesz znaleźć jakiejś możliwości, aby przezwyciężyć skrępowanie, jakie odczuwasz wobec mnie”;

10 maja 1951 roku: „Dla mnie to także wielki wstrząs [rozwód Marii Iwaszkiewicz], tym bardziej że Marysia powołuje się na moją niemoralność – oczywiście, że jest to pretekst, ale jakże dla mnie ciężki”;

23 lipca 1953 roku: „Wczoraj Maciek dostał ode mnie po raz pierwszy pasem i była wielka tragedia. U nas odnawiali teraz cały hall i stołowy, i kuchnię, przy okazji wyjąłem kawałek tego spalonego lustra w przedpokoju, i postawiło się to na zewnątrz domu […] Nie wiem, co Maćkowi przyszło do głowy, bo nogami to lustro pobił na kawałki. Strasznie byłem wściekły i porządnie oberwał, aż nawet popsisiał się ze strachu!”.

Dziennik, 26 grudnia 1955 roku: „Zadziwiające wydarzenie. Maciek wczoraj deklamował nauczony specjalnie dla mnie wiersz Moje Siostry. Wstrząsnął raptem we mnie wspomnieniami – nie tylko zawartymi w samym wierszu, ale wspomnieniami o epoce, kiedy ten wiersz był napisany. 1920!

[…] co znaczy taki wiersz dla mojego wnuka? Co on rozumie z tych wspomnień sprzed pół wieku? Co z niego dochodzi z tak intymnych zwierzeń i tak osobistych spraw? Jaka jest łączność pomiędzy nim a moim ojcem, który walczył w 1863 roku, a umarł w 1902?

Jakie nici przechodzą z epoki do epoki – co w Maćku jest ze Stanisława Lilpopa, promotora przemysłu polskiego, co z mojego ojca – Litwina? Z prababki, która była siostrą księżnej Zubow? Jak się owa rodzina kształtuje w przemianach społecznych i historycznych ostatnich stu pięćdziesięciu lat? Mój dziadek urodził się w roku 1812!

Bardzo mnie ta deklamacja Maćka wstrząsnęła i zastanowiła, osad tych myśli towarzyszył mi wczoraj przez cały dzień i jeszcze się nie mogę uspokoić; to jakbym dotknął namacalnie owej przemiany czasów, resztek żyć ludzkich, które się w tak skromnej mierze opierają czasowi – i przechodzą przez dziesiątki lat – zawsze ukazując jakieś nowe i niespodziewane aspekty. Narzeka człowiek na starość, ale tylko starość obdarza nas takimi doświadczeniami. W naszej kulturze uczuć – tylko starość potrafi dostrzec te sprawy i nagle odgrywają one przed nami nieskończone perspektywy wieków, rzuty trwania sięgające w nieskończoność. Bardzo cenne przeżycie”.

Jarosław Iwaszkiewicz żył jeszcze dwadzieścia pięć lat. Cóż za siła słów, bo przecież dziennik jest głównie zadaniem literackim. Na rozmowę, zasadniczą rozmowę z wnukiem, Maciejem Włodkiem, nigdy nie znalazł czasu.

W stosunku do najbliższych widoczne jest pewne etyczne kalectwo, niedomiar. Widoczna jest dychotomia aseksualne‒seksualne. Na seksualizm najbliższych – zwłaszcza córek – patrzył potępiająco. On, którego seksualizm był bardzo silny, a wszystkich swoich intymnych przyjaciół wprowadzał do domu w Stawisku. Wystarczy otworzyć książkę i jest Tadzio, odwiedzający go nocą w sypialni.

Dziennik, 29 czerwca 1969 roku: „Przedwczoraj otwarcie Sejmu ze mną jako marszałkiem-seniorem! «Wszystkiego się mogłem spodziewać, ale nie tego, że będę taki stary». Tremę mieli za mnie wszyscy, ja nie, chociaż w telewizji podobno wyglądałem zdenerwowany. […]

Wczoraj w nocy Tadzio wlazł po rynnie na balkon i do mego pokoju. Wyglądał cudownie. Tropek nawet nie warknął. Noc była ciepła i księżycowa”.

Starając się poznać Jarosława Iwaszkiewicza, czasami wystarczyło otworzyć drzwi lub spojrzeć i porównać datę w kalendarzu.

W okresie związku z poznanym w 1953 roku, a zmarłym w 1959 roku Jerzym Błeszyńskim, chorym na gruźlicę, na Stawisku mieszkała w przebudowanym na poddaszu mieszkaniu córka Teresa z mężem, wybitnym malarzem Eugeniuszem Markowskim, i kilkuletnią Magdaleną. Wychowywały się wnuki, dzieci Marii i Stanisława Włodka, Maciej i Anusia.

Na dole, obszerny pokój z alkową, niegdyś locum Stanisława Wilhelma Lilpopa, ojca Anny Iwaszkiewiczowej, zajmowała Wanda Bogatyńska z mężem i malutką córką. Wanda była córką Bolesława Iwaszkiewicza, starszego brata Jarosława. Po zmarłej w 1955 roku Anieli Pilawitzowej pokój, nazywany „umieralnią”, zajęła Helena Iwaszkiewiczówna, najstarsza z sióstr.

Jerzy Błeszyński bywał na Stawisku. Po każdej jego wizycie Anna Iwaszkiewiczowa, całe życie obawiająca się zarazków, odkażała wszystkie klamki. Jerzy pomieszkiwał także w warszawskim mieszkaniu pisarza, w Alei Szucha. Dzieliła je także Maria Iwaszkiewiczówna z drugim mężem Janem Wołosiukiem i urodzonym w 1955 roku synkiem Janem Jarosławem. Młody człowiek zaraził już gruźlicą żonę Halinę i kilkuletniego syna. Jarosław Iwaszkiewicz, targany namiętnością, nie ma obaw, że naraża swoich najbliższych. Wprowadza go pod swój dach.

Jerzy Błeszyński umarł, a jego śmierć została opisana piórem wielkiego pisarza. Ale on, wypluty, stał się kolejnym dowodem na to, że literatura bywa zajęciem niebezpiecznym. Potworna niedyskrecja popełniona na kolejnym życiu, nie pierwsza i ostatnia w życiu Jarosława Iwaszkiewicza.

Dziennik, 25 marca 1958 roku: „Dziękuję ci, mój drogi, kłam, oszukuj, szantażuj – dałeś mi więcej, niż nawet sobie wyobrażasz. I ta twoja najdroższa uroda – i te moje cierpienia młodości na starość. Jerzy, jesteś czymś najbardziej istotnym w moim życiu, samym rdzeniem życia”.

Pisał to ten sam człowiek, który pocieszał płaczącą w paryskiej kawiarni obcą staruszkę, w nocy potrafił wypuszczać domagające się wolności psy i miał dla nich masę czułości, który robił staranne, przemyślane prezenty najbliższym, płakał na filmach, nie miał czasu na istotne rozmowy, był niesprawiedliwy, narzekał na najbliższych, zawsze mógł pisać.

A przecież, jeśli spojrzeć na to, co się dzieje po śmierci Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, to nie jest łatwo znaleźć w historii literatury spadkobierców, którzy zachowaliby się równie godnie. Córki, Teresa i Maria, pozwoliły na edycję listów, dzienników, całej spuścizny literackiej bez żadnych skrótów, cięć, ominięć.

Uważam to za niezmiernie ważny gest, z każdego punktu widzenia. Także moralnego, chociaż to nie jest często używane słowo.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.