04/2020

 

Jedną nogą w Pińczowie

Paweł Jaskulski: Kontynuujemy rozmowy na temat krótkich metraży. Pora na wyjątkowo osobiste dzieło. Sądzę, że Na wyjeździe jest czymś więcej niż filmem. Czy można powiedzieć, że tytułowe sformułowanie definiuje całe pańskie życie?

Andrzej Barański: „Na wyjeździe” jestem od czasu ukończenia szkoły podstawowej w Pińczowie. Najpierw szkoły, potem praca, wszystko w kilku dużych miastach, ale pochodzenie i przynależność nie zmieniły się, a ja ciągle czuję się „na wyjeździe”. Na przestrzeni lat różne tego były objawy i zmienne nasilenie, ale istota sprawy pozostawała. Reakcja na jedno słowo usłyszane z radia albo pojawiające się na etykiecie dżemu, albo że koń z pobliskiej stadniny poszedł za pół miliona dolarów – zawsze dreszcz, potem uśmiech: „Moje strony”. Pierwsza rzecz do odszukania na mapie sprzed stuleci: czy już jest na niej to moje miasteczko. Jeśli jest, to uciecha, że ten kartograf o niezwykle skomplikowanym imieniu i nazwisku – czyli nietutejszy – już trzysta lat temu wiedział, że nad rzeką Nidą jest Pińczów, że jest rynek, że są mieszkańcy, że jest kościół, że modlą się, klęcząc. To są te piękne strony zakorzenienia.

P.J.: Ale w Na wyjeździe nie ma miejsca na idealizację.

A.B.: W tym filmie chciałem pokazać tę drugą, „męczeńską” stronę życia „na wyjeździe”. Szczególnie było to dotkliwe w okresie początkowym, czy to technikum, czy studia. Trudno było sobie poradzić z tym życiem na obcym terytorium, wśród obcych. Zwłaszcza że towarzyszyła temu świadomość, że przecież mogę to wszystko rzucić i wrócić tam, skąd przybyłem. Nikt i nic mnie tutaj nie trzyma. Ale nie jest to takie proste, gdyż już powstało przeświadczenie, że ja będę żył gdzie indziej. Ci, co mieli zostać, to już zostali, i to w sposób tak naturalny, jak drzewa na skwerze. Nikt o nic mnie nie pytał, a wybrano mi inną drogę, i bez buntu kroczyłem nią. Ból w sercu pojawił się dopiero później, kiedy „klamka już zapadła”. Powrót możliwy był tylko w charakterze pokonanego, tego, który w świecie nie dał sobie rady albo nie mógł żyć gdzie indziej, bo tak kocha te swoje kąty, a to też duża słabość.

P.J.: Czy to oznacza, że wstydziłby się pan ewentualnego powrotu na stałe?

A.B.: Raczej nie potrzebna mi była porażka. A z drugiej strony życie „na wyjeździe” dla kogoś o takiej mentalności jak moja miało też swoje zalety – bycie poza zasięgiem wzroku miasteczka. To jest trochę tak, jak ci, co na przykład siedzą całymi latami w Ameryce, mimo że zdegradowani, koczują, ale wolni. Ich „żadna praca nie hańbi”, ubierają się, jak chcą, żyją, jak się im podoba, nie oglądając się na opinie. Gdy odbywa się to w skali krajowej, jest trudniejsze, gdyż jednak ciągle jedną nogą pozostaje się wśród swoich. Nawet jak nie ma już żywych znajomych, to jednak są groby i wspomnienia, choćby sprzed wielu lat, są jak żywe i ciągle świeże. Spacerując cmentarnymi alejkami, co chwila napotykamy kogoś znajomego i coś sobie przypominamy, w ten sposób ten miniony czas ciągle trwa i ciągle jesteśmy w tamtym polu widzenia, i nagle czujemy się mniejsi, niż byliśmy przed chwilą, zanim tu przyszliśmy. Zmarli emanują z taką siłą, jaką mieli za życia.

P.J.: Film Na wyjeździe powstał w Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi jako film dokumentalny, tzw. dokument inscenizowany. Chyba nikt nie spodziewał się, że WFO będzie sygnowało tak eksperymentalne formy.

A.B.: Szczęśliwie trafiłem na czas odważnych dyrektorów wytwórni, którzy pozwalali mi na więcej. Jeśli i oni byli czasem zaskoczeni tym, co zrobiłem, to i tak mogłem liczyć na ich wsparcie podczas kolaudacji filmu w Warszawie. Mimo to zawsze wydawało mi się, że to już ostatni raz mogłem zrobić na moich zasadach film, że już skończy się moja prywata. Zarówno temat, jak i forma moich filmów były poza wszelkimi rozdzielnikami i potrzebami. Na nagrody też nie mogłem liczyć, bo byłem poza aktualnymi trendami. Bez specjalnego planowania czy jakiejś strategii zawsze moje filmy były bardzo osobiste. Samo się to stawało. Nawet jeśli to była tylko wycinanka ze starej gazety, to było w tym filmie dziesięć śladów wskazujących, że to ja jestem sprawcą. Czasami buntowałem się przeciw sobie, że już wystarczy, czas pójść ze wszystkimi, to jednak w końcu zawsze wpadałem w swoje koleiny, gdyż żal mi było okazji, żeby nie zrobić w pełni swojego filmu. To była „polityka” ostatniego filmu; następnego nikomu niepotrzebnego filmu już nie będę mógł zrobić, kurek zostanie zakręcony. Chyba wtedy żyłem poza czasem, skupiony wyłącznie na sobie. Dzisiaj nie wyrzucam sobie tego. Dla mnie zaletą filmu Na wyjeździe jest to, że opowiedziałem kawałek swojej historii, jak się męczyłem samotnością i wolą tkwienia w samotności, z dala od domu, w sensie dosłownym, ale i szerszym, społecznym. Ale czy tak było? Może jest to tylko forma, mój styl myślenia o sobie.

P.J.: No właśnie. Może decydenci uznali, że Na wyjeździe jest filmem za trudnym jak na film oświatowy?

A.B.: Nie robiłem filmów obrazoburczych, nie o to mi chodziło. A jednak nie spełniałem oczekiwań. Mówiono mi, że psuję swoje filmy prywatnym podejściem, że dogadzam sobie, robiąc filmy dla siebie. Że się bawię starą ikonografią; i tak było, tylko że z tej zabawy zawsze powstawało ważne dla mnie zdanie.

P.J.: Rozłóżmy Na wyjeździe na czynniki pierwsze. Treść tego filmu przypomina w pewnym sensie schemat powieści rozwojowej. Bohater prawdopodobnie jest studentem pierwszego roku. Widz szybko orientuje się, że protagonista jest głęboko refleksyjny, nieustannie analizujący sytuację, w której się znalazł. Po raz pierwszy w życiu jest zdany tylko na siebie, musi samotnie spędzić wolny weekend, co – pewnie wbrew pierwotnym oczekiwaniom tego młodego człowieka – staje się prawdziwą udręką. Bohater zamiast się dobrze bawić, cieszyć wolnością, mierzy się z dotychczas nieznanym sobie przeciwnikiem – nudą. I na dodatek określa siebie jako najstarszego człowieka świata.

A.B.: W mieszkaniu jest mu źle, bo to takie bytowanie w pustce i nieważkości. Skazany na leżenie na leżance, i to go też denerwuje. Kiedy chodzi po mieście, jest mu lepiej, ale nie chce być przez kogoś zauważony jako ten, który notorycznie przemierza główną ulicę miasta. Chodząc, zmęczy się, bo dla niepoznaki udaje kogoś, komu się śpieszy. Bardzo mu się śpieszy, a nagle przystaje i stoi sobie; dobrze, gdy jest to miejsce, które usprawiedliwia takie zachowanie. Zerka na zegarek, jakby był z kimś umówiony. Dobrym pretekstem do zatrzymania się są wystawy sklepowe. Najlepiej księgarnie. Ale nie wolno nadużywać, żeby nie zostać uznanym za kogoś, kim właśnie się jest, czyli za człowieka, który nie wie, co ze sobą zrobić. Wprawdzie sprzedawczynie z księgarni niespecjalnie dużo czytają, ale i tak sporo wiedzą o takich typach, jakby żywcem przeniesionych z kart pewnych kultowych książek. Do środka nie wchodzi z powodów pieniężnych, ale zapał kupowania książek ma, jak na razie, jakby za sobą. W Pińczowie najpierw zebrał całą serię „Biblioteka żołnierza”, a nieco później klasyczne dzieła literatury światowej, których cena była przystępna dla każdego; miały trafić pod strzechy i tak się stało. Teraz z czytaniem jest u niego nie najlepiej. Może dlatego, że brakuje mu kolegów z podstawówki, z którymi rywalizował, kto więcej książek przeczyta jednego dnia. Z tego powodu pracownica miejskiej biblioteki miała masę pracy – wprost drzwi się nie zamykały. Podczas wymuszonych przechadzek po głównej ulicy wystawa księgarni to naturalne miejsce, gdzie można się zatrzymać i po raz któryś przyjrzeć się książkom, przeczytać tytuły, a nawet zamyślić się. Ale trzeba mieć wyczucie, żeby nie przesadzić z tymi postojami. Jeszcze można było odwrócić się plecami do księgarni, i chwilę postać, jako ktoś, kto się tutaj umówił.

P.J.: A wystawy innych sklepów, nie wchodziły w grę?

A.B.: W tamtym czasie wystawy sklepowe były bardzo prozaiczne i przeważnie ubogie. Ale mimo to też stwarzały okazję, żeby przystanąć. Czasem była to tak nieciekawa wystawa, że jeśli przystanąłem przy niej i wodziłem wzrokiem po zupełnie nieciekawych eksponatach, widziałem, że personel poczuł się zaniepokojony – jakieś spojrzenie poprzez wystawę albo aż otwarcie drzwi: „Co też on kombinuje”. Czasem cała ekspozycja to była rozłożona, pożółkła od słońca gazeta, a na niej jakiś przedmiot i wysuszone trupy much. Było wiadomo, że sklep po tak dekorowanej wystawie niczego się nie spodziewa, tzn. nie przyciągnie klienteli. Na tym tle dosyć bogato wyglądały wystawy zakładów fryzjerskich, często był tam bukiecik sztucznych kwiatów w jakimś słoiczku, bywało, że zagranicznym, czyli bezcenna pamiątka po dżemie z paczki UNRA. Ale były też inne, naprawdę wspaniałe. Zapamiętałem wystawę sklepu firmy „Gallux”. To był wielki świat, manekiny pięknych pań i panów, a na nich eleganckie stroje, jedwabna chustka, piękny szalik. A do tego jeszcze wyłożone eleganckie skarpetki, rękawiczki. Taką wystawę traktowałem jak zaproszenie do takiego domu przez ludzi eleganckich jak te manekiny. Ich mieszkania, do których nie miałem wstępu, wyglądały jak ta wystawa. Trochę skrępowany czułem się przed takim światem. Chętnie bym stał dłużej, ale nie chciałem, żeby obsługa sklepu wzięła mnie za natręta. Dlatego dozowałem sobie dni, w odpowiednich odstępach, i czas podziwiania wystawy. O wejściu do sklepu nawet nie myślałem. Dzisiaj sądzę, że może po prostu nie byłem odważny. Ale porozmawiać o wystawach też nie miałem z kim. Może poprzez rozmowę, choćby nie do końca szczerą, bym się ośmielił i inaczej zachowywał. Ale z drugiej strony dobrze, że byłem sam, bo to dla mnie były sprawy wstydliwe. Był jeszcze wspaniały sklep spożywczy, wtedy nowość: „Delikatesy”. Teraz co drugi mieni się tą nazwą, wtedy w mieście wojewódzkim był jeden sklep „Delikatesy”. Z wystawy szczególnie zapamiętałem kabanosy. Planowałem, że jak zacznę pracować i będę miał pieniądze, to kupię kilogram i od razu cały zjem. Wtedy moja siła nabywcza była żadna – a nawet gdybym miał pieniądze, to bym się wstydził w takim sklepie kupować tylko dziesięć deko. Chociaż myślałem, że tacy panowie, jak te manekiny, to mają odwagę kupić na przykład osiem deko kabanosów, jedenaście deko pasztetowej – oni są uprawnieni do takich grymasów. Pamiętam, że skromny lokal gastronomiczny na wystawie miał tylko małą butelkę po wódce „Pomarańczówka”. Tak mi się wryła w pamięć, że jak później hucznie świętowałem ukończenie technikum, zaprosiłem dwóch kolegów na bankiet do tej knajpki i zarządziłem „Pomarańczówkę”.

P.J.: Wydaje mi się, że nie można pominąć w tym wszystkim jednej istotnej kwestii. Pański bohater w dużej mierze sam skazuje się na samotność; mówiąc kolokwialnie: „wkręca się” w ten mechanizm. Dziwić może brak nowo poznanych kolegów, znajomych, z których część zapewne również czuła się wyobcowana w dużym mieście.

A.B.: To nie jest film obyczajowy, raczej widzę go jako poemat filmowy, a bohater to człowiek wewnętrzny. Inspiracją jest życie – to wszystko jest z mojego życia, również z wyobrażeń o sobie, o mojej sytuacji – ale w filmie przybiera zupełnie inną formę. Każda kolejna sekwencja to kreacja jakiejś mojej przygody. Po skończeniu technikum bohater wyjechał dużo dalej, nawet z przesiadką. Technikum było blisko domu: czterdzieści kilometrów i pekaes co kilka godzin. Teraz w zupełnie obcym tłumie wyraźnie zmizerniał. Tutaj nikt nie wie, że na świadectwie z siódmej klasy miał tylko jedną czwórkę, reszta same piątki. A nowi koledzy, otóż mogli być, ale nie zawsze byli. A ci, co byli, to już nie mogli się równać z tymi, co to od dziecka albo od podstawówki. To była zupełnie inna jakość. A często nawet smutna myśl, że kolegami to byli tylko tamci, a w dalszej wędrówce życia już nie będzie takich. Jest to też czas poza towarzystwem. A może też być w czasie przebywania w towarzystwie, i wtedy jeszcze bardziej może być po swojemu sam. Mówię o tym szerzej, niż pokazane jest w filmie, ale to są kulisy jego zachowań. Czasami opisuję okoliczności, ale one mają znaczenie dla tego, co jest sfilmowane. Idzie z kolegami ulicą, jest ich kilku, i nagle koledzy znikają, a on kroczy sam, bo ich obecność (czy nieobecność) nie ma wpływu na stan faktyczny. Są, to jest wesoło, ledwo zamkną drzwi za sobą, już jest, jak jest, jak było wcześniej. Przechodnie też zniknęli, słychać tylko jego kroki. Specjalnie wybrałem chwilę, kiedy ich nie ma, żeby również powiedzieć, że jest to samo, czy oni są, czy ich nie ma. To sytuacja głęboka, gdzie nie są w stanie przeniknąć „nowi”.

P.J.: Zgoda, ale z autoanalizy bohatera Na wyjeździe wynika, że ma on o sobie wysokie mniemanie. Dochodzi przecież do pozytywnych wniosków: „materiał na fajnego faceta”. Czy paradoksalnie ta poniekąd cierpiętnicza poza nie pomaga mu zadomowić się w nowym środowisku, poczuć się lepiej od innych?

A.B.: Nie o to mu chodzi, nie szuka wygód. Natomiast obawia się, że zostanie mylnie odebrany, mylnie zapamiętany. Może nie żołnierz nieznany, tylko cywil nieznany. Obawia się, że nikt nie będzie wiedział, jaki naprawdę był. Teraz, gdyby tutaj ktoś chciał go poznać takim, jaki teraz jest, i obserwował go z ukrycia, to mógłby napisać, że jest małomówny – a przecież to nieprawda. W jego głowie kłębi się od dialogów. Nie ma do kogo gadać, ale gdyby chciał, byłby może duszą towarzystwa. A więc klincz: nie ma do kogo gadać i nie chce do nikogo gadać. A jednak uważa, że się marnuje, a nawet, że jest marynowany. Zamarynowany jak ogórek, i to przez siebie, ale zdaje się mówić: „To nie jest cała prawda o mnie”.

P.J.: A czy cała prawda może zostać ujawniona? Może Adam uważa, że to świat oferuje mu zbyt mało, dlatego przyjmuje postawę rezygnacyjną?

A.B.: Jeszcze niedawno planował być strzelcem wyborowym, lotnikiem, marynarzem, podróżnikiem. Teraz został zastopowany, więc może jakiś program minimum. Ale wiele z tego, co mówi, to jest jego poczucie humoru; wiele w tym szczerości oraz wysiłek, żeby ją ukryć.

P.J.: Co mówi o bohaterze przestrzeń, którą zajmuje?

A.B.: Mimo że zdjęcia do filmu kręcone były w typowym PRL-owskim bloku mieszkalnym, to jego pokój jest kreacją. Oszczędność elementów wskazuje na swego rodzaju celę świeckiego zakonnika. Oprócz gołej leżanki, na której poleguje i męczy się bohater, jest jeszcze pusta szafa i pusta walizka. Jest jeszcze jedno krzesło, nienowe, ze śladami długiego używania. Żadnych innych rzeczy, nic na ścianach. Tylko na krześle jest inaczej, jest kilka przedmiotów: popielniczka, paczka papierosów, zapałki. Spodeczek, a na nim szklanka z niedopitą herbatą i łyżeczka. I jeszcze torebka z cukrem, i ciasno złożona gazeta. O tym zgromadzeniu rzeczy na krześle Adam mówi: mój Teatr Wielki. Te pospolite przedmioty grają swoje role zgodnie z ich przeznaczeniem. Może z kosmicznym pospolitym przeznaczeniem. Ta zwyczajność na krześle to też kreacja. Zwyczajność podniesiona do rangi sakralności. Może dlatego w filmie nie widzimy Adama idącego do kościoła. On w domu odprawia ceremonie, bardzo niewymyślne, np.: łyżeczka służy do słodzenia i mieszania. Jego Teatr Wielki i jego wielki repertuar. Na swoją samotność nie ma pieska ani kotka, tylko Teatr Wielki na swoim krześle. Nie musi doglądać aktorów, przedmioty zawsze grają swoje role. Jest też duch, taki z romantyzmu: szklanka ze spodkiem ustawione na krawędzi krzesła, bez żadnej pomocy, same bardzo wolno zjeżdżają do środka wklęsłego siedziska krzesła. Mając taki zespół, można wystawić wszystko, czego w jego sytuacji dusza zapragnie. Ale on woli rozmyślania.

P.J.: Rozmyślanie to stan naturalny dla Adama. Dzięki temu udaje mu się pozostać kreatywnym mimo „skrzeczącej pospolitości”.

A.B.: Jeśli żyje się w takim zawieszeniu, to nawet dni tygodnia tracą znaczenie. Nowy dzień nie przynosi nic nowego, a minionego nie ma powodu żałować. Zamiast siedmiu różnych dni mógłby być jeden powtarzający się. Nazwy dni tygodnia straciły swoje barwy; co innego niósł poniedziałek, a co innego piątek. Kolejne dni wiązały się miejscami, zdarzeniami, z osobami – tutaj nic z tego. W miasteczku za nowymi dniami, za jutrem, kroczyły obrazy, tutaj niezamalowane płótno – najwyżej może na nie rzucić swój nikły cień. Uczucie, że dni tygodnia, ta podstawa życia w czasie i przestrzeni, zostały popsute. Tę refleksję zamknął w szyderczym wierszyku: środa ześrodziała, czwartek zczwartczał, piątek zpiątczał…

P.J.: Ten wiersz odbieram jako cios wymierzony w nową rzeczywistość, chwilę indywidualnej wolności, która musi być okupiona natychmiastową stratą. Tuż po niej następuje bowiem wizualno-dźwiękowy kontrapunkt: znakomita sekwencja z towarzyszeniem złowieszczej muzyki Janusza Hajduna.

A.B.: W filmie ta sekwencja jest zbudowana z ujęć, na których widzimy tramwaje w ruchu. Szczególne jest to, że są uszeregowane według kolejnych numerów linii tramwajowych, po których kursują, czyli pierwszy jest tramwaj linii 1, potem jest tramwaj linii 2, i tak dalej. Jest to taki zbzikowany pomysł, ale jest to też powiedzenie głośno: mogę pokazać wasze tramwaje tak, jak mi się podoba, nikt mi tego nie zabroni. Nabroiłem, namieszałem złośliwie, poprzestawiałem – tak jak się zachowują ludzie na wyjeździe. I jeszcze szczególnie dla mnie ważne, że tramwaje. Tramwaj w mieście to jest coś takiego jak słoń wśród zwierząt, wielki, ciężki i taki bardzo obecny; w Łodzi, nawet w nocy, słyszymy, że akurat pokonuje zakręt przed hotelem „Polonia” – jest tak donośny, jak ryk słonia na sawannie. Od dziecka miałem wielki kult dla tramwajów. Do tego stopnia, że już jako uczeń, będąc na wsi w Poznańskiem, okłamałem tamtejszych rówieśników, wmawiając im, że w Pińczowie są tramwaje – dla mnie to był szczyt wszystkiego. Dzieciństwo minęło, ale ta sprawa we mnie dalej siedziała. Jest taka mała miejscowość podłódzka – Lutomiersk. Kilka razy wybierałem tę miejscowość na obiekt zdjęciowy moich filmów fabularnych. Z Łodzi do Lutomierska można było dojechać tramwajem. To była długa podróż, bo odległość jest niemała. I chyba było przekraczanie jakichś granic administracyjnych terenów. Zawsze działał na mnie widok tramwaju jadącego wśród pól. A na końcu było to, o czym marzyłem w Pińczowie: na środku miasteczka była pętla tramwajowa. Dookoła domki, sklepiki – i tramwaj; postój pomiędzy dwoma kursami. Motorniczy i konduktor wyciągali kanapki i butelki po oranżadzie z domową herbatą. Zwracali uwagę ci, którzy mieli większe zaufanie do zwykłego korka owiniętego szmatką; przy takim rozwiązaniu butelka mogła być bardzo duża, nawet zastanawiająco duża – że też w ciągu dnia można wypić tyle kawy „Turek” z mlekiem i po powrocie do domu oddać żonie pustą butelkę. Załoga takiego tramwaju dalekobieżnego i jadącego daleko poza wielkomiejskie ulice, dzwoniącego w zbożu – miała coś z pociągów w westernach. Chociaż skala była inna, to już czuło się jednak powiew przygody. Ciekawe, jakim miasteczkiem byłby Pińczów z tramwajem; jakby wyglądało moje dzieciństwo i moja ekspansja w szeroki świat. Trochę wszystko to osłabiała myśl, że zapewne rywalizujące z Pińczowem Busko też by postarało się o tramwaj.

P.J.: Czyli w gruncie rzeczy sekwencja z tramwajami jest optymistyczna. Ustawił je pan w kolejności chronologicznej, ale gdy chodzi o poczucie czasu, już nie jest tak prosto. Mamy do czynienia wręcz z schulzowskim rozpadem czasu.

A.B.: Kiedy tak mocno przeżywa się przeważnie tak różnie mijający czas, możliwe są przewidzenia i omamy. Psują się niezawodne mechanizmy, nawet niezawodnych zegarków, takich jak po wujku księdzu – zegarek, który miał kilka kamieni (na które dybią nieuczciwi zegarmistrze). Nerwy sprawiają, że traci się do nich zaufanie. Już się słyszało z jakiegoś głośno nastawionego radia hejnał z wieży Mariackiej, a jakiś czas potem patrzysz na zegarek, a tu jest dopiero pięć po jedenastej. Coś się dzieje z godzinami. Już była siedemnasta, a przed chwilą patrzę – jest dopiero szesnasta trzydzieści. A po chwili jeszcze gorzej. Stojąc, spojrzał na zegarek, była piętnasta dwanaście, usiadł, tylko usiadł, spojrzał na zegarek i była już osiemnasta dwie. Trudno się w tym wszystkim połapać. Czas płynie w sposób trudny do zrozumienia. Można zwariować. Już odcierpiał godzinę czternastą oraz czternastą dwadzieścia pięć, a tu po chwili, niespodziewanie, trzynasta trzydzieści pięć. Ludzie, litości. To jest okropna niesprawiedliwość i znęcanie się. Dlatego wymyślił kilka innych sposobów pomiaru czasu, żeby tylko uciec od obowiązującego. Na jednej tarczy godziny oznaczone są ułamkami. Na drugiej tarczy pojawiły się wzory algebraiczne. Na innych różne rozmieszczenie godzin, jeszcze na innej godziny są ze znakami zapytania – i to jest jego najdokładniejszy zegarek.

P.J.: À propos czasu… W życiu każdego chłopaka przychodzi moment na upranie skarpetek. W Na wyjeździe ta czynność urasta do rangi pierwszej kąpieli dziecka.

A.B.: Pranie skarpetek to jest cały rytuał. Znaczenie prania wykracza poza zwykłą konieczność. Trochę jest to zabicie czasu, wypełnienie go, no i coś dla psychicznego podbudowania: zrobiło się coś pożytecznego. Dlatego pranie skarpetek jest czynnością miłą i stanowiącą stały element bytowania. Jest to czynność prosta, niewymagająca żadnych umiejętności, jak choćby prasowanie koszuli. Ale jest technologia, procedura. Po upraniu skarpetki wiesza się na krześle. Ze skarpetek, mimo że wykręconych, kapie woda na krzesło, na podłogę, dlatego trzeba ją wycierać ręcznikiem. Kiedy skarpetki trochę podeschną, sięgamy po suszarkę do włosów. Mistrzostwo całej operacji tkwi w szczegółach, bardzo pomocne jest doświadczenie, a właściwie rutyna. Bohater filmu tak się wciągnął, że pomyślał, czy by nie napisać traktatu na ten temat. Nawet ucieszył się z tego pomysłu, bo w ten sposób ma jeszcze coś do zrobienia w przyszłości. Wzorem mogą być książeczki poświęcone prostym rytuałom Japończyków. Kiedy spojrzał na to krzesło stojące w pustym pokoju i wiszące na nim mokre skarpetki, odwołanie się do estetyki japońskiej mogło by być zasadne.

P.J.: Co ze sprawami damsko-męskimi?

A.B.: Ogląda pismo z ładnymi dziewczynami, które prezentują stroje – modelki. Pomyślał o zupełnie innym zdjęciu: od komunii. Oprócz tego, na którym jest sam ze świecą w ręku, jest jeszcze zdjęcie grupowe, na którym stoją parami, dziewczynka i chłopiec. Zestawienie było przypadkowe, ale starsi traktowali je jako okazję do spekulacji, że może kiedyś będą małżeństwem. „Nigdy nic nie wiadomo”. Kilka lat później zdjęcie tej dziewczynki, wtedy już maturzystki, znalazło się w gablotce reklamowej miejscowego fotografa. Mówiono: „Piękna, jak artystka filmowa”. Ktoś jeszcze pamiętał, że przed laty brałem z nią komunię świętą. (Wprawdzie złośliwcy judzili, że fotograf jest przekupny i za pieniądze każdy może trafić do gablotki. Nawet podawano przykłady). Jeszcze starsze zdjęcie, z przedszkola. Dzieci ubrane w stroje krakowskie stoją w pozach tanecznych. Tworzę parę z inną dziewczynką. Tutaj też były spekulacje, ale też się nie sprawdziły. Można by dużo więcej powiedzieć o tych dwóch zdjęciach, a o zdjęciach modelek – nic.

P.J.: Są modelki, nie ma dziewczyn. Uogólniając, są modele, są widma, nie ma ludzi. Świat przedstawiony cechuje nieobecność, brak prawdziwych relacji.

A.B.: Adam starał się zamknąć swoje myślenie o jakichś pińczowianach. Nie myśleć o tym, żadnych kombinacji myślowych, szczęśliwych trafów. Tak samo starał się być zamkniętym na wszelkie zwidy. Dzwonek do drzwi. Ale czy na pewno. Jeszcze raz dzwonek, czyli nie zdawało mu się. Zerwał się z leżanki, popędził do drzwi. Otworzył. Nie ma nikogo. Wybiegł na klatkę schodową, przechylił się przez poręcz – nikt nie schodzi po schodach, byłoby przynajmniej słychać. Czyli dał się nabrać, sam przez siebie. Nie przypuszczał, że tak pragnie tego, żeby ktoś zadzwonił. Wrócił na leżankę. Zastanawia się, jak to się stało, że ten dzwonek jednak przebił się przez jego zaporę, przez jego chcenie i niechcenie. Te rozmyślania przerwały mu hałasy przy skrzynce na listy, na parterze. Słyszy otwieranie, wrzucanie listów, zatrzaśnięcie i zamknięcie. Zbiegł kilka pięter po schodach. W jego skrzynce nic nie ma – pusta. Czyżby znowu mu się zdawało? Tym razem, jeśli mu się zdawało, to nie jest tak źle. To znaczy, że listonoszki jeszcze nie było, czyli jest jakaś szansa, że jak przyjdzie, to coś będzie do niego. Te dwie ostatnie przygody typu „zdawało mi się” przeprowadziły dokładny reset w jego głowie, tak że oczy same mu się zamknęły. Śni mu się, że słyszy, że ktoś go woła. Słyszy swoje imię. Wybiegł na balkon. Na dole małe figurki – robotnicy zajęci swoją pracą. Obudził się, otworzył oczy, leży nieruchomo. Wyszedł na balkon. Panorama miasta. Słyszy swoje imię, które na wielkim pogłosie odbija się od ścian budynków. Głos biegnie ulicami, unosi się nad miastem. Nie jest zaskoczony ani zdziwiony. Tutaj, w wielkim mieście, ma problem ze swoim imieniem. Wczoraj ktoś na ulicy głośno krzyknął jego imię – zupełnie nie zareagował. Gdyby to było w miasteczku, natychmiast by odwrócił się i szukał wzrokiem wołającego. Prawdopodobieństwo, żeby to nie było do niego, tylko do innego Adama, było bardzo małe, zwłaszcza że już po głosie dużo wiedział. A tutaj prawdopodobieństwo jak w totka, prawie żadne. Tutaj stracił imię, ktoś je wykrzykuje, a on ani drgnie. Tutaj jest bez swojego imienia, słyszy je, ale głuchy na to, idzie przed siebie, bez imienia. W takim razie kim tutaj jest?

P.J.: Najgorsze, że chyba sam nie zna odpowiedzi na to pytanie. Pozostaje mu rekonstrukcja. Nie odbywa się ona jednak na prostej zasadzie wspominania kolegów ze szkolnej ławy, zegarka z pierwszej komunii czy wypitego po kryjomu piwa. Adam – jak na oryginała przystało – myśli o architekturze prowincji. W niej znajduje piękno, najwyższą doskonałość.

A.B.: Mieszkając w miasteczku, zupełnie nie docenił planu urbanistycznego, który sam się narodził przez lata. Podziwiał koncepcję urbanistyczną nowej stolicy Brazylii, zadziwiające plany miast średniowiecznych, i tych z XIXXX wieku, różne utopie miejskie. Dopiero z oddalenia docenił genialną prostotę nadnidziańskich miasteczek. Koncepcja jest jasna: ulica, przy której jest szpital, nazywa się Szpitalna. Tak samo jest z ulicą Klasztorną, bo przy niej jest klasztor. I podobnie: ulica Pocztowa, ulica Szkolna, ulica Cmentarna… Ulica Gęsia, ponieważ dwa razy dziennie maszerowały nią gęsi: rano do rzeki, a popołudniem do domu. Na tym tle współczesna, wielkomiejska plątanina ulic, które nie wiadomo dlaczego tak, a nie inaczej się nazywają, i jak ich szukać, jeśli nazwa jest nic nie mówiąca, jest jednym chaosem. Stary Pińczów jest tak samo pomyślany, jak słynne starówki najpiękniejszych miast, w których są takie ulice, jak np. Szewska, Rzeźnicza. Jego miasteczko ma komplet zalet krajobrazowych. Są wzgórza, a u ich stóp rzeka. Dalej, na drugim brzegu, ogromna łąka, którą rządziły krowy. A na horyzoncie las, a właściwie początek kilku lasów, każdy ma swoją nazwę. Wąwozy na wzgórzach też mają swoje nazwy: „Ptasi dół”, „Siedem źródeł”, „Serpentyny”. Podobnie miejsca na rzece: „Krzaczek”, „Koński dół”, „Babska”, „Cicha”. W tej chwili chciałby dołączyć do kąpiących się chłopaków; rozpędzić się i z wysokiego brzegu skoczyć na nogi, i po chwili odbić się od piaszczystego dna. Pożegnania, przed wyjazdem do szkół, do wojska czy do pracy, odbywały się o zmierzchu na wzgórzach i koniecznie przy ognisku. Kiedy oglądał amerykańskie filmy dziejące się w „dziurach” na Środkowym Zachodzie, to wszystko dokładnie było jak tutaj, tylko tam rozbijali się samochodami, a u nas luksusem był już rower z silniczkiem na przednie koło.

P.J.: Ciąg tych geograficznych wspomnień wywiera presję na bohaterze. Coraz usilniej myśli o rodzinnym domu, matce. W efekcie wybiera się w bardzo specyficzną podróż…

A.B.: Kiedy pomyślał o domu w miasteczku, dla zabawy zaczął liczyć kroki. Przeskakuje kolejne liczby o tysiące, w ten sposób doszedł do zawrotnej liczby niby wykonanych kroków. Podczas tej zabawy zrobiło mu się lżej na duszy. Pamiętał dawnych mieszkańców miasteczka czasami odmierzających długość krokami. Była to wystarczająca dokładność. Było coś symbolicznego, gdy się mierzyło ludzkimi krokami matkę ziemię. Boisko do gry też, szczególnie na podwórku, tu była potrzeba zegarmistrzowskiej dokładności i tę końcówkę już nie pełnego kroku mierzyło się ilością stóp. Pamiętam wytyczanie gruntu pod jakąś szopę; majster za jednym zamachem wyznaczył wszystkie cztery narożniki. Nie trzeba było szukać metra, a tym bardziej taśmy mierniczej, krokami szybko załatwiali sprawę i nikt nie miał pretensji. Jedynie kiedy sędzia piłkarski odliczał krokami „jedenastkę”, były głośne wątpliwości co do długości kroków, w zależności do której bramki był karny, czy do gości, czy do gospodarzy. Teraz też było coś z magii, na skróty odliczył gigantyczną liczbę kroków i znalazł się w domu rodzinnym, i zaraz mógł droczyć się z matką. Matka prosi, żeby zamknął okno, on otwiera drzwi. On chce coś zjeść – ma na myśli coś konkretnego – matka daje mu szklankę mleka. Teraz bardzo poważnie, z namaszczeniem do tego podszedł, bo bardzo chciałby być nie tutaj, tylko w domu.

P.J.: Adam tęskni nawet za czymś, czego pewnie dawniej nie cierpiał. Mowa o zestawie zadań obowiązkowych, które każdy dobry syn wykonuje w mgnieniu oka.

A.B.: Wszelkie starcia z matką kończyły się wskazaniem, co zrobić, i to w trybie natychmiastowym. Na przykład: „Zanieś szarlotkę do piekarza” albo „Urwij dwa duże pomidory z ogródka”, „Kup cukier”, „Jak nie masz co robić, to wytrzep narzutę na kanapę”, „Wkręć żarówkę w sieni”, „Zbierz pranie ze strychu”. Z dzisiejszego punktu widzenia, z już wielkiej dalekości, to te prace były „miód, malina” – tak się w miasteczku mówiło o czymś bardzo przyjemnym. Jeszcze było też określenie: „dzika rozkosz”. Teraz by dopłacił, żeby mieć przed sobą takie roboty. Pamięta, jak zazdrościł urzędnikom, którym przyglądał się w miasteczku w latach pięćdziesiątych. Nie było ich wielu, stanowili oddzielna grupę. Wykształcenie mieli skromne – najwyżej tzw. mała matura – ale to w zupełności wystarczało. Byłem w szkole podstawowej, ale po swojemu przeniknąłem ten świat. To była poezja. Według jego obserwacji, być urzędnikiem to się sprowadzało do czytelnego pisania oraz odejmowania, dodawania. Czasami trzeba było coś podkreślić. Używano też kalki, przy jej użyciu za jednym zamachem pisało się w dwóch, trzech egzemplarzach, najczęściej były to kwity. Ten trzeci był zupełnie nieczytelny. Kalka bardzo brudziła ręce i urzędnicy musieli bardzo uważać. A jeszcze do tego równie niebezpieczne były ołówki kopiowe, szczególnie nieopatrznie zostawione w kieszeni. Pracę kończyli punktualnie o trzeciej. W domu czekała żona ze smacznym, domowym obiadem. Ale mimo to wielu urzędników chorowało na żołądek, mieli wrzody, całe miasto o tym wiedziało. Mówiło się, że to od nerwowej pracy. Teraz zdrowie naszego bohatera też jest zagrożone przez samotność; stres, życie w obcym środowisku grożą zawałem, udarem i inwalidztwem. Boi się też, żeby nie zwariować. Wszystko to w domyśle dla tych, którzy znają takie sytuacje; swoją osobistą przygodą życiową pogłębiają ten film. Źle im było, ale nie ma co ich żałować, poniekąd sami tego chcieli. Szkoła oficerska, mimo wszystko, była lepszym kierunkiem.

P.J.: Potem następuje punkt kulminacyjny…

A.B.: To jest taki sen na jawie. Niedzielna wycieczka z miasteczka. Przyjechali zobaczyć, co się z nim dzieje, jak daje sobie radę. A właściwie wiedzą, że nie ma się czym chwalić. Otworzyli drzwi do jego mieszkania i patrzą, jak leży na leżance. I stwierdzenie najbardziej demaskatorskie: „Przykrzy mu się”. Znaczy, że to wielkie miasto nie zastąpiło mu jego miasteczka. Im się nie przykrzy; przyjechali, popatrzyli i sobie poszli, odjechali. Kiedy spotyka czasem taką wycieczkę na ulicach miasta, mówi sobie: „To do mnie przyjechali, chcą zobaczyć, co robię, jak mi się powodzi”. Czasem wchodzi na obiad do knajpy, a tam rządzi wycieczka. Szybko ucieka, ale i szybko wraca. Zajmuje jakieś miejsce, gdy się skurczy, jest mało widoczny. Patrzy na nich i nie widzi ich twarzy, tylko fragmenty: raz nos, raz ucho, oko, palec. W albumach z malarstwem są wcinane małe fragmenty, powiększenia, i właśnie też tak ich ogląda – nie plan ogólny, tylko drobiazgi. (Tej fragmentaryzacji nie umieściłem w filmie, ale to byłby dobry komentarz formalny do sytuacji). Brakuje tylko tego, żeby przyjechali dwoma autobusami, bo na pewno chętnych by nie brakowało. Co to dla nich przejechać się w niedzielę, zjeść Big Maca. Bez pytania otworzyli drzwi, tak jakby to ich było. I to zabójcze: „Przykrzy mu się”. Po czymś takim już ma odciętą drogę powrotu. Gdyby wrócił do miasteczka, już byłby do końca życia tym, co mu się w dużym mieście przykrzyło, a zapowiadał (chociaż nie zapowiadał), że będzie królem życia. A tu masz ci króla – leży wyciągnięty jak śledź na leżance i dogorywa. Tylko płacz mu został. Szumu narobili, sąsiedzi źli, pozamykali się. Jeszcze tylko brakuje, żeby z muzyką, ze śpiewem, jakby już tego było mało, że przyjechali. Każdy zagląda do niego, przepychają się w drzwiach. Pokazał im język, „ale w to im graj”: to znaczy, że go wkurzyli. Dopiero kiedy padł na kolana przed pustą ścianą i, nie bacząc na nich, zaczął się modlić, przestali się śmiać. Zwrócił się do Pana Boga o pomoc, o ratunek. Modli się swoimi bolesnymi słowami: „Boże, weź niedzielę. Boże, weź niedzielę. Boże…”.

P.J.: W skali pańskiego bohatera to już czarna rozpacz; cierpienia młodego prowincjusza.

A.B.: Ma ręce złożone jak do pacierza i modli się: „Boże, weź niedzielę. Boże, weź niedzielę…”. Wygląda to na akt desperacki. Kiedy on powtarza w kółko: „Boże, weź niedzielę. Boże, weź niedzielę”, na niebie pojawiają się chmurki, ale dosyć poważne. Niedziela jest najcięższym dniem dla takich jak bohater filmu. W mieszkaniu pustka aż zionie. Na ulicy zwraca się uwagę, w zwykły dzień łatwiej to przychodzi, ludzie są zaaferowani, każdy gdzieś pędzi. A w niedzielę jest inaczej – „obcego” widać jak na dłoni. Nie może odprawiać swoich stałych rytuałów, bo zaraz zwróci uwagę. Nawet sąsiedzi nagle mają wyostrzony słuch i wzrok, i ciekawość. W tygodniu nie interesują się nim, nie mają powodu ani czasu. Czasami odnosi wrażenie, że w niedziele wszyscy mieszkańcy miasta dorabiają w MO. Musi bardzo uważać, żeby przez jeden dzień nie zostać namierzonym, rozszyfrowanym. Chce, żeby go nie było dla tych ludzi, żeby nic nie dało się o nim powiedzieć. Ale buntuje się też: dlaczego mam siedzieć w domu, co oni mają do mnie. Ale wie, że zawsze będzie przegrany, bo już jest taki. Trudno utrzymać nerwy na wodzy. W niedzielę dobrze widać takich jak on. Niedziela jest nieszczęściem dla niego. Inni chwalą sobie, że wypoczną, a on po niedzieli jest wykończony. Pozostała modlitwa, może Pan Bóg się zlituje i zabierze niedzielę. Czyli po sobocie będzie poniedziałek, najlepiej już w połowie soboty, żeby też nie było sobotniej pustki. Chociaż, w sobotę nie jest najgorzej… Może powinien pójść do kościoła, ale on sam odprawia swoje nabożeństwo cierpiętnicze w domu i na ulicach; Pasja: „Golgota sobotnio-niedzielna”.

P.J.: Czy obecnie nadal ma pan na sobie ciężar bycia „na wyjeździe”? To uczucie niezmienne i stałe?

A.B.: Moje „na wyjeździe” teraz przybrało raczej wymiar metafizyczny. Nie ma już ludzi, nie ma już miejsc, których było mi brak po wyjeździe, nie ma życia, za którym tęskniłem. Teraz przyjeżdżając na miejsce, widzę przede wszystkim to, czego nie ma, to, co już nie istnieje. To, co jest, to wszystko nowe interesuje mnie tylko jako ciekawostka; mój prawdziwy świat odjechał, on jest „na wyjeździe”. Lubię usiąść na brzegu Nidy i zapatrzeć się w przepływającą rzekę. Kiedy byłem mały, podobno bardzo złościłem się, nie mogąc zatrzymać rzeki, okropnie płakałem z tego powodu. Ale przez resztę życia z Nidą miałem jak najlepsze stosunki, zawsze była dla mnie symbolem tej ziemi i mojej młodości; wszystko działo się pod jej wezwaniem. Teraz dostrzegam w jej wodach jakby nadpływające pod prąd obrazy z coraz odleglejszej przeszłości mojego miasteczka i mojego życia. Na końcu mój niebezpieczny „chrzest”. Ojciec stał w kajaku, a matka podawała mnie, niemowlaka. Kajak poruszył się, a ja wpadłem do wody. Było to pod mostem, głębia i wiry. Była niedziela, na brzegu i na moście było dużo ludzi. Wielu rzuciło się na ratunek, ale nie mogli mnie znaleźć. Wir wciągnął mnie na dno. Chyba musiało tam być ciekawie, bo nigdy nie obraziłem się na Nidę.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.