06/2020

Dominika Słowik

Jeśli ktoś nas uratuje, to tylko pieski

Pod moim oknem codziennie rano przechodzi pies z parasolem. Po raz pierwszy zobaczyłam go w deszczowy dzień, więc na początku aż tak mnie to nie zdziwiło. Może psu też potrzebny jest parasol?

Nie miałam zresztą czasu się przyglądać, było zimno, a ja sama akurat parasola nie wzięłam. Wyszłam do piekarni po chleb, żeby zdążyć z zakupami przed dziesiątą (później przecież mnie do sklepu nie wpuszczą), złapałam więc tylko w progu rękawiczki – wtedy jeszcze chodziliśmy bez maseczek.

Natychmiast o nim zapomniałam, bo przy tym, co się ostatnio dzieje w świecie, w kraju i w człowieku, można zapomnieć nawet o psie, który wędruje w deszczu z parasolem.

Kilka dni później zobaczyłam go znowu. Stałam w oknie w kuchni, czekając aż woda w czajniku najpierw się zagotuje, a potem ostygnie. Mignął mi z daleka, jasny labrador, chyba labrador, z pyskiem pochylonym w stronę ziemi. Szedł, wymachując ogonem i chociaż łeb przygięty miał nisko do chodnika, bo cały czas węszył, wyraźnie widziałam, że coś niesie w pysku.

Dopiero wtedy go sobie przypomniałam.

Spoglądałam z wysokiego piętra, świeciło ostre słońce, a on już powoli znikał za zakrętem – mam słaby wzrok, więc mocno zmrużyłam oczy… Tak, na pewno, i tym razem pies niósł ze sobą parasol.

Przez kolejne dni, chociaż wcale o nim nie myślałam, jakoś zupełnie przypadkiem, zawsze kiedy pies pojawiał się u wylotu naszej ulicy, w horyzoncie mojego okna, ja już czekałam w kuchni, a napełniony wodą czajnik elektryczny szumiał coraz głośniej wraz ze zbliżającym się psem i dopiero kliknięcie zagotowanej wody wyrywało mnie z zamyślenia, gdy pies znikał za żywopłotem.

*
Któregoś dnia, tym razem późnym popołudniem, znów zbiegłam na dół, żeby z pobliskiego punktu odebrać paczkę. Nie byłam na zewnątrz od ponad tygodnia. Staraliśmy się przecież wychodzić jak najrzadziej, tylko w najpotrzebniejszych sprawach.

Przed naszym domem stanęłam jak wryta.

Nie, pies nie miał parasola. Wydawał się też trochę jaśniejszy. Bielszy. Tamten był innego koloru, w odcieniu, który z jakiegoś powodu zwykło nazywać się „biszkoptowym”. Leżał na chodniku, z pyskiem ułożonym na łapach. Smycz owinięto wokół pobliskiego słupka. Znieruchomiałam, spoglądając na niego.

Dopiero po chwili zorientował się, że nie jest sam. Uniósł lekko pysk i machnął ogonem.

– No cześć, piesku, pieseczku… – rozczuliłam się, a pies zamachał ogonem jeszcze intensywniej, także wyraźnie rozczulony, że ktoś postanowił przerwać tę zapewne krótką i tymczasową zwierzęcą samotność.

Ruszyłam w jego stronę z zamiarem pogłaskania go i pies zamerdał jeszcze radośniej, podnosząc się na przednich łapach.

Mam przecież na sobie maseczkę, pomyślałam nagle – dużą, białą, zasłaniającą mi prawie całą twarz i nadymającą się jak żagiel, a do tego czarne lateksowe rękawiczki.

Nie powinno się głaskać obcych psów bez zgody opiekuna nawet w czasach bez pandemii, a co dopiero teraz…

Pies spoglądał na mnie z nadzieją, ja spoglądałam na niego z żalem, między nami, zupełnie przypadkiem, były przepisowe dwa metry odległości.

Czy jeśli go pogłaskam, to mogę zostawić na nim jakąś chorobę? Zrobię krzywdę jego opiekunowi albo opiekunce? A co jeśli pies się wystraszy, ugryzie mnie, zaniepokojony dotykiem dziwnej dłoni (czy takie dłonie w rękawiczkach nie przypominają psu weterynarza, ostatniej nieprzyjemnej wizyty, kiedy podobne ręce podawały lek albo nakuwały igłą?). Pies patrzył mi wyczekująco w oczy.

Odwróciłam się i odeszłam.

Następnego dnia znów padało. Stałam w oknie. Czajnik szumiał. U wylotu ulicy pojawił się pies. Szum wody narastał i deszcz padał coraz mocniej, tak jakby dźwięk zrastał się z nim w strugach na szybie. Pies od tego spływającego deszczu wydawał się śnieżnobiały. Czarny parasol w pysku przypominał głęboką rysę, jakby coś nam w świecie pękło i tylko to dzielne przemoczone zwierzę, zaciskając mocno szczęki, strzegło parasola i pęknięcia przed otwarciem.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.