10/2019

Janusz Drzewucki

Jeśli nie żyjesz, to też napisz

1. Długo nie mogłem ustalić, kto jest pierwowzorem Samuela, jednej z postaci opowiadania Tadeusza Różewicza W najpiękniejszym mieście świata z tomu Przerwany egzamin z 1960 roku. Bo, że Ludwik to alter ego samego Różewicza, było dla mnie jasne od pierwszej lektury, a perorujący i rezonujący z podniesionym palcem Mistrz to bez wątpienia Julian Przyboś. Z czasem ustaliłem, że malarka M. to Maria Jarema, natomiast jej mąż Gerwazy, zaprzyjaźniony z Ludwikiem, to oczywiście pisarz Kornel Filipowicz. A kim jest Samuel? Kto rzeczywisty – ktoś, kto wpisał się w biografię Różewicza – kryje się pod tym imieniem? W końcu jakieś dwadzieścia lat temu spytałem o to samego autora opowiadania. Uśmiechnął się i nie bez zdziwienia, że nie wiem, że się nie domyślam, odparł: Henryk Vogler. No jasne, Henryk Vogler, autor pierwszej książki monograficznej poświęconej życiu i twórczości Różewicza! O tym, że łączyła ich nie tylko literatura, chociaż, jak się zdaje, literatura przede wszystkim, najrozmaitsze wzajemne literackie fascynacje, ale także serdeczna, wręcz braterska przyjaźń, przekonująco udowadnia tom ich – obejmującej więcej niż pół wieku – korespondencji.

Poznali się krótko po wojnie, podczas studiów Różewicza na Uniwersytecie Jagiellońskim. Inicjatorem ich znajomości był najprawdopodobniej Vogler, który szybko poznał się na talencie młodego poety. Urodzony w 1911 roku, a więc rówieśnik Czesława Miłosza, nigdy nie miał wobec młodszego o dziesięć lat kolegi zapędów mentorskich. Sprzyjał i pomagał mu, jak tylko mógł, jako krytyk literacki, wydawca, a także kierownik literacki krakowskich teatrów. Dzisiaj nieco zapomniany, zwłaszcza z perspektywy Warszawy, był przecież jedną z najciekawszych postaci środowiska literackiego i kulturalnego w Krakowie. Dlatego też warto przypomnieć, co następuje. Studiował przed wojną prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, podjął pracę adwokacką. Po wybuchu wojny przeniósł się do Lwowa, gdzie studiował polonistykę i ukrainistykę. Po wejściu Niemców do miasta znalazł się w getcie, skąd uciekł do Wieliczki. W roku 1942 jego pierwsza żona zginęła prawdopodobnie w obozie koncentracyjnym w Bełżcu, on sam został osadzony w obozie pracy w Rozwadowie pod Stalową Wolą, skąd w roku 1944 przeniesiono go do obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen. Po wyzwoleniu wrócił do Krakowa, podjął pracę w „Dzienniku Polskim” i współpracę z założoną i redagowaną przez Kazimierza Wykę „Twórczością”. W 1949 roku objął kierownictwo działu kultury „Gazety Krakowskiej”, w 1951 roku zakładał tygodnik „Życie Literackie”, w którego zespole i radzie programowej pozostał aż do rozwiązania pisma w roku 1989. W latach 1953–1958 był redaktorem naczelnym Wydawnictwa Literackiego, a później przez długie lata, aż do emerytury, kierownikiem literackim kolejno Starego Teatru, Teatru im. Słowackiego oraz Teatru Lalki i Maski Groteska.

Uprawiał, i to nie bez sukcesów, twórczość oryginalną: jako prozaik zadebiutował w roku 1956 powieścią Niepospolici. Ale miał już wtedy w dorobku napisaną krótko przed wybuchem wojny opowieść Człowiek który śnił (ukazała się drukiem w 1960 roku), zbiór wierszy powstałych w obozie Przechadzki ze śmiercią (wyszedł dopiero w 1989 roku) oraz napisaną w roku 1952 wraz z Anną Świrszczyńską socrealistyczną sztukę Czerwone sztandary. Uprawiał regularnie krytykę literacką i teatralną, czego świadectwem tomy: Z notatek przemytnika (1957), Przygody w teatrze (1960), Europa w światłach rampy (1968). Z równym powodzeniem systematycznie uprawiał prozę powieściową i nowelistyczną; oprócz powieści Nieobecni są winni (1960) i Ojczenasz (1996), wydał kilka zbiorów opowiadań: Ocalony z otchłani (1957), Opowiadania fantastyczne (1971), Śmierć w Paryżu (1987), Wstęp do fizjologii strachu (1990). Był także autorem słuchowisk radiowych, sztuk telewizyjnych i teatralnych, zarówno dramatycznych, jak i komediowych, ogłoszonych w roku 1974 w zbiorze Dwanaście białych wielbłądów. Ale swoje najważniejsze dzieła napisał i wydał, gdy był już na emeryturze: w latach 1978–1981 trzytomowe memuary Autoportret z pamięci, a w 1994 roku tom Wyznanie mojżeszowe. Wspomnienia z utraconego czasu. Nie bez powodu tematem korespondencji Różewicza z Voglerem jest nie tylko twórczość Różewicza, ale także twórczość Voglera, którego Różewicz czytał bez towarzyskiego przymusu, regularnie, uważnie i z pasją, co nie znaczy, że bezkrytycznie.

Jako wydawca i krytyk Vogler zrobił dla Różewicza wszystko, co mógł. Dzięki niemu w roku 1954 w Wydawnictwie Literackim ukazała się Równina, w roku 1956 Poemat otwarty, a w 1957 roku liczące ponad czterysta stron Poezje zebrane. W trakcie prac nad tym ostatnim tytułem pisał do poety: „o książkę bądź spokojny, będzie okładka sztywna jak drut, a nawet poleciłem zrobić taką wstążeczkę kolorową jako zakładeczkę, jaką mają tylko najlepsi poeci. Zobaczysz jaką to zazdrość wzbudzi” (12 listopada 1957 roku). Egzemplarz tych Poezji zebranych, po ukazaniu się których okrzyknięto Różewicza najmłodszym klasykiem, mam, kupiłem go sobie lata temu w antykwariacie w Krakowie przy ulicy Szpitalnej. Rzeczywiście, okładka sztywna jak drut („jednak twardość godna jest klasyka” – odpowiedział poeta wydawcy 28 stycznia 1958 roku, już po ukazaniu się książki), świetny papier oparł się upływowi czasu, nie pożółkł nic a nic, ale wstążeczki zakładeczki nie ma. Jest za to w wysmakowanym wydaniu ich Korespondencji. Co więcej, w wydanym w tym samym 1957 roku wspomnianym wyżej zbiorze szkiców Z notatek przemytnika, opublikował Vogler – obok tekstów m.in. o Schulzu i Gombrowiczu, Andrzejewskim, Brandysie i Dygacie, Staffie, Słonimskim i Miłoszu – trzy szkice o Różewiczu: Niepokój poety, Rękawiczka, czyli o wstydliwości uczucia, Codzienność i poezja. W roku 1969 napisał i wydał broszurkę Różewicz, wydaną nakładem Agencji Autorskiej ZAiKS-u w serii sylwetek poświęconych czołowym pisarzom, natomiast w 1972 roku nakładem PIW-u w biało-złotej serii Portrety Współczesnych Pisarzy Polskich Tadeusza Różewicza – pierwszą książkę o życiu i twórczości autora Kartoteki (notabene, tę pionierską książkę na język francuski przełożył inny przyjaciel poety, późniejszy redaktor naczelny „Twórczości”, Jerzy Lisowski, którego nazwisko w korespondencji Różewicza z Voglerem pojawia się raz i drugi).

2. Nie ulega wątpliwości, że był Henryk Vogler w życiu Tadeusza Różewicza kimś szczególnym i wyjątkowym, kto mu autentycznie imponował jako człowiek, kto budził jego aprobatę. Samuel, ze wspomnianego na wstępie opowiadania, „odzywał się dosyć rzadko. Jego słowa były spokojne, dokładnie odmierzone”, nieustannie robił notatki w „grubym kajecie”, okazał się idealnym współmieszkańcem Ludwika podczas ich pobytu w Paryżu; chociaż w nocy budził się z wrzaskiem z sennych wizji, będących refleksem pobytu w obozie zagłady. W pewnym momencie Ludwik wyznaje mu w cztery oczy: „dobrze się stało […] że jesteśmy tu razem. Czy zauważyłeś, że się nigdy nie kłócimy”. Nic więc dziwnego, że do tego pobytu na wspólnym stypendium nad Sekwaną w roku 1957 będą wracać w korespondencji wielokrotnie. W 1959 roku pisze z Paryża do Różewicza Vogler, w 1961 roku do Voglera Różewicz, żartując przy tym, że to „najdroższa kartka, jaką znalazłem w Paryżu”, ale także w maju 1977 roku z kawiarni z widokiem na katedrę Notre Dame i jeszcze w roku 1980, wspominając ich spotkanie wtedy w Paryżu z Czesławem Miłoszem, a także w 1983 roku podczas kolejnego wypadu do Francji; no i w roku 1987 z okazji swoich sześćdziesiątych szóstych urodzin wspomni: „to już nie Paryż z 1957 roku – ha!”.

Już po śmierci Henryka Voglera jego druga żona, z którą ożenił się w 1953 roku – aktorka i reżyserka teatralna Romana Próchnicka – powiadomiła Różewicza, że w archiwum męża znalazła „starannie prowadzony, każdego dnia, (z datą) dziennik z Waszego pobytu w Paryżu” (10 marca 2005 roku), czyli ów „gruby kajet” opisany w opowiadaniu W najpiękniejszym mieście świata. (Nie mogę nie wspomnieć w tym miejscu, że kilka lat temu, gdy pracowałem nad swoją książką Lekcje u Różewicza, edytorka tych listów pani Anna Romaniuk, kierowniczka Zakładu Rękopisów Biblioteki Narodowej, udostępniła mi do użytku wewnętrznego, że się tak wyrażę, ów „dziennik paryski”, spadkobierczyni bowiem przekazała go wraz z listami Różewicza właśnie Bibliotece Narodowej). W tym samym liście wdowa po Voglerze napisała do Różewicza: „Dla Henryka byłeś nie tylko ukochanym Poetą, lecz także kochanym Przyjacielem”.

Cóż, gdyby nie głęboka przyjaźń, z gatunku tych niezawodnych i na całe życie, gdyby nie absolutne zaufanie biorące się z porozumienia w najważniejszych zagadnieniach egzystencjalnych i literackich, nie pisaliby do siebie tak otwarcie i aż do bólu szczerze, dzieląc się swoimi sukcesami i klęskami. Co tu wiele gadać, porozumiewali się, jak na dwóch ocaleńców z wojennej pożogi przystało, wszak jeden to były partyzant, drugi były lagiernik. „Zawsze Ciebie stawiałem za wzór! Oto człowiek – mówiłem – on przeżył «piekło» a jest kochankiem życia” – pisał Różewicz do Voglera w styczniu 1957 roku, a w marcu 1965 roku podtrzymywał go na duchu w ciężkich chwilach depresji: „nie bądź smutny przecież już wszystko w życiu osiągnąłeś!”, w styczniu 1977 roku zaś, jakby zazdrosny o uwagę przyjaciela: „Nic mi nigdy o sobie serio nie piszesz same dowcipy, anegdoty, żarciki…”. Trzeba przyznać, że Vogler dość szybko rozpoznał naturę i mentalność Różewicza. W listopadzie 1957 roku nazywa go – osiadłego po studiach z premedytacją nie w Krakowie, lecz w Gliwicach – „poetą małych miasteczek, pełnego dumy i żółci”. Rzeczywiście żółci, ale także jawnej irytacji, przeradzającej się we frustrację w listach Różewicza co nie miara, więcej niż wiele. Ma on poczucie życia w opresji, a nawet środowiskowego osaczenia z jednej strony, z drugiej – odrzucenia. Oto kilka cytatów: „Wszy, gnidy, śmiecie z różnych piśmideł – zasrywają mi życie […]. Traktują mnie gorzej niż jakiegoś sztubaka, kurewkę literacką. Że do tej pory nie zdechłem – zawdzięczam tylko dobrej zaprawie w partyzantce. Są to wszystko mętne gnidy i miernoty pozbawione sumienia” (15 marca 1960 roku); „Obryzgiwany śliną przez byłych awangardzistów okradany z pomysłów […], obrażany (i obsrywany) przez recenzentów filmowych, pomijany w referatach […] będę trwał niezłomnie na obranym kierunku” (4 października 1964 roku); „Mnie każdy wypomni becketta ionesco… że to z tego to z owego… a ten mydlarz przecie z mojego śmietnika się pożywił… do dupy z całą naszą krytyką. […] do dupy z ludźmi teatru z dyrektorami kierownikami literackimi itd. Obrzydli mi zupełnie” (w maju 1967 roku). Wali na odlew po nazwiskach, które z lubością pisze małą literą lub złośliwie przekręca, nie kryje się z osobistą niechęcią, na pogardę odpowiada pogardą. Ale też w chwili opamiętania, wyznaje przyjacielowi: „Od ludzi zacząłem odchodzić bo przestałem im ufać, bez ufności nie jest możliwe ani prawdziwe współ-życie ani przyjaźń. Żyjemy wszyscy pozorami” (6 października 1969 roku) i jeszcze: „Dla mnie najcięższym najsmutniejszym zjawiskiem było (jest?) rozpadanie się więzi (stosunków) międzyludzkich. Choć zawsze żyłem trochę «z boku». I nie byłem «w środowisku». Te sprawy dotknęły mnie najbardziej. Są to dla mnie sprawy (prawie) fizyczne, nie abstrakcyjne” (17 czerwca 1970 roku).

Nie znaczy to wcale, że ponosi wyłącznie introwertyka Różewicza, bo przecież ponosi także ekstrawertyka Voglera. Pisze wprost o tym, jak lekceważąco potraktowała go „Nowa Kultura” (1958), że nie może się doczekać na odpowiedź z „Twórczości” (1968), wydaje przesadnie krytyczną, a nawet złośliwą opinię o książce Kazimierza Wyki Różewicz parokrotnie („całość to niezrozumiały bełkot, w którym umysł ten zaplątał się we własne sidła oryginalności za wszelką cenę”, 30 stycznia 1978 roku), ponoszą go nerwy na myśl o brakach w wykształceniu młodych aktorów i reżyserów (1980) czy wtedy, gdy – w chwilę po ustrojowej przemianie 1989 roku – drukarnia wstrzymała druk jego książki i zażądała, „abym sam zapłacił za papier, w dodatku – o ile możność w dolarach” (14 stycznia 1990 roku). Frustracje Różewicza doskonale zatem rozumiał, ale też nie był w stanie mu nic poradzić, mógł tylko zaapelować do rozumu młodszego kolegi, więc robił to, ale pół żartem, pół serio: „Bądź spokojny i pewien, że jak tylko obdzielą nagrodami wszystkich członków swoich zespołów redakcyjnych (co w przybliżeniu powinno nastąpić za jakie 10 lat) wówczas na pewno Tobie – i tylko Tobie – przypadnie nagroda, bo nikogo bardziej zasłużonego na Twoje miejsce nie widzę” (7 stycznia 1961 roku), a po Noblu dla Miłosza: „Zapitowywujesz czemu ściągają z Ciebie, a nie np. z Laureata? Ależ to właśnie Twój triumf! Nie chcę powiedzieć, że jest to Twoje za grobem zwycięstwo, bo gróbka jeszcze, na szczęście, nie widać, tym niemniej to znak! Historia literatury, ten cmentarz marzeń i szaleństw, przywróci należyte proporcje i czekaj na to z odpowiednim spokojem i godnością” (22 października 1981 roku).

Wiele na to wskazuje, że Henryk Vogler – z racji wielu pełnionych funkcji – osobnik wielce towarzyski, miał większy dystans do otaczającej rzeczywistości niż Tadeusz Różewicz – osobnik wielce nietowarzyski, unikający konsekwentnie przez całe życie wszelkich społecznych funkcji, programowo żyjący, ale i tworzący, na uboczu, chociaż wiemy dzisiaj, że jednak w samym centrum literatury polskiej. Pewnie dlatego jeden potrzebował drugiego. W zakończeniu listu z 10 sierpnia 1967 roku Różewicz prosi: „Jeśli żyjesz – i jesteś w Krakowie – to napisz. Jeśli nie żyjesz to też napisz”, a w wydanej w 1968 roku Twarzy trzeciej zamieszcza zadedykowany „Romie i Henrykowi” wiersz Cud dnia powszedniego z dającym do myślenia refrenem: „przyjmuję wszystkie / warunki życia / punkt po punkcie”.

3. Niestety, listów Voglera do Różewicza zachowało się dużo mniej niż Różewicza do Voglera, siłą rzeczy więcej – na marginesie ich korespondencji – da się wyrokować o autorze Przerwanego egzaminu niż Ocalonego z otchłani. O ile Różewicz jest postacią pierwszoplanową w historii polskiej literatury powojennej, o tyle Vogler – mimo całej sympatii dla jego barwnej osoby i szacunku dla jego solidnego dorobku – jednak drugoplanową. Ale przecież miał swoje ambicje twórcze, swoje artystyczne marzenia. Jedno z nich wyraził wyjątkowo dobitnie, nagabywany przez Różewicza, co pisze, nad czym pracuje, z napisaniem czego się nosi. Odparł wtedy nie bez rezygnacji, że nic nie pisze, bo też pisanie, na jakie teraz go stać, prawdopodobnie nie ma większego sensu: „Jeżeli napisać, to coś potężnego, wstrząsającego, coś co by złapało za gardło całą epokę, pokazało jej siebie, coś co by przyniosło nowy chwyt, nowy styl, nowy język, czuję coś takiego w powietrzu, mam to na końcu języka, ale wiem, że z tego nic nie będzie, brak i tego właśnie pośredniego ogniwa, a jeżeli nie to, no to w ogóle nie” (12 listopada 1957 roku). Zdawał sobie znakomicie sprawę ze skali własnego – mimo wszystko ograniczonego – talentu i to, co chciałby napisać, a wiedział, że napisać nie podoła, znalazł w twórczości młodszego przyjaciela. Poświęcona mu monografia z 1972 roku świadczy zresztą o tym niezbicie. Pozostał wierny twórczości Różewicza i swojemu nią zachwytowi do końca. Po ukazaniu się w 1996 roku zbioru zawsze fragment napisał do niego krótko, węzłowato i tak, że już lepiej się nie da: „Każde zdanie i słowo to kamień nagrobny” (28 maja 1996 roku). W tym samym liście – powstałym po pięciu latach obustronnego milczenia – z żalem skonstatował, że „taka jakaś ściana zapadła między nami. Bez mojej winy”, a przecież nie posiadał się z radości z odnowionej starej przyjaźni. W liście napisanym do Romany Próchnickiej w niespełna miesiąc po śmierci Henryka Voglera, stwierdził Różewicz, że ich długa znajomość „powoli wygasała jak wszystko”, bo też i taka jest kolej rzeczy, nikt nikomu nie był nic winny. Ale też ów krótki, a jednak nie konwencjonalny list kondolencyjny, lecz głęboko osobisty, prywatny, to refleksja tyleż nad przemijającym bezpowrotnie czasem, co nad zaskakującą potęgą życia. Napisał wszak Różewicz: „I ta data rok 2005! Niełatwo było uwierzyć w roku 1939, że będzie taki rok 2005… a jest” (7 marca 2005 roku).

Korespondencja Różewicza z Voglerem to z jednej strony dzieje ich znajomości i przyjaźni, z drugiej dzieje kraju, w którym się urodzili, o który walczyli, w którym pracowali i tworzyli przez długie, długie lata. Historia i polityka są w ich listach obecne, lecz aluzyjnie, jakby ze strachu przed tym, że listy te mogą wpaść w niepowołane ręce, ale jednak są; choć najczęściej wypowiedziane językiem ezopowym. Niewykluczone zresztą, że polityki i historii najwięcej było w ich prywatnych rozmowach. Spotykali się zresztą dość często. Wielokrotnie Różewicz korzystał z gościny Voglerów podczas wizyt w Krakowie, dokąd przyjeżdżał już to z Gliwic, już to z Wrocławia. Nic więc dziwnego, że z czasem musiały się pojawić w tych zażyłych relacjach – czego dowodem wymiana uwag na temat zostawionych przez poetę w Krakowie okularów czy spodni od piżamy (sic!) – i włączyć do korespondencji żony pisarzy. Planując przyjazd do Krakowa w roku 1965, Różewicz uprzedzał, że wreszcie przyjedzie z żoną: „Wtedy Żona obejrzy Twoją Żonę a Twoja Moją i mnie…” (30 kwietnia 1965 roku), ale do tego przyjazdu chyba nie doszło, bo nie ma po nim w listach żadnego znaku. Do takiego spotkania w dwie pary doszło prawdopodobnie kilkanaście lat później. W liście z 30 stycznia 1978 roku pisze Vogler: „Bardzo się cieszyliśmy z tych paru chwil spędzonych z Wiesławą (nie mylić z Wisławą). Jest ona tak miła, bezpośrednia, ciepła, że łagodząc Twoją programową chropowatą kanciastość tworzy w ten sposób Twoje idealne uzupełnienie, co w sumie daje idealną parę. Jak możesz gdziekolwiek ruszać się bez Niej? Pragnęlibyśmy znowu kiedyś zobaczyć Was razem”. Podobnie musiał o małżeństwie Voglerów myśleć Różewicz, pisząc dużo wcześniej: „przecież jesteście z R. jedną osobą dla mnie (bo nawet śpicie razem w jednym tapczanie… co jest moją zgryzotą od lat). Więc to co piszę do niej jest przeznaczone dla Ciebie i na odwrót” (3 stycznia 1972 roku). Faktycznie oprócz korespondencji Różewicza z Voglerem mamy w tej książce także korespondencję Różewicza z Romaną Próchnicką, a ponadto listy Wiesławy Różewiczowej do Voglerów, w tym jeden wyjątkowo przejmujący z 6 września 2002 roku, w którym czytamy: „Ucieszyliśmy się, że przerwaliście długie milczenie nawet te parę słów to znak, że jesteście, a jest nas coraz mniej, wkoło robi się pusto”.

Korespondencja Różewiczów z Voglerami ogarniająca tyle czasu i przestrzeni (wszak pisali do siebie nie tylko z Krakowa i Wrocławia, ale także z wojaży do Francji, Niemiec, Austrii, Stanów Zjednoczonych, Związku Radzieckiego) to wielogłosowa opowieść o ludziach, których spotkali na swoich drogach, którzy byli, a których już nie ma. „Kraków mojej młodości pustoszeje” – pisze ze smutkiem Różewicz 7 marca 2005 roku i wymienia Kornela Filipowicza, Tadeusza Kantora, Kazimierza Mikulskiego, Jerzego Skarżyńskiego, Tadeusza Brzozowskiego, Adama Hoffmana, Czesława Miłosza i Jana Józefa Szczepańskiego, a ponadto „Jurka Nowosielskiego opuszczonego przez Zosię”; to właśnie był ich wspólny przyjacielski krąg. Poza tym jest to opowieść o poprzedzającej śmierć starości, oddalającej, aż wreszcie izolującej jednego przyjaciela od drugiego, zmuszając go do konfrontacji ze sobą samym, z własną słabością, niedołęstwem, niemocą, bólem. Po wyjściu ze szpitala – 11 listopada 1980 roku – napisał Różewicz: „Nie będę Wam opisywał «historii choroby» bo to bolesne (i nieciekawe) macie zresztą własne choroby”. Nic dodać, nic ująć.

No i nie sposób nie powiedzieć i tego, że korespondencja Tadeusza Różewicza z Henrykiem Voglerem to swego rodzaju hołd złożony żonom, które ich przeżyły, a które podzieliły się z Anną Romaniuk wspomnieniami o swoich mężach, opublikowanych w początkowej części książki. „U mnie po staremu… piszę nie piszę, czytam nie czytam, a co gorsza starzeję się niedobrze… zrobiłem się zrzędny, nudny, grymaśny (nie wiem jak to moja biedna Żona znosi)” – wyznał staremu przyjacielowi Tadeusz Różewicz (11 listopada 1973 roku). I ani słowa więcej.

Wiesława i Tadeusz Różewiczowie, Romana i Henryk Voglerowie: Korespondencja 1948–2012.
Zebrała, z rękopisów odczytała i przypisami opatrzyła Anna Romaniuk.
Wydawnictwo Warstwy,
Wrocław 2019, s. 226.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.