09/2020

Krzysztof Mrowcewicz

Jeźdźcy Apokalipsy1

Ten pierwszy ma na imię Zaraza: „I widziałem, a oto koń biały, a który na nim siedział, miał łuk: i dano mu koronę, i wyszedł zwyciężając, aby zwyciężył” (Ap 6, 2).

Ten drugi ma na imię Wojna: „I wyszedł drugi koń, rydzy, a który na nim siedział, dano mu jest, aby odjął pokój z ziemie, a iżby jedni drugie zabijali, i dano mu miecz wielki” (Ap 6, 4).

Ten trzeci ma na imię Głód: „A oto koń wrony; a który na nim siedział, miał szalę w ręce swojej” (Ap 6, 5).

A ten czwarty, najstraszniejszy to ich wódz i wierny towarzysz: „A oto koń blady, a który siedział na nim, imię jemu Śmierć, a piekło szło za nim, i dana mu jest moc nad czterema częściami ziemi, zabijać mieczem, głodem i śmiercią, i przez bestyje ziemskie” (Ap 6, 8).

W takim porządku, zgodnym z tekstem Objawienia świętego Jana, galopują w absolutnej ciszy Jeźdźcy Apokalipsy Dürera: w głębi Zaraza, potem Wojna i Głód, a na pierwszym planie przeraźliwie chudy starzec z trójzębem – Śmierć. Pod kopytami ich koni pełzają ludzie, a nad ich głowami szybuje obojętnie anioł i piętrzą się groźnie skłębione chmury, przebite z lewej ostrym snopem nieziemskiego światła.

Apocalypsis cum figuris to misterium ludzkiego lęku. Nie wiemy, skąd przyjdą, w jakiej postaci i w jakim stroju, nie wiemy, kim są, czym są, ale jesteśmy pewni, że . Oto zza horyzontu, wzgórza, zza lasu, zakrętu drogi, okna, drzwi, kurtyny, z powietrza, ziemi, ognia, wody, z głębi ciała, z ust, nosa, spod zaciśniętych powiek, na jawie czy we śnie przyjdą z triumfem po nas, a my wtedy będziemy bezbronni. Może już zaraz usłyszymy tętent ich koni a potem ten barbarzyński „ześlizg dźwięków, glisando […], coś w rodzaju wycia przebiegającego całą skalę tonów”2, muzykę od której bije śmiertelne zimno szyderstwa, śmiech rozstrojonych, martwych instrumentów, zimna pustka metalicznych dźwięków3.

Rycina Dürera powstała w 1498 roku, w atmosferze schyłku stulecia, niepokoju przed nieznanym, które gotuje przyszłość, dająca znaki przez magiczne liczby. Za progiem było nowy wiek, bezpieczna czternastka, liczba sprawiedliwości i umiarkowania, zmieniała się w przeklętą piętnastkę, skrzydlatego diabła, złowieszcze arcanum tarota, demona, który obiecuje coś nowego – triumf zmysłów, pokusę grzesznej rozwiązłości. Ale jeźdźcy Dürera, pędzący z przeszłości, nie patrzą na granicę stuleci, zawsze są, tak jak zawsze byli – tuż, tuż. „Strzeż się! Oto biją!”4

Rodzina malarza pochodziła z południowego wschodu Europy, z królestwa Węgier. Nie wiadomo, czy byli to węgierscy Niemcy, wracający do ojczyzny, czy też rodowici Węgrzy. Na ziemiach niemieckiego cesarstwa szukali szczęścia, bo ich kraj coraz bardziej pogrążał się w chaosie. Bezkrólewie wiodło do sporów domowych, a na to tylko czekali jeźdźcy/najeźdźcy z południa. Piętnastowieczne Węgry drżały przed potęgą tureckiego półksiężyca. Zbliżała się nieuchronnie wojna, a z nią jej złowrodzy towarzysze, heroldzi końca:


Potop, trzęsienie ziemie, powietrzna zaraza,

wojna, głód – cóż zostaje światu? Tylko skaza

i ogień blisko…5


Rodzina Szarzyńskich uciekała z środkowej Polski przed niedostatkiem a może nawet i głodem. Ich ojczysty Szarzyn na Mazowszu był zapewne siedzibą biedniutkiej, zagrodowej szlachty. W nieocenionym Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego nie jest nawet pewna lokalizacja rodowego gniazda Szarzyńskich – autorzy domyślają się tylko, że był to „dzisiejszy Sarzyn w województwie Płockim”6, co potwierdzałby Bartosz Paprocki: „Dom Szarzeńskich w płockiem województwie starodawny”7. Starodawny, ale należałoby dodać: ubogi w sławnych mężów i w ziemskie dobra (na początku XIX wieku Sarzyn to zaledwie cztery chałupy, garść chłopów i ani śladu dawnej świetności). Bieda, jak na całym zagrodowym Mazowszu.

Jeśli wierzyć herbarzom, Mikołaj, dziad poety, po którym autor Rytmów odziedziczył rodowe imię, przybył na Ruś gdzieś na przełomie XVXVI wieku. Południowowschodnie kresy Rzeczpospolitej nęciły nieskończonymi (zdawałoby się) możliwościami, ale też była to kraina niebezpieczna, tajemnicza, w której granice między twardą rzeczywistością a legendą były rozmazane i niepewne. Mityczny Dziki Zachód, a raczej Dzikie Południe Rzeczpospolitej. Na co mógł tam liczyć ubogi szlachcic z Mazowsza? Przecież nawet w tym miejscu na krawędzi legendy, marzenia i koszmaru nikt nie dawał niczego za darmo. Jeśli – poza gołym herbem – nie miałeś pieniędzy, rodziny lub chociaż możnego patrona, pozostawało wierzyć we własne szczęście, przychylność gwiazd i szablę.

Koniec XV wieku przyniósł dwa wydarzenia, które mogły wpłynąć na los Szarzyńskich. Po tajemniczej, bo gwałtownej śmierci Janusza II, księstwo płockie, gdzie przycupnął maleńki Szarzyn, weszło w skład Korony. Czy zmieniło to w jakiś sposób sytuację mizernego szlachcica? Słynne statuty piotrkowskie (1496) dawały szlachcie liczne przywileje, pozwalające do woli korzystać ze świetnej koniunktury na polskie zboże, którego domagał się głodny Zachód. Ale żeby sprzedawać zboże, trzeba było mieć ziemię, a tej, zdaje się, Szarzyńskim brakowało. Szlachta, kupiona nowymi prawami, zgodziła się na większe podatki, by król Jan Olbracht wyruszył na wojnę na daleką Mołdawię. W tym wielkim przedsięwzięciu (na południe pieszo, konno i na wozach wędrowało około czterdzieści tysięcy ludzi) uczestniczyła też drużyna z Mazowsza. Być może był w niej Mikołaj z Szarzyna. Malutka figurka w potoku ludzi i koni, stłoczonych groteskowo jak na pochodzącym z początku XVI wieku obrazie, przedstawiającym polski triumf pod Orszą. I to nie wśród dumnie prących naprzód pancernych towarzyszy, lecz w gromadzie, przybranej byle jak i uzbrojonej w byle co, kolorowej (choć zapewne brudnej i obdartej) szlachty z pospolitego ruszenia. Ile wysiłku trzeba, by z tej ciżby wyłowić jakieś twarze, jakieś pojedyncze losy, strach, nadzieję, bitewne zapamiętanie, gdy „śmierć przed oczyma lata”.

Wyprawa skończyła się spektakularną klęską w dzikich, lesistych wąwozach Bukowiny, gdzie ciężkozbrojna polska jazda nie miała szans wykorzystać swojej rycerskiej przewagi. Po wszystkim pozostały rozwleczone na polach kości (nie potrafili nawet pogrzebać umarłych, by poderżniętym gardłem nie drażnili nieba). I jeszcze przysłowie: „Za króla Olbrachta wyginęła szlachta”.

W bitewnym zamęcie Fortuna mogła uśmiechnąć się do dziada poety, darowując mu życie i zapewniając przy tym jakiegoś protektora. Co prawda do historii przeszedł tylko czyn ruskiego starosty, Jana Fredry, który uratował samego króla, ale przecież historia to wyjątkowo skąpa reżyserka – na scenę wpuszcza nielicznych aktorów, którzy w dodatku często grają niezrozumiałe dla siebie i dla nas role.

Mogło być jednak zupełnie inaczej. W Ziemi Przemyskiej, niedaleko Przeworska i Łańcuta, na piaszczystych wydmach, gdzieniegdzie upstrzonych łąkami i szachownicami marniutkich pól, leży wioska Sarzyna, o której wspominają już dokumenty z pierwszej połowy XV wieku. Czyżby więc jakaś część Szarzyńskich herbu Junosza wywędrowała na kresy już dwa pokolenia wcześniej? A może myli się Paprocki i ród był już od dawna związany z dzikim pograniczem Korony? Ale wtedy żegnajcie rycerskie czyny dziada, którego jedynym pretekstem do istnienia pozostaje słabo choć głośno istniejący wnuk.

Tu pora zająć się nazwiskiem poety, co nie jest wcale takie proste. W XV/XVI wieku nie można mówić o nazwiskach w naszym dzisiejszym rozumieniu. Wszystko było jeszcze płynne, in fieri czy też in statu nascendi, by posłużyć się dobrze pasującą do tych czasów łaciną. Dla szlachty ważne były herby, ale ludzi o tych samych herbach było coraz więcej. Odróżniano się więc przez określenie miejsca pochodzenia, które z czasem stawało się nazwiskiem. Na przykład autor księgi pod wielce skromnym tytułem Kronika wszystkiego świata (1551), Marcin Bielski herbu Prawdzic, najpierw nazywał się Wolski (od wsi Wola), później zaś, gdy rodzina osiadła we wsi Biała, przybrał nazwisko Bielski, które odziedziczył po nim jego syn Joachim, także parający się sztuką pisarską.

Pierwsi biografowie Sępa Szarzyńskiego, Ludwik Finkel, Ferdynand Bostel czy też Władysław Ćwik, nie mają wątpliwości: rodowe miano brzmiało Sęp, co potwierdzają nieliczne dokumenty: Generosus […] Semp alias Sarzinski8; Nicolaus Semp dictus Szarzynski9. Wywodziło się ono zapewne od przydomka, charakteryzującego któregoś z przodków poety.

Dlaczego właśnie Sęp? Czy zawinił tu, jak na gwaszach Lebensteina10, nos, niczym sępi dziób, który był rodzinną cechą mieszkańców Sarzyny czy Szarzyna? Takie przekazywane przez pokolenia genetyczne ekscesy znane są w historii. Wystarczy choćby przypomnieć słynną obwisłą wargę Habsburgów, która tak bardzo obciążała karykaturalnie mały podbródek, że przez wpół otwarte usta na koronkowe kołnierze królów i książąt wciąż sączyła się błękitna ślina.

A może chodziło po prostu o chciwość i żarłoczność jakiegoś małego szlachetki, czy to spod Przeworska, czy to z Mazowsza, cechy przypisywane powszechnie sępom (Vultures)? W staropolskim czy europejskim aviarium, sęp, zwany też ścierwojadem, nie miał dobrej opinii. Nie był to przecież szlachetny heraldyczny orzeł (Aquila), który „królem ptaszym jest wezwan”11, czy wszystkowidzący sokół (Falco) albo szybko, jakby ktoś cisnął go na ziemię, spadający na ofiarę jastrząb (Accipiter). Tak pisze o sępie staropolski przyrodnik: „jest [to] ptak czarny a leniwego latania, a to dla wielkości jego […] Ten ptak aczkolwiek mięsem żyw, wszakoż sam żadnej rzeczy nie zabije, ale gotowo ścierwu czeka, a przeto też z dalekich stron przylatują, gdzie ścirw czują. A gdy ma być bitwa jaka albo porażka znamienita, tedy oni za wojskiem latają”12. Czyli, zgodnie z wiedzą epoki, do lamusa trafiają ostatecznie bohaterskie czyny Mikołaja z Mazowsza, choć jak przystało na sępa, mógł krążyć wokół pobojowiska i nieźle się na nim utuczyć, bo sęp „tak ulega swej gardzieli, że poleciałby tysiąc mil, by pożreć padlinę; i dlatego ciągnie za wojskiem”13.

Jeśli zaś wierzymy w dziedziczenie nieznośnych cech charakteru, to przydomek Sęp pasowałby jak ulał do ojca poety, Joachima, którego można scharakteryzować krótko: pieniacz. Oczywiście akta sądowe, dzięki którym przetrwało garść informacji o rodzinie, wypaczają na pewno jej obraz – zwykle sądy wypowiadały się bowiem w sprawach konfliktowych. Można jednak powiedzieć, że w takim razie konfliktowość Joachima zdecydowanie przewyższała ówczesną, bardzo wysoką średnią i zasługiwała choćby na mały passus w słynnym Prawem i lewem Łozińskiego. Każdemu, kto zajrzał do dokumentów lwowskiego sądu grodzkiego lub ziemskiego, życie Joachima wyda się jedną wielką awanturą, nieustannym sporem, zwadą a nawet zwykłym szwindlem, bo interesy, które prowadził, daleko wykraczały poza wielce luźne wówczas normy prawa. Dzięki ojcu, który ożenił się z jakąś Zimnowodzką (milczą o niej herbarze), Joachim stał się właścicielem lub raczej współwłaścicielem małego mająteczku, którego centrum stanowiła matczyna Zimnawoda. Dziwne to były dobra, do których prawa uzurpowało sobie kilku posesorów. Kto inny władał rybnym stawem, kto inny młynem, a granice własności były przedmiotem zaciekłych kłótni. Sytuację skomplikował jeszcze drugi ożenek starego Mikołaja z Katarzyną, secundo voto Otolską. Joachim, rzuciwszy się jak sęp na to, co zostawił mu ojciec, ciągle głodny i nad miarę chciwy, zaczął prowokować kolejne majątkowe awantury. Nękał sąsiadów, którzy gotowi byli płacić mu haracz za obietnicę spokoju (ob spem concordiae), trapił ciągłymi zajazdami swoją macochę i jej drugiego męża (doszło nawet do raptus matronae – porwania niestarej jeszcze niewiasty i jej dobytku przez skorego do gwałtu i łasego na majątek pasierba), procesował się z lwowskimi mieszczanami. Mało tego, nie wahał się podnieść ręki na święty Kościół, wadząc się z zakonem dominikanów, albo najeżdżając w dwanaście koni – wspólnie z prywatną armią kresowego magnata Jana Tarły – dobra arcybiskupstwa lwowskiego. W swoje niecne gry wciągnął także synów, a przede wszystkim, zapewne najstarszego, Mikołaja – poetę. Prawdziwy sęp, nigdy nienasycony, atakujący jednak tylko słabszych, już martwych, czy też bezbronnych, czyli żywiący się padliną ścierwnik „z jego potwornym, ociężałym chodem, z tą wstrętną sennością sytego ścierwem ptaka”14.

Ach, zobaczyć tę gębę szlachecką, ach, spotkać się oko w oko z tym chytrym drapieżnikiem! Ale XVI wiek skąpi nam wizerunków, pozostawiając wszystko wyobraźni. Ikonografia z epoki jest bardzo uboga i dotyczy przede wszystkim wielkich tamtego świata. Kto marnowałby czas, by uwiecznić fizjonomię kresowego szlachetki? Moda na portrety trumienne przyjdzie dopiero później, w wieku XVII. Mam co prawda na podorędziu, jak poeta metonimię, wizerunek znacznie późniejszy, ludzko – ptasią, albo lepiej: ludzko – sępią twarz. Może to sobowtór, dziwnym zrządzeniem losu przeniesiony przez dwa stulecia w anonimowym szeregu szlacheckich fizjonomii? A może właśnie tak powracają zmarli: w tej jedynej linii nosa, w wygięciu podbródka, w przechyleniu głowy, w spojrzeniu, które coś przypomina. Ile razy wydaje mi się, że widzę kogoś, kto nie ma już prawa przechadzać się wśród żywych. A potem ruch głowy czy gest i złudzenie znika. Złudzenie? Kto wie, jakie są drogi z zaświatów? Kto przez chwilę zamieszkał w tej mijanej z niepokojem twarzy? Czyja była ta sylwetka, która właśnie zniknęła za rogiem?

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.