04/2021

Paweł Majcherczyk

Kawalerski trip

Krakowski profesor Piotr Marecki (vel Maro), autor (i bohater) Polski przydrożnej, wybiera się w dwutygodniowy kawalerski trip po Polsce bez GPS-u (najlepiej polnymi drogami), zwiedza peryferia i zachwyca się dziwactwami. Maro trafia do małych miasteczek, małych barków, rozmawia z napotkanymi ludźmi, nocuje w motelach i fascynują go bizarne „pomniki kultury” – są to nietypowe szyldy, budowle, nazwy etc. Robi im zdjęcia i filmiki, wrzuca to wszystko na instastorkę. Co jakiś czas Maro w trasie relacjonuje swoje przygody Oli (swej narzeczonej) przez telefon. Marecki przez piętnaście dni przejechał 4872 kilometry.

Trudno jednoznacznie określić do jakiego gatunku literackiego można zaliczyć Polskę przydrożną Piotra Mareckiego, łatwiej napisać, że posiada elementy powieści (a może mikropowieści), ma jakieś wątki reporterskie. Bez wątpienia najnowsza książka krakowskiego profesora pełni funkcję literatury, w której istotnym elementem jest humor.

Na przykład cudowny dialog z hodowcą gołębi: „Pytam się go, co robi w życiu. Ma trzydzieści trzy lata, syna. – Cały tata, wdoł sie wy mnie, rozwiodłem sie. Suka sie puściła, źle ji ze mno było, ale teroz musi mnie pytać, jak chce syna do lekarza, za granicę. Rolnikiem jestem, KRUS płace, ale nie robie w polu, wydzierżawiłem wszystko. Mama mo kaczki i kury, a jo gołembie. Za granicom roz byłem, w Niemczech, żeby gołymbie puścić. Po piynciu godzinach wróciły. Mama dzwoni, pyto, czy otworzyć klape. Gołymbie drogie, ale nie dałbym ich tknąć. Pasze dwadzieścia pieńć kilo po pieńćdziesiont złotych roz na tydzień kupuje. Sączę piwo, a on o tych gołębiach. Gdziekolwiek był w Polsce, to tylko po to, żeby gołębie puścić. – Monry god, wroco zawsze – mówi”.

Marecki odchodzi w jakimś stopniu od cyfryzacji (swej specjalności), nie tworzy kolejnego bota, ale można powiedzieć, że znowu sięga po coś, co lubi najbardziej, po projekt. Marecki w wywiadach mówił o bezcelowym wyjeździe w Polskę, a że uzbierał się materiał i było wiele zdjęć, postanowił wydać książkę. Pozornie można przyznać, iż był to wyjazd bez większego celu… jednak wybór dróg polnych, kierowanie się w trasie drukowaną mapą, korzystanie z noclegów, które znane są miejscowym, i rejestrowanie wszystkiego na instastorce (te zdjęcia są również w książce) zakrawa na przemyślany projekt (socjologiczny?, antropologiczny?). Wybór tych niepopularnych noclegowni również powoduje większe prawdopodobieństwo spotkania gotowych bohaterów książki. Jakiś plan przed wyjazdem – przypuszczam – być musiał.

Książka (momentami) przypominała mi powieść Michała Witkowskiego Drwal, bohater również wybiera się w podróż, co prawda, aby rozwikłać zagadkę (a przy okazji znaleźć luja albo odwrotnie: znaleźć luja, a przy okazji rozwikłać tajemnicę zbrodni), ale gdy na coś ciekawego trafia, to mówi „przyda się do prozy”. I Marecki natrafia na dziwność, i wrzuca to do Polski przydrożnej, tworząc z niej jeden wielki pomnik przydrożny, przydrożny atlas dziwactw. Ale przede wszystkim zestawienie tych dwóch książek wynika z języka rozmówców, autorzy są bohaterami, co ciekawe, sam Witkowski pojawia się w Polsce przydrożnej.

Publikację również można odczytać jako całkowicie inną prozę podróżniczą, antypodróż, może nawet pastisz, różni się ona od rodzimych klasyków, do której przyzwyczaił nas naczelny podróżnik Andrzej Stasiuk. Marecki skupia się na nazewnictwie, palmie stworzonej z pomalowanych opon, rdzewiejących szyldach, nie podziwia krajobrazów; nie ma tu silnego narratora, bohatera, który wygłasza swoje eseistyczne sądy. Są przede wszystkim osoby, które napotyka narrator, one kreślą rzeczywistość swoimi doświadczeniami i swoim językiem. Bohater rzadko kiedy wyraża swoje zdanie. Marecki dyskretnie wychyla się ze swoim poglądami. Co więcej, nie ma tu eseistycznych przemyśleń, gdyż Ola, czytając w wannie wydruk książki, mówi do narzeczonego: „U ciebie, Maro, same scenki, anegdotki, zero ple, ple. W sensie w tym naszym kręgu kulturowym to musi tak być, że jak coś opisujesz, nawet jak to jest śmieszne, to później powinien nastąpić taki moment zadumy, eseju, czegoś mądrego, wytłumaczenia. Takie ple, ple. Jak taki Bobkowski na przykład pisze te scenki, nawet śmieszne one są, to potem są rozważania, ple, ple. U ciebie tylko scenki, anegdotki. Może jeszcze dodaj jakieś ple, ple?”.

Zatem książka jest oczyszczona z języka eseistycznego, mamy za to różne odmiany języka regionalnego. Nie ma opisów przyrody, metafizyki istnienia, komentarza odautorskiego, książka ma inną konstrukcję: otrzymujemy informacje o stanie licznika, katalog miejscowości, przez które przejeżdża główny bohater, pochwałę Instagrama (wrzucane instastorki). Marecki dostrzega pewną prawdę, zwiedzając Polskę przydrożną, że mieszkańcy mniejszych miejscowości nie mają żadnych kompleksów.

Czytelnik wydawnictwa Czarne, który nie zna oficyny Ha!art i jej eksperymentalnych (awangardowych) książek, może być zaskoczony (a nawet zniesmaczony) konstrukcją Polski przydrożnej. Jednak osoby czytające Mareckiego, a także dziełka krakowskiego wydawnictwa pochłoną z wielką radością i satysfakcją odkrywanie polskiej bizarności.

Nie zdziwiłbym się, gdyby Marecki za jakiś czas stworzył nowy projekt, wykorzystując ogrom recenzji, komentarzy Polski przydrożnej – może algorytm ten pokazałby, jak działa współczesna polska krytyka?

Piotr Marecki: Polska przydrożna.
Czarne,
Wołowiec 2020, s. 200.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.