06/2018

Janusz Drzewucki

Kazimierza Hoffmana łaska pokory

O tym, że Kazimierz Hoffman oddany był jak rzadko kto sprawie poezji, wiedziałem od zawsze, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak bardzo, czyli bez reszty. Uświadomiłem to sobie, a także uzmysłowiłem w trakcie lektury jego potężnego, liczącego ponad czterysta stron Dziennika (2000−2008), opracowanego przez Grzegorza Kalinowskiego i opublikowanego nakładem Oficyny Wydawniczej Epigram w Bydgoszczy. W powyższym zdaniu użyłem czasowników „uświadomiłem” oraz „uzmysłowiłem” nie bez przyczyny, według autora Trzech pięter domu poezja bowiem to kwestia i duszy (może raczej: ducha), i ciała, zagadnienie intelektualne i jednocześnie biologiczne, sprawa sztuki i równocześnie życia. Dopiero teraz mogę spokojnie i z czystym sumieniem dodać, że diariusz Hoffmana to nie jest dziennik zewnętrzny, lecz wewnętrzny, dziennik poety z krwi i kości, poety z bożej łaski, poety z powołania.

Tego, co zewnętrzne – cokolwiek to znaczy – jest w Dzienniku (2000−2008) niewiele, ale niewykluczone, że tyle, ile trzeba, poeta odnotowuje wyłącznie zdarzenia kluczowe: wejście Polski do Unii Europejskiej, tragedię okrętu podwodnego Kursk, ataki terrorystyczne z 11 września 2001, bombardowanie Afganistanu, wojnę w Iraku, wybory prezydenckie na Ukrainie i zwycięstwo Wiktora Juszczenki, śmierć i pogrzeb papieża Jana Pawła II, zgon Brata Rogera z Taizé. Ale nie tylko, bo także – co wprawiło mnie w nie lada zdziwienie! – wygrane mecze piłkarskiej reprezentacji Polski w z Ukrainą w Kijowie i z Norwegią w Oslo (na wszelki wypadek przypomnę: z Emmanuelem Olisadebe w składzie!), zwycięstwo młociarza Szymona Ziółkowskiego na mistrzostwach świata w Edmonton, a przede wszystkim sukcesy Adama Małysza. Gwoli ścisłości, z tym ostatnim jest na dobre i na złe; i wtedy gdy narciarz wygrywa, i wtedy gdy przegrywa. Poecie imponuje skromność, pracowitość oraz wytrwałość sportowca z Wisły, coś, co najkrócej można określić mianem kultury osobistej, a także sportowego etosu.

Diariusz Hoffmana to nade wszystko świadectwo powstawania jego ostatnich, niewykluczone, że najlepszych w dorobku, zbiorów wierszy: Dziesięć prób tematu: poeta, wiersz (2001), Kos i inne wiersze (2003), Drogą (2004), A-dur (2007), Znaki (2008). Autor zapisywał w nim ostateczne wersje utworów, kolejne wersje spisów treści, skrupulatnie odnotowywał rozmowy z wydawcami, korespondencję z czasopismami, w których regularnie publikował: z „Twórczością”, z „Kwartalnikiem Artystycznym”, z „Toposem”, ale także swoje lektury. Jak na poetę przystało, czytał innych poetów, przede wszystkim Czesława Miłosza i Wisławę Szymborską, ale także Tadeusza Różewicza, którego – co zresztą wielokrotnie podkreśla w zapisach – miał za najwybitniejszego poetę polskiego po II wojnie światowej. Co ciekawe, więcej entuzjazmu niż nobliści oraz Zbigniew Herbert, Stanisław Barańczak czy Adam Zagajewski, budzi w nim liryka autorów mniej znanych: Wojciecha Banacha, Bożeny Keff, Wojciech Gawłowskiego, Macieja Meleckiego, Teresy Ferenc, Bogusława Kierca (wymieniam te nazwiska bezładnie, bo w kolejności, w jakiej pojawiają się w książce), ale także Julii Hartwig czy Ludmiły Marjańskiej, z którymi pozostawał w serdecznym kontakcie korespondencyjnym. Czytał w tych ostatnich latach życia rzecz jasna również poetów obcych, zwłaszcza niemieckich: Hölderlina, Rilkego oraz Celana, ale także Eliota i Audena oraz Antologię współczesnej poezji francuskiej Adama Ważyka, do której wrócił z zaciekawieniem na starość.

Równie ważna jak poezja okazuje się w rozważaniach Hoffmana filozofia; równie ważna, a może nawet ważniejsza. Uwagę poety zajmują pisma dla przykładu – przepisuję z notatek poczynionych w trakcie lektury, a więc znów bezładnie – Lyotarda, Jaspersa, Lévinasa, Bubera, Jabésa, Weil, Heideggera, Gadamera, Nietzschego, Pascala, Kanta, Arystotelesa, Wittgensteina, Barthesa, Cassirera, Derridy, Husserla, Schelera, Whiteheada, Blanchota, Safranskiego, Starobinskiego, no i Leszka Kołakowskiego. Ale nie tylko filozofia, bo także muzyka i malarstwo, z tym że uwagę poety zwracają zarówno prace ulubionych francuskich impresjonistów, zwłaszcza Pisarra i Sisleya, jak i związanych z Bydgoszczą, w której żył i pisał przez całe dorosłe życie, Kazimierza Jułgi, Leona Romanowa czy Mariana Danielewicza. Ale jest w tych zapiskach również Hoffman – jako mąż, ojciec, dziadek. Właśnie swoim dwóm wnukom, których los rozrzucił po świecie, chciał zadedykować obmyślane przez lata dzieło zatytułowane tak. („Z małej litery, kursywa, z kropką na końcu. Jako zdecydowaną aprobatę bytu”, zapisał 19 VII 2000), czyli kanoniczny tom poezji nie tyle zebranych, co wybranych, przebranych i ułożonych w jedną, jednolitą i zwartą, a przy tym nową całość i jakość, na wzór Dwunastu zapisów z 1986 i Przenikania z 1996 roku. Do tego wymarzonego tomu, do którego wydania niestety nie udało się doprowadzić, wraca w tych zapiskach wielokrotnie i wręcz obsesyjnie.

Rzecz w tym, że Kazimierz Hoffman wraca obsesyjnie do kilku spraw, jakby chciał przepowiedzieć – z jednej strony sobie, a z drugiej przyszłemu czytelnikowi Dziennika 2000–2008, przyszłemu badaczowi jego twórczości − to, co dla niego ważne i najważniejsze. Powtarza za Kantem, że wolność to uświadomiona konieczność, za Hölderlinem: „Co się ostaje, ustanawiają poeci”, za Jaspersem zaś: „Objawienie objawia, ale w taki sposób, że skrywa”, natomiast za Lyotardem: „Pisuje się wbrew językowi, ale nieodzownie wraz z nim”, a także za Jabésem: „ostatnia kwestia w książce to oko, oko bez powieki?”. Nieustannie powraca też do myśli Gadamera o zagadnieniu eufonii w poezji i do sentencji Bar­thesa: „Pisze się przez odejmowanie”. Przyznaje rację Audenowi, że trzy zdolności potrzebne poecie to umiejętność tworzenia, osądu i wiedzy. Wielokrotnie podsuwa potencjalnemu badaczowi tropy interpretacyjne, jakby bał się, że może zostać odczytany opacznie. I tak, swoją postawę twórczą (ale także egzystencjalną) ujmuje w formule „kartezjański franciszkanizm” czy też „kartezjanizm po franciszkańsku” (30 VII 2000), myśli o sobie jako o „kamedule zerkającym ku franciszkanom” (14 VII 2001), jako dwie „podstawowe dla mnie (i mojej liryki) intuicje” (9 XI 2000) wymienia: „1. Szczegół jest łaską. / 2. Każda rzecz jest esencją”, do czego wraca po półtora roku: „Szczegół jest łaską. Wiersz jest łaską” (20 I 2002), a pomiędzy tymi zapisami jako „cztery przyczyny mojej liryki” (30 I 2001) wymienia Boga, las, szczegół i ruch. Zżyma się na recenzentów, ale nie tylko zżyma się, gdy wyznaje: „Często nazywają moje wiersze lirycznymi nowelami. Patrzą na fabułę. Nie widzą ruchu, nie słyszą orkiestracji” (13 II 2001). Podpowiada wręcz: „Myślę, że cała moja liryka była i jest apologetyką. Obroną środkami poezji prawd wiary” (17 III 2002), jego ideałem jest „Wiersz, tzn. rzecz. Jaki zaszczyt! Scalony z jakości: z obrazów i niezbędnych słów. Scalony brzmieniowo” (3 XII 2004) i taki wiersz znajduje w twórczości autora Niepokoju. Starając się zdefiniować poezję jako taką, dochodzi do wniosku, że to „Sposób wyrażania uczuć poprzez właściwe brzmienie słów” (7 I 2006). Koniec końców nic go tak nie ucieszy, jak teza Jacka Łukasiewicza zawarta w recenzji wewnętrznej z przygotowanego do wydania tomu Znaki, który ukaże się na chwilę przed śmiercią poety, że jego liryka to… poezja religijna (17 IX 2008).

W trakcie lektury Dziennika (2000−2008) zaskoczył mnie fakt, że Kazimierz Hoffman jest tak nieufny wobec siebie jako poety, że wraca do napisanych i opublikowanych, czyli − wydawałoby się − skończonych i zamkniętych wierszy, że poddaje je ponownej, nad wyraz podejrzliwej lekturze. Sobie ku przestrodze zapisuje, siebie napomina: „Za dużo słów!” i sobie stawia retoryczne pytanie: „Po co piszę?” (22 V 2000), a także: „nigdy za dużo skreśleń” oraz „pilnuj języka” (31 VII 2000); w trakcie lektury maszynopisu Kosa i innych wierszy zaskakuje go niemiło „nadmiar zaimków osobowych” (20 VI 2001), a 10 IV 2002 roku zanotuje wręcz: „Zbyt często przytrafia mi się w wierszach słowo «już»”.

Jest człowiekiem spokojnym, rozważnym i pełnym pokory; właśnie z pokorą przyjmuje fakt, że odpowiedzialny za kulturę urząd w Bydgoszczy (notabene!) dwa razy z rzędu odmawia dotacji na wydanie książki Kos i inne wiersze. O „łasce pokory” wręcz pisze (21 III 2005) nawet po odebraniu z rąk Władysława Bartoszewskiego Nagrody Polskiego PEN Clubu w Domu Literatury w Warszawie. Ale też zdaje sobie doskonale sprawę z własnej artystycznej wyjątkowości. Wyjątkowość ta ma źródło w egzystencjalnej i twórczej samotności poety. 17 XI 2000 roku notuje wprost: „Bez swej samotności czułbym się samotny”, a 4 V 2001 roku po śmierci przyjaciela, wspomnianego malarza Leona Romanowa, wyznaje: „Samotnik, tak jak ja”. Zastanawiając się nad tym, z czego wziął się jako poeta i z czego wzięła się jego poetyka, dochodzi do konkluzji: „Czytanie filozofów i szkoła zwięzłości w PAP” (8 XII 2000), nawiązując do wieloletniej pracy w Polskiej Agencji Prasowej, której zawdzięczał wieloletnią znajomość i – co tu gadać – dozgonną przyjaźń z Ryszardem Kapuścińskim (którego pamięci poświęcił tom Znaki), ale też oddając się namiętnej lekturze ulubionych filozofów, przestrzega siebie: „Intelekt wyziębia wiersz. I to moja wina. Zbyt cenię rygory. Ale i w kamieniu trwa ogień materii, ruch. A jednak górą jest pozór: chłód” (15 IX 2000).

Bardzo jest ciekawy tego, co o nim piszą i mówią: a to Iwona Smolka i Piotr Matywiecki, a to Leszek Szaruga i Bogusław Kierc, a to Henryk Bereza i Robert Mielhorski, redaktor „Twórczości” Ziemowit Fedecki i redaktor „Toposu” Krzysztof Kuczkowski. Nie bez satysfakcji odnotowuje: „Powiadają, że jestem i z awangardy, i z klasyki” (4 II 2005). Nie posiada się ze szczęścia, gdy Ryszard Kapuściński jego utwór Nad Safoną wymienia w ankiecie „Kwartalnika Artystycznego” wśród najważniejszych trzech wierszy poezji polskiej XX wieku, obok wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Anny Kamieńskiej. Nie bez zdziwienia, trochę z niedowierzaniem, ale przecież nie bez satysfakcji wysłuchuje audycji Wiersze z gazet i czasopism w Programie 2 Polskiego Radia, w której redaktor Wacław Tkaczuk „Przytaczał Szymborską, Różewicza, Miłosza i… mnie” (12 IX 2004). Zwłaszcza że kilka lat wcześniej po rozmowie z Robertem Mielhorskim w kawiarni Reggio Emilia przy Starym Rynku, do której regularnie zachodził (ktoś mi opowiadał, być może właśnie Mielhorski, że siadał zawsze przy tym samym stoliku, że kawę przynosił mu zawsze ten sam kelner i że ten kelner przyszedł na jego pogrzeb), po powrocie do domu zapisał: „Jedna z końcowych konkluzji: na 40-milionowy naród starczy pięciu znaczących i wnoszących coś do języka poetów, reszta to… (pomyślałem, wśród tej piątki mnie nie ma i nie będzie)” (13 VI 2001).

Pisałem o poezji Kazimierza Hoffmana wielokrotnie, nie jestem jednak pewien, czy zdążyłem mu to napisać, czy zdążyłem mu to powiedzieć, że według mnie w tej piątce jest (ktokolwiek w niej jest oprócz niego, a na pewno jest Tadeusz Różewicz); tak.

Kazimierz Hoffman: Dziennik (2000–2008).
Opracowanie i posłowie Grzegorz Kalinowski.
Oficyna Wydawnicza Epigram,
Bydgoszcz 2018.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.