03/2020

Grzegorz Tomicki

Klątwa Twardocha

Przeczytałem Morfinę Szczepana Twardocha i byłem zachwycony. Świetnie skonstruowana, nieźle opowiedziana rzecz. Przeczytałem Króla i byłem zadowolony. Wciągająca fabuła z ciekawymi bohaterami. Przeczytałem Balladę o pewnej panience i byłem zniechęcony. I już nie miałem ochoty na inne książki Twardocha. Dotarło do mnie, że wszystkie te opowieści – a w Balladzie jest ich jedenaście, co daje od razu szerszą perspektywę – snute są według jednego schematu. Są to mianowicie dość podobne i dość perwersyjne fantazje na temat władzy i dominacji, snute przez cynicznych, zblazowanych i nielubiących siebie i innych ludzi narratorów. W gruncie rzeczy słabych i zakompleksionych kurduplów, którzy swoje kompleksy i lęki przed odrzuceniem usiłują kompensować agresją i poczuciem wyższości. Czyli pascalowską metodą prostowania skrzywionego kija poprzez wyginanie go w drugą stronę. Metoda to tyleż stara i wypróbowana, co zawodna. Nieprowadząca do niczego dobrego, jak zresztą pokazują fabuły Twardocha, w których wszyscy na ogół kończą marnie. A jak mają kończyć, skoro równie marnie zaczynają, kierując sie w życiu – jako sie rzekło – pragnieniem władzy, dominacji tudzież dowartościowywania się kosztem innych?

Jednostki takie – owszem – bywają tragiczne i jako takie świetnie nadają się na literackich bohaterów, często jednak ich żywoty są rozpaczliwie banalne i przewidywalne, różne tylko w szczegółach. Naczytałem się tego w książkach, naoglądałem sie w filmach, napatrzyłem w realu. Rozmaite biografie mafiosów, przestępców, „urodzonych morderców”, różnych niegrzecznych chłopców i dziewczynek po jakimś czasie stają sie po prostu nudne, a do tego przeraźliwie smutne. Smutne przez to, że ta sama głupia historia jest w stanie powtarzać się w kółko jak zepsuta płyta, powielając stare i – wydawałoby się – oczywiste błędy.

Rzecz jasna, perwersje, agresja, kompleksy, a nawet schematy także mogą być – i dość często bywają – literacko z pożytkiem wykorzystywane. Chodzi o to, że te akurat perwersje i te schematy są dla mnie po prostu niesmaczne. Jak myślę, nie jest to tylko kwestia gustu. Moim zdaniem bowiem są one nie tylko mało oryginalne, lecz także społecznie szkodliwe.

„Kobiety, narkotyki i zdrada!” – anonsował Morfinę tygodnik „Polityka”, co mi przypomina apele różnych internetowych „miłośników literatury”, wołających o książki „pełne krwi, intryg i seksu” (jak się zdaje, podobnie zaczynają już wołać jurorzy różnych literackich nagród). Portal lubimyczytać.pl opatruje zaś wpis o Królestwie nie byle jakimi słowami kluczowymi: „literatura polska, boks, bieda, bogactwo, emigracja, II Rzeczpospolita Polska, korupcja, międzywojnie, Polacy, półświatek, przemoc, szantaż, Warszawa, ucieczka, wojna”. Doprawdy, nagromadzenie nieszczęść wprost horrendalne. Ale jaka gratka dla miłośników „krwi, intryg i seksu” (Królestwa nie czytałem, ale daję głowę, że seksu tam nie brakuje, choć w słowach kluczowych go nie znajdziemy)! A jaki materiał dla krytyków uznających wyższość literatury narodowej nad literaturą jako taką! Emigracja a sprawa polska, Polacy a sprawa polska, II Rzeczpospolita Polska a sprawa polska, Polska a sprawa polska! I zaraz Mickiewicz, romantyzm, Miłosz, Herbert, Giedroyć, Gombrowicz etc. I tak dalej w koło Macieju, z którego to międlenia w kółko ta sama bieda.

Nieustanne powtarzanie tego, że człowiek człowiekowi wilkiem, światem rządzą pieniądze i brutalna siła, a seks jest formą dominacji, też jeszcze nigdy niczego dobrego nie przyniosło. Przeciwnie. Świat, jak wiemy, jest konstruktem społecznym i konstruowanie bohaterów mantrujących nieustannie pod nosem „Kurwa mać, ja pierdolę, powtarzam cicho ulubioną modlitwę, klątwę na świat” nie jest zabiegiem niewinnym, ma swoje konkretne konsekwencje. Nawet w czasach, w których wpływ literatury na życie społeczne wydaje się znikomy. Ale może są to właśnie czasy, kiedy pisarze powinni od czasu do czasu przestać paplać wulgarnym językiem epoki – jaki język, taka epoka, nie odwrotnie – i stanąwszy z boku, poddać go konstruktywnej krytyce, ustawić w szerszym kontekście, zaproponować jakąś pozytywną alternatywę. Tymczasem pisarze często albo schlebiają niewybrednym gustom czytelników, serwując przemoc i seks, albo piszą pod krytykę, podejmując aktualne kwestie społeczne (w Polsce sprawą zawsze aktualną jest „sprawa polska”), albo po prostu „lubią wkurwiać ludzi”, byle ich w jakikolwiek sposób poruszyć, co zdarza się tym i owym autorom oznajmić wprost. Szczepan Twardoch stosuje po trosze każdą z tych trzech strategii, czym zasługuje sobie i na nagrody, i na czytelniczą popularność.

Ale może się mylę i Twardoch jest w gruncie rzeczy przewrotnym pisarzem-moralistą, który w niejawny sposób pokazuje nam, że brzydkie postępowanie jednych ludzi wobec innych zawsze brzydko się kończy, bo czyni jednych i drugich przegranymi? Ale takie lekcje to chyba dla dzieci na katechezie, nie w poważnej literaturze dla dorosłych.

Co do mnie, to wolę książki o ludziach, którzy na co dzień nie mają parcia na cyngiel, nie dybią na bliźnich, nie knują przeciwko nim i nie obmyślają, jak by ich tu w ten czy innych sposób wydymać. Wiem, że tacy istnieją, jest ich nawet wielu – kilku nawet znam osobiście – ale to nie oni władają moją wyobraźnią. I nie oni są moimi „bohaterami”. Poza tym, ja mimo wszystko lubię ludzi.

Poza wszystkim innym zaś, „wkurwianie ludzi” jest zbyt łatwe, abym miał z tego czerpać jakąkolwiek satysfakcję, choćby chorą. Zostawiam to mniej wybrednym. A tak się nieszczęśliwie składa, że nigdy ich nie zabraknie. Wolałbym tylko, żeby zamiast poczytnych powieści pisali raczej wiersze. Wierszy nikt nie czyta.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.