12/2020

Karina Obara

Kolczyki

Gdy Janka wybierała się po wodę do studni, Hela przybiegła z pilną prośbą.

– Janka, zostań z Maryjką, muszę z Kazikiem jechać do Legnicy – nagliła. Oczy miała okrągłe, czarne, mocno wbite w Jankę, zmuszające. Nie sposób odmówić – pomyślała Janka, choć nie wiedziała jeszcze, jak świeżo po poronieniu poradzi sobie z trójką dzieci. Minął tydzień, odkąd straciła Stasia. Tak nazwała nienarodzonego. Pochowała na cmentarzu wojcieszowskim, pod topolą, w zacienieniu, gdzie słońce nie raziło ani nie grzało. Świeciło gdzieś z oddali, nienachalnie, jak przez dziury w płocie.

Niech spoczywa w pokoju.

– Zostanę – powiedziała Janka. – Ale wróćcie prędko, bo sama z trzema dziewuszkami nie pociągnę długo, słaba jeszcze jestem.

– A uszy Maryjce przebijesz, hę? – zapytała przed wyjazdem Hela, trzymając Maryjkę za rękę, sztywno, mocno, nieustępliwie, po czym do drzwi ją popchnęła jednym, zdecydowanym ruchem. – Dziecko chce mieć przekłute uszy, bo włosy ma krótkie, wszędzie teraz ta wszawica, coby się odróżniała od chłopaków chce te uszy mieć – zaśmiała się.

Janka spojrzała na małą, która łypała na nią teraz ciemnymi, dużymi oczami, bystrze szukającymi zajęcia. I jakby już wiedziała, że o przekłucie uszu prosić nie będzie konieczne zbyt długo, wyciągnęła małą piąstkę i pokazała, co w niej ma. Srebrne kolczyki, z haczykowatą nasadką, zakończone kwiatkiem z czarną kulką w środku.

Hela, jej matka, zaśmiała się ponownie, jeszcze głośniej i pełniej odsłaniając zęby uzupełnione srebrnymi koronkami i odchodząc, już od progu krzyknęła:

– To u Wenclów znalazłyśmy, cały dom tam jeszcze mają do rozebrania. A książek ile! Choć większość po niemiecku – nie kryła rozczarowania. – A garnków i talerzysków, tylko iść trzeba, zebrać, nanosić, bo nikt się już o to nie upomni.

U Wenclów, Janka wzruszyła ramionami, patrząc na błyszczące w słońcu kolczyki, które na małej rączce Maryjki mieniły się zachęcająco. Po co jej do Wenclów chodzić? Jeszcze kto zobaczy, że kradnie po uciekinierach, jeszcze doniesie. Mało to ma problemów? Ludziska jakieś odważne się zrobiły, harde, nie boją się Boga ani własnego wstydu nie mają. Wzięła Maryjkę za rękę, zaprowadziła do Reni i Grażynki.

– Bawcie się razem – przykazała dziewczynkom w izbie przylegającej do kuchni. – Rówieśnice jesteście, nie bijcie się tylko.

Nie przebijała uszu od kilku lat. Przed wojną ostatnio. Kto by w wojnę uszy przebijał. Nawet nie wie, czy ma jeszcze spirytus, szukała w szafce na buty, pod zlewem, bez wody w kranie, pustym jak jej brzuch. Znalazła kapkę na dnie. Na jedno odkażenie wystarczy.

Rozplątała włosy z cienkich drucianych wałeczków, uczesała z przedziałkiem powstałe fale, założyła za uszy, podniosła nad karkiem dłonią. Dbać o siebie trzeba, westchnęła, im ciężej, tym usilniej się pilnować, żeby głupoty po głowie nie chodziły, a jak chodzą, aby nie zostawały, odklejały się prędko przy robocie, która z czasem zacznie się palić w rękach. Co by miała nie zacząć się palić, jak człowiek chce.

Zaplanowała mycie podłóg i zrobi to, zanim wybierze się do studni. Niemcy odeszli jakiś miesiąc temu, trzeba było uporządkować wszystko, dołożyć więcej staranności, cierpliwość w sobie znaleźć, nie dać nerwom upustu. Niemcy Niemcami, ale żyć trzeba dalej, wysprzątać, wygotować prześcieradła, firanki od papierosów pożółkłe, wyszorować garnki, w których zostały resztki po kaszy, przypalonych ziemniakach. Nie mogła wcześniej tego zrobić, nie miała siły. Kiedy rodzi się martwe dziecko, nie jest łatwiej niż z żywym. Kto wie, może nawet trudniej, gdy się wie, że nie zapłacze, a ból porodu taki sam, tylko niezakończony nagrodą płaczu oseska. Później trzeba zebrać siły, nie tylko po to, by je mieć na teraz, ale i na przyszłość, zaoszczędzić, jak oszczędza się kartofle na zimę. A pracy przybywa, właśnie Hela jej dołożyła. Zdołać odmówić opieki nad dzieckiem, to jak sobie nie dać szansy, że kiedyś Hela się zaopiekuje jej dwiema córkami. A opiekowała się, gdy Janka rodziła. I dwie żywe córeczki. I jednego martwego Stasia.

– Maryjka, chodź no tutaj, przebijać będziemy – zawołała do dziecka, szykując miejsce na stole do szybkiego zabiegu.

Maryjka przybiegła w podskokach, śmiała się, rozgrzana zabawą z Renią i Grażynką, ale jeszcze bardziej zapałem, uczuciem nowości, jakie ją czekało, tą nową radością z posiadania kolczyków od Wenclów, które zaraz będą dyndać w jej uszach, gdy pani Janka wkłuje się w nie w try miga.

– Jak ukłucie komara, prawda? – zapytała Maryjka, siadając na krześle. Niepewna była teraz, zawahała się, przysiadając na brzegu krzesła.

– Co? – Janka wyrwała się z zamyślenia, kładąc na skrawek białego materiału wyczyszczone spirytusem haczyki kolczyków. Zaraz je wbije w te małe, odstające uszka, musi to zrobić sprawnie, znaleźć punkty na obu uszach, równo wymierzyć okiem i zadać bólu tyle, ile konieczne, nie więcej. – Prawie – mamrotała. – Duża jesteś, masz już sześć lat, wytrzymaj, prawie jak ukłucie komara.

Wkłuła się zdecydowanie, nie zwracając uwagi na wypływającą obficie krew. Mała zapiszczała, zacisnęła zęby i syknęła:

– Miało być jak…

– Cicho – pouczyła ją Janka. – Jak się będziesz bała, to będzie bardziej bolało.

Janka wyczuła, że jej słowa uspokoiły dziecko. Maryjka siedziała sztywno z zamkniętymi oczami, czekając, aż zabieg się skończy. To działa, to zawsze działa. Jej matka tak przekłuwała uszy wszystkim dzieciom w okolicy, a wcześniej jej babka. Kłuły mocno, mówiąc o jednej, jedynej przeszkodzie nie przed, lecz w trakcie zabiegu. Strach, gdy już puszczał, dawał dziecku cierpliwość i siłę, by znieść kilka minut uporczywego nacisku i szczypania, wkłuwanie szło jak po maśle. Strach wszystko przedłuża i powiększa. Niepotrzebnie.

– I pamiętaj, aby dwa razy dziennie przemywać spirytusem, obracając kolczyk to w jedną, to w drugą stronę – powiedziała małej. – Już po wszystkim, przemywać musisz, bo ropa się będzie zbierać. A watę w domu masz?

Maryjka posłusznie skinęła głową. Bolało ją, to pewne, ale uśmiechała się. Nareszcie ma wymarzone kolczyki. Żaden z pięciu braci już więcej nie nazwie jej chłopakiem. A włosy odrosną, a jak znów złapie wszy, to nie zapłacze z powodu ścinania. Będzie miała kolczyki. Od razu widać, że dziewczyna.

Janka chciała nawet pochwalić małą, bo nie pisnęła podczas przekłuwania, ale postanowiła, tłumiąc ciepłe uczucie, że lepiej dziecka nie psuć. Zresztą, zobaczymy, może ją później pochwali, kto wie, jak się będzie zachowywać za parę godzin, jak szczypanie się nasili i uszy spuchną, zapłoną gorącem gojenia. Pochwali ją, gdy wróci od studni.

Umyła podłogi, dołożyła do pieca, wyścieliła po ziemi kartonami i gazetami. Nie będzie się tak nosiło z dworu, dzieci biegają, nie nabłocą.

Pójdzie już do tej studni, bo guzdrze się jak nie wiem co, strofowała siebie pod nosem. Przykazała dzieciom, by były grzeczne i zaczekały. Tylko pół godziny. Co się może zdarzyć przez pół godziny? Nawet martwego dziecka nie sposób urodzić w tym czasie, uspokajała siebie w myślach, zajęło mi to trzy godziny, w pół można dojść i wrócić aż pod las, i zastać spokój. Wzięła klucz z kredensu, domknęła szuflady, szafki docisnęła, aby po cukier nie szperały, zamknęła dziewczynki i wyszła z dwoma wiadrami, jeszcze w ogródku przy domu nakopie marchwi na zupę. Wyrobi się, w piecu napalone, tylko gar z wodą nastawić, naskrobać zieleniny, obrać ziemniaków.

Słońce coraz wyżej stało, gdy szła, mijając opuszczony dom Wenclów i Habrosów, i Zwingów. A mimo wiosny i rozkwitów, świat oniemiał, ptak jakiś samotnie trelił na akacji, jakaś żaba od Kaczawy unosiła się w skrzeku. Nie odpowiedziało jej żadne stworzenie. Nigdy już ich nie zobaczy? Czy człowiek może tak odejść z cudzego życia i nie ma go więcej? Czy w uporczywości czekania jest sens, a jak go nie ma, tak jak nie ma Boga, który to widział i nic nie zrobił? Czy może jest tak, jak mówił stary Zweig, zanim go wywieźli z resztą w wagonach, że Bóg wycofał się z samego siebie, a wtedy powstała przestrzeń, w której mogło dojść do stworzenia. A co się dzieje w tej przestrzeni, Bóg może tylko obserwować, porzucił przestrzeń, pole oddał ludziom i patrzy. Nawet nie może płakać, bo gdyby zapłakał, jedna jego łza zalałaby cały świat. Nie myśleć za dużo, nie szukać sensu, nie dopytywać, a po co, a na co, to tylko niepokój wzmaga, jakie te wiadra ciężkie, jakie ramiona słabe, muszę odpocząć.

Janka stawia wiadra na trawie, patrzy jeszcze raz na dom Wenclów, pot ociera z czoła, jeszcze ma kawał drogi. Codziennie tak chodzić będzie, aż wodę podłączą, bo teraz w kranie sucho, może pojutrze zdołają, do piątku woda poleci, napełni wiadra i balię do kąpieli. Do piątku, myśli i człapie znów z wiadrami, ponownie przystaje, spogląda na opuszczone domy, próbując nie patrzeć na smutne okna, jakby opłakiwały dawnych właścicieli. Rusza i patrzy przed siebie, nie chcąc znów odczuwać smutku, jak po Stasiu, za dużo tych strat, niezawinionych, niesprawiedliwych, niesłusznych, w gardle jej zasycha, kolejny raz stawia balast na drodze, pochyla się, zanurza dłonie, pije, lecz suchość w ustach nie ustaje.

I gdy się prostuje, nie chwyta już wiader ponownie, nie niesie ich, a chciałaby, powinna, ktoś jeszcze te wiadra zabierze, wszystko teraz cudze zabierają, nie uniesie ich już, stanowią ciężar ponad jej siły, ale pal licho te wiadra, biegnie teraz przed siebie i płacze, musi zdecydować – płakać czy biec, nie starczy jej sił na jedno i drugie. Biegnie więc najszybciej, jak może, ten dym, który widzi, to od niej, dzieci, myśli w jednej chwili, umarły, w drugiej chwili przewiduje. Nie wie, a biec musi dalej, choć czy jeszcze jest po co? Przed domem traci pewność, czy słusznie biegła, zamiast dać Bogu ratować, przekonać się, czy tak samo się nie wtrąci, jak dotychczas, czy znów nie okaże miłosierdzia. Głupia była, przecież nie można z Bogiem się kłócić podczas biegu, gdy ostatek sił zużywa się na ratunek własnych dzieci i cudzego, a obce ważniejsze, jaki wstyd nie dopilnować cudzego dziecka!

Dobiega, jest już przy drzwiach, a gdy otwiera, gdy klucz wreszcie puszcza, uderza ją dym i widok Maryjki z wykręconą z płaczu twarzą i nogą, prawą szczupłą nogą, która utkwiła w piecu. Trzewik, to trzewik czerwony się zaklinował, a nie mógł być mniejszy? – zdąża pomyśleć Janka, nie płonąłby jak ten duży but, płomień nie sięgałby skarpety, a nawet pod kolanko dziecka, które już nie płacze, jest sine, zaniosło się i trwa w bólu.

– Mamo, mamo, Maryjka kartony do pieca nogą wpychała! – Janka słyszy jeszcze krzyki Grażynki. Obie z Renią siedzą pod stołem wtulone w siebie, bezradne, teraz wyciągają rączki, na pomoc.

Jeśli nie wiecie, jak to jest nienawidzić siebie, odnajdźcie dzieci w sytuacji zagrażającej życiu i zemdlejcie. Bo zemdlała wtedy Janka, nie potrafiąc, mimo największego wysiłku, najgłębszego pragnienia, zapanować nad ciałem.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.