11/2020

Krzysztof Ćwikliński

Konwój
(fragmenty powieści)

Marynarze wciągnęli trap, silniki załomotały gwałtownie, woda spieniła się, bocznokołowiec drgnął jak koń dźgnięty ostrogą i zaczął odbijać od pomostu. Stan wody był niski i stale opadał, więc statek płynął powoli, niezdarnie lawirując między łachami, na których zbierały się rybitwy. Kapitan Gżegżółka, specjalista od zalewów ze sztabu dowódcy saperów, mówił mu, że w takich warunkach na nic cała wiedza, bo nic się zrobić nie da; gdzie są zapory, tak, ale gdzie ich nie ma, to tylko ręce rozłożyć, więc w razie czego ustabilizować front na Wiśle będzie trudno, o ile w ogóle będzie to wykonalne, bo wysadzenie mostów nie zda się na wiele; Niemcy przejdą Wisłę w dowolnym miejscu, uchwycą przyczółki, przerzucą mosty pontonowe.

– Dobrze to nie wygląda – zakończył kapitan.

Teraz major widział dokładnie, że to wygląda źle. Na szczęście po drugiej stronie nie było żadnych dróg, tylko lasy, więc jeśli Niemcy przejdą Wisłę, to nie tutaj. Zdąży z ewakuacją. Chyba, żeby…

– Długo będziemy płynąć? – zapytała Paulina.

– Długo.

– To dobrze – ucieszyła się.

Rozmowy z Pauliną uświadomiły majorowi, że jej świat, odkąd skończyła szkołę i musiała pójść do pracy, ograniczał się do rodzinnej wsi, która była właściwie dalekim przedmieściem Aleksandrowa, do tegoż powiatowego miasteczka, w którym młodą dziewczynę spotkać mogły tylko grubiańskie karesy furmanów, do uzdrowiska, gdzie w sezonie nie brakowało pracy i dokąd, chcąc zaoszczędzić, wybierała się zwykle pieszo, do Ostrowąsa, gdzie był cudowny obraz, przed którym zanosiła sobie tylko znane, dziewczęce supliki, i paru innych miejsc, już to odpustowych, już to obiecujących jakieś zajęcie. Widziała niewiele, a i to, co zobaczyła, nie należało do niej, lecz do niezmierzonego obszaru tęsknot, które on mógł sobie jedynie wyobrazić. Ale była ciekawa świata, bardzo ciekawa, chciała się o nim dowiedzieć jak najwięcej i dowiadywała się z wypożyczanych książek, z kolorowych tygodników, które właścicielka zamawiała do pensjonatu, rzadziej z radia, które ustawiono w parku koło fontanny, tak by każdy kuracjusz mógł posłuchać, ale wstęp tam był płatny, a jej żal było pięćdziesięciu groszy. Może to właśnie radioodbiornik, który major kazał wstawić do swojego pokoju, sprawił, że przyszła zmienić pościel nie wtedy, gdy czyniono to zawsze, gdy lokatora nie było, ale wtedy, gdy był, bo z ebonitowej skrzynki płynęła muzyka i Aston śpiewał: „Choć nas rozdziela świat, każdą noc złą i chmurną słyszę tango notturno, tango sprzed tylu lat”, że to nie uchodzący za przystojnego oficer, za którym – jak twierdziła generałowa Dąbkowska – kobiety wypatrywały oczy, ale dźwięki dalekiego, nieznanego, a tak pożądanego świata sprowadziły ją w to miejsce tego dnia po raz pierwszy. A może nie albo przynajmniej nie tylko, bo przecież zamęczała go potem, by jej opowiadał o Warszawie i Wilnie, o Bałtyku, o ludziach, którzy byli dla niej jak zjawy, o dalekich krajach, w których nigdy nie był, a gdzie życie na pewno było szczęśliwsze niż tutaj. Może rzeczywiście nie, bo przecież potrafili milczeć, gdy wtulała się w niego, jakby potrzebowała jego ciepła, równych uderzeń jego serca, jego głębokiego oddechu, i majorowi zdawało się, że gdy nic nie mówią, są bardziej niż wtedy, gdy rozmawiają, i zdawało mu się też, że nikt przed nim z nią nie rozmawiał, że mówiono do niej, że ona odpowiadała, ale nikt z nią nie rozmawiał, także ten mężczyzna, a może mężczyźni, którzy byli przed nim i którzy mieli jej do zaoferowania tylko chwilę rozkoszy i strachu, gdzieś na ławce po potańcówce przy drewnianej estradzie koło tężni, wśród kaczeńców na porośniętym wysoką trawą nasypie wału, w gęstych zaroślach za zegarem kwiatowym, w krzakach oczaru i czeremchy, bo przecież nie w hotelowym pokoju. Jej przeszłość nie miała dla niego żadnego znaczenia, jak nie miała go przeszłość każdej z jego kobiet. Dla żadnej nie był pierwszy, ale miał nadzieję, że dla którejś będzie ostatni.

– Jeśli kiedykolwiek będę się kochała z dwoma mężczyznami, jednym z nich będziesz ty – powiedziała mu kiedyś Uta.

Pościel była mokra, ciało Uty lśniło.

Wiele lat później, gdy – jak zwykle – przy okazji jakiejś ważnej rocznicy, dyskutowano przy stole i naraz obecne tam panie zaczęły głośno wyrzekać na upadek obyczajów w młodym pokoleniu, major wtrącił się:

– Wszystkie epoki są jednakowo zepsute. Różnią się tylko stopniem zakłamania. Nasza, muszą to państwo przyznać, była wyjątkowo zakłamana.

Pożegnał się i wyszedł wcześniej. Szemrano mu za plecami, ale przecież było tak, jak powiedział. Nie inaczej. Szedł powoli King Street w stronę Hammer­smith Station i ani długowłosi, brodaci młodzieńcy w szerokich spodniach i kolorowych kubraczkach, ani przytulone do nich krótkowłose dziewczyny z pętami koralików na szyjach nie byli różni od niego. Nie byli różni od Michaliny, Marty, Pauliny, Uty, od Muszki Lipskiej i Zuzanny, od Emily i od Angélique, bo chcieli tego samego, czego ludzie pragną, odkąd uświadomili sobie swoje człowieczeństwo. Jedyną bodaj różnicą było to tylko, że ich bunt nie ugrzązł w słowach i nie skończył się na mieszczańskiej poprawności, takiej porządnej i moralnej aż do porzygania, że mieli odwagę, którą jego pokolenie szafowało bez umiaru na polach bitew, a której zabrakło mu w zwyczajnym życiu, choć może w jakiś sposób to właśnie rodzice przygotowali dzieciom ten sprzeciw, ten bunt, ten zamach na wartości, na normy, na obyczaj. Może to oni napełnili tę beczkę prochem, ale lont podpalił już kto inny, gdyż oni byli za starzy i nie mieli na to dość sił. Major pochwalał ten bunt i ten zamach, który chciał wysadzić z posad stary świat i zdruzgotać go, uśmiechał się do tych młodych ludzi, do ich złudzeń i do ich nowego świata, któremu mógł się tylko życzliwie przyglądać, bo nie miał już pretensji do tego, by był to też jego świat, w głębi serca błogosławił mu, błogosławił uczuciom, nie rozumowi, błogosławił tej radości i beztrosce, nawet gdyby w tym pędzie do zburzenia starego nie było chęci wzniesienia nowego. Wydawało mu się to zresztą mało prawdopodobne. W spokoju można zostawić tylko sztuczne ruiny, można się do nich przyzwyczaić, mogą się one nawet spodobać, mogą zaprzątnąć umysł jak jemu w dzieciństwie zbudowane w parku miejskim ruiny nigdy nie istniejącego zamku, gdzie wymachując wiklinowym kijkiem do serso, siłą nieznającej granic ni przeszkód dziecięcej wyobraźni przenosił się w czasy legendarne, ale obok rzeczywistych ruin nie da się przejść obojętnie: trzeba je albo zburzyć do końca, albo odbudować. Tak myślał i nigdy nie dowiedział się, jak bardzo się mylił.

– Co to za rzeka? – zapytała Paulina.

– Drwęca. Jako przeszkoda bez znaczenia. Do sforsowania z marszu.

– Proszę? – zdziwiła się.

– Nic, nic… – odpowiedział. – Głośno myślę. Napijesz się czegoś?

– Lemoniady.

Major przywołał stewarda. Dobijali do pomostu w Złotorii. Wcześniej zatrzymali się w Silnie. Nikt tam nie wysiadł i nikt nie wsiadł. Zbiegły się tylko bose dzieci wiejskie, skakały, krzyczały, machały rękami. Paulina roześmiała się i uniosła rękę. Może zobaczyła siebie pośród nich? Majora dziwiły te postoje. „Belgia” była jedną z wizytówek Polskiej Żeglugi Rzecznej, luksusowym wycieczkowcem, statkiem salonowym o dwóch pokładach, z bufetem i restauracją, salą dancingową, wytwornymi kabinami, meblami klubowymi, leżakami, wiklinowymi fotelami, stolikami do bridża… Rozumiał, że zatrzymują się tu statki pasażersko-towarowe, ale żeby wycieczkowce, na to jakoś nie mógł znaleźć żadnego wytłumaczenia. Kurort słynny na całą Europę, to było oczywiste, ale zahukana wieś, gdzie diabeł młode kołysał, to nie mieściło mu się w głowie. „Belgia” wlokła się połową swojej nominalnej prędkości, ale Paulinie bardzo się to podobało. Podobało jej się chyba tego dnia wszystko, cały świat, a zwłaszcza kapitan, który przyszedł powitać ich na pokładzie. Miała na sobie ciemnoniebieską, lekką sukienkę, granatowe pantofelki. Gdy przesiedli się z oszklonej werandy na taras widokowy na wysokim pokładzie, jej włosy rozwiewał wiatr. Mrużyła oczy i była szczęśliwa.

Kiedy kilka dni wcześniej zaproponował jej wycieczkę statkiem do Torunia, w pierwszej chwili zdawało mu się, że nie zrozumiała, jakby przemówił do niej w obcym języku. Stała zakłopotana i patrzyła mu w oczy. Potarła nos, potem opuściła wzrok.

– Naprawdę? – zapytała.

– Tak. Chciałabyś? – powtórzył.

Była zaskoczona. Teraz, kiedy steward przyniósł lemoniadę, też była zaskoczona. Nie tak ją sobie wyobrażała. W wysokiej szklance skrzył drobno zmielony lód, a na jej brzegach sprytnie umieszczono plasterki cytryny i pomarańczy, szklane mieszadełko, jedna z dwu długich słomek zwieńczona była miniaturową parasolką z papieru. Naraz Paulina chwyciła go za ramię i wyciągając przed siebie drugą rękę, zawołała:

– Patrz, patrz… Tam… Co to takiego?

Major spojrzał, gdzie wskazała, i przy drugim brzeg dostrzegł wolno przesuwający się, podłużny, szarozielony kształt, jakby dryfujący wielki pień zwalonego drzewa. Niska nadbudówka, nad nią przysadzisty komin, niewysoki maszt, przed nią działko w wieży pancernej, na rufie cekaem. Dwóch, trzech ludzi za nadbudówką.

– Kuter – odpowiedział.

– Wojskowy – stwierdziła Paulina. – Ma armatę.

Flotyllę zmobilizowano w marcu i przerzucono z Pińska do Brdyujścia. O jej opatrzonym ścisłą tajemnicą istnieniu major dowiedział się w czerwcu. O nic nie dopytywał. Przyjął tę poufną informację do wiadomości. Teraz, gdy wolno mijali kuter, a pasażerowie klaskali i krzyczeli coś do marynarzy, zaczął się zastanawiać nad sensownością pozostawienia tu okrętów. Nie wiedział, ile ich jest, jakie są i jakie postawiono im zadania, ale myślał, że jeśli woda będzie opadać w takim tempie, jak dotychczas, ugrzęzną w piachu i trzeba je będzie opuścić. Chciał o tym nie myśleć. Przynajmniej teraz. Przynajmniej dziś. Choć przez tych kilka godzin wyrwanych służbie. Chciał sprawić radość Paulinie. Nic więcej. Gdyby nie ona, nie wybrałby się tutaj, a gdyby nawet, to na pewno nie statkiem poruszającym się z szybkością konduktu pogrzebowego. Dość było bezpośrednich pociągów, nawet trzy autobusy. Można było wyjechać po obiedzie o czternastej i wrócić o dziewiętnastej. Te cztery godziny całkowicie wystarczyłyby na nieśpieszne obejście Starego i Nowego Miasta, podwieczorek w „Europejskiej” i powrót na dworzec autobusowy, by późną kolację zjeść już w uzdrowisku. Autobus mógłby być jakąś atrakcją dla Pauliny, ale nie taką, jak statek. Większą mógł być już tylko samolot. Te szeroko reklamowano, zachęcając do kupowania awionetek. Dziewięć i pół tysiąca za dwuosobowe RWD-16. Było ono tańsze od niejednego samochodu wystawionego w salonie Lancii, Chevroleta, Mercedesa czy Adlera, ale tak samo nieosiągalne. Przechodząca w natrętną propagandę reklama takich zbytków nie wytrzymywała konfrontacji z ubogą, pokryzysową rzeczywistością. Poszedł do biura podróży sprawdzić rozkład rejsów, od razu też kupił bilety. Zawsze, gdyby plany zawiodły, mógł je oddać z niewielką stratą, zresztą, ku jego zaskoczeniu, jak na oferowane luksusy nie były drogie. Ledwie kupił bilety, nadszedł rozkaz cofający wszystkie urlopy i anulujący przepustki. Radziński, od dawna spakowany, wyjechał. W jego miejsce pojawił się powołany z rezerwy doktor medycyny, major Zaborski, ale jeszcze nie rozsiadł się dobrze w fotelu, który nie zdążył wystygnąć po jego poprzedniku, a już zmieniono mu przydział i kazano meldować się w dowództwie.

– Sam pan widzi, panie kolego – powiedział zirytowany Zaborski, mężczyzna w mocno średnim już wieku i wyraźnie odwykły od wojskowych nieporządków. – Rzucają człowiekiem jak piłką. Jeszcze chwila, a każą się meldować w jakimś Popiardowie koło Koziej Wólki i w dodatku nie wiadomo po co. Tam się wojsko zaczyna, gdzie się logika kończy – podsumował sentencjonalnie.

Major nie chciał zawieść Pauliny. Widział jej radość, tym większą, że stara Kułakowska bez oporu, a nawet chętnie, zgodziła się na jej całodniową nieobecność w pensjonacie. Szykowała się do tego wyjazdu z przejęciem takim jak do zamążpójścia. Smutek Pauliny na wieść, że plany się zmieniły, był ostatnią rzeczą, na którą byłby w stanie się zgodzić. Musiał wybierać. Albo bezwzględnie zastosować się do – jakby nie patrzeć – niejednoznacznych zarządzeń wynikających z niejawnej, częściowej mobilizacji, której zresztą według jego oceny tymczasem nie podlegał ani on, ani jego wciąż bardziej papierowy niż rzeczywisty garnizon, albo wykorzystać jakąkolwiek lukę w przepisach. Tę lukę bezwiednie wskazał mu Zaborski. Rozkaz wyjazdu. Wydał go sam sobie i zadzwonił do Różyckiego, że będzie potrzebował potwierdzenia. Nawet nie pofatygował się do gmachu dowództwa przy Woli Zamkowej, bo Różycki czekał na przystani z autentycznym rozkazem podpisanym przez pułkownika Trapszę.

– Coś nowego? Do mnie mało co dociera.

– Wciąż to samo. Napięcie na granicy. Incydenty, prowokacje – powiedział Różycki. – Wczoraj dywersanci opanowali dworzec w Mostach, próbowali dobrać się do tunelu w Jabłonkowie.

– I co dalej? – zapytał major.

– Dostali odpór. Wycofali się.

– Próba opanowania strategicznego tunelu przez uzbrojoną bandę. Po co? Jest tylko jedno wytłumaczenie. Miejmy nadzieję, że Warszawa tego nie zlekceważy.

– Do tego ten cholerny pakt moskiewski. To mi wygląda na czwarty rozbiór.

– Jeśli Francuzi i Anglicy się nie ruszą, to będzie czwarty rozbiór.

– A jeśli się ruszą?

– Wtedy Stalin się nie ruszy. Proste. Przynajmniej dopóki szachują go Japończycy.

– I jeszcze ten pancernik w Gdańsku. Wszystko to razem wzięte…

Rozmawiali półgłosem. Przeszli przez Bramę Panieńską i ze skwaru rozpalonej jak patelnia przystani wpadli naraz w głęboki chłód wysokich, ceglanych murów, wyniosłych baszt i stłoczonych jedna przy drugiej kamienic. Paulina szła przed nimi i uważnie spoglądała pod nogi, jakby obawiając się, że na wyboistym, pamiętającym szwedzkie oblężenie bruku może zniszczyć sobie pantofelki.

Niebo było lazurowe, głębokie, czyste. Wisiało rozpięte nad miastem jak ogromny namiot. Cienie były krótkie. Na karku Pauliny zalśniła kropelka potu.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.